wtorek, 23 grudnia 2014

Miniaturka numer 2



25 grudnia 1977
Niewątpliwie najlepszym miejscem do spędzania Świąt Bożego Narodzenia był Hogwart. Uważali tak wszyscy nauczyciele, duchy, magiczne stworzenia żyjące w okolicy zamku oraz znaczna część uczniów. Atmosfera, przepiękne dekoracje, pyszne jedzenie – to wszystko i jeszcze więcej składało się na niesamowity świąteczny klimat Hogwartu.
W tym roku – jako, że był to już ich ostatni rok nauki w szkole, Święta w Hogwarcie postanowiła spędzić znaczna część rocznika 1960. Mianowicie parę osób, które na czas Świąt postanowiły zawrzeć niepisany pakt o nieagresji.
Tymi osobami byli mieszkańcy Wieży Gryffidoru – Lily Evans, Dorcas Meadowes, Mary McDonald, James Potter, Syriusz Black, Remus Lupin oraz Peter Pettigrew.
Każdy z nich został w zamku z innego powodu – chociażby taka panna Evans, która od lat nie mogła dogadać się z siostrą – została w zamku z powodu zaręczyn wcześniej wspomnianej osoby z grubym przedstawicielem płci męskiej, o dosyć głupim imieniu, Vernon.
Dorcas, jako najlepsza przyjaciółka rudowłosej postanowiła jej towarzyszyć, a rozmarzona Mary chciała poczuć prawdziwą magię świąt – a nie wieczne kłótnie przy stole.
James Potter, gdy tylko usłyszał, że rudowłosa nimfa – jego wielka miłość, tak zwana przez niego „Evans”, zostaje w zamku na Święta, postanowił, że wprowadzi swój niecny plan w życie właśnie teraz, bo w końcu Święta, to magiczny czas, prawda?
Syriusz Black, jako osoba bezdomna i wyklęta – również postanowił spędzić ten czas w szkole, razem z najlepszymi przyjaciółmi i swoją ostatnią zdobyczą – niewiarygodnie ładną Dorcas.
Remus Lupin został w zamku z bardzo tajemniczego powodu - nikt oprócz jego przyjaciół – tak zwanych Huncwotów – nie wiedział jakiego. Mówiło się, że chce przerwę świąteczną poświecić na jeszcze więcej nauki, ale po kątach szeptano, że coś jest z nim nie tak. Tylko nikt nie wiedział, co.
Znowu Petera Pettigrew zupełnie nic nie obchodziło – co tam magia Świąt, dekoracje, czas spędzany z przyjaciółmi, rodziną, prezenty – dla tego chłopca o wadze małego nosorożca, najważniejsze były dyniowe paszteciki podawane do świątecznego barszczu oraz ryba w galarecie – według Petera – najlepsza tylko, przyrządzana przez hogwarcie skrzaty!
I takim oto sposobem, w Wieży Gryffindoru zostało siedem osób, w tym dwie o zupełnie odmiennych uczuciach - miłość i nienawiść, jakże cienka linia je dzieli!...
Poranek 25 grudnia przywitał siódemkę Gryfonów potężnymi opadami śniegu, ale co ważniejsze prezentami!
- Lily, pośpiesz się, zaraz zacznie się śniadanie, burczy mi w brzuchu! – zawołała Dorcas waląc pięścią w drzwi od łazienki – Lilyyyy! – wydarła się jeszcze i poczuła, że jest odpychana przez drzwi.
Oto z łazienki wyszła pewna rudowłosa osoba i spokojnie powiedziała:
- Luzuj Dorcas, bo ci gumka z majtek puści.
Takim oto żartobliwym tekstem uraczyła swoją najlepszą przyjaciółkę.
- Jak ty coś powiesz… - powiedziała Mary – urocza blondynka o twarzy elfa.
- Dziewczyny, mam jeszcze coś do załatwienia, idźcie na śniadanie, ja zaraz dołączę – odparła zadowolona panna Evans i patrzyła jak jej przyjaciółki wychodzą z pokoju.
To był odpowiedni moment!

W tym samym czasie w męskim dormitorium
- Rogacz! Rogacz, wyłaz z tego kibla! Rogacz! – darł się wkurzony Syriusz Black. Był zdenerwowany na swojego najlepszego przyjaciela – Jamesa Pottera, z dosyć trywialnego powodu – bardzo chciał umyć zęby przed śniadaniem, aby olśnić ich blaskiem swą nową dziewczynę, Dorcas Meadowes – według szkolnego rankingu, najseksowniejszą dziewczynę rocznika 60’.
- Już, Łapo – powiedział przystojny brunet, zakładając na swój zgrabny nos, zabawne, okrągłe okulary.
- Idziemy już na śniadanie? – zapytał Peter, żałośnie trzymając się za brzuch. Zapytacie, jak można trzymać się żałośnie za brzuch, prawda? Otóż wszystko co robił Peter, miało taki efekt – jego czary, próby nauki czegokolwiek – Pettigrew niewątpliwie był człowiekiem- nieudacznikiem.
- Chodźmy, Peter zaraz odgryzie sobie palce – powiedział Syriusz wychodząc z łazienki i olśniewając kumpli idealnym uśmiechem.
- Muszę jeszcze coś załatwić przed śniadaniem, dołączę do was! – powiedział James i patrzył jak koledzy wychodzą z pokoju. Podszedł do łóżka i wyjął spod niego małą paczkę. Wziął jeszcze Mapę Huncwotów i wyszedł z pokoju.

Panna Evans maszerowała korytarzem i zamaszyście machała włosami związanymi w tak zwany koński ogon. Kierowała się do Sowiarni – zapomniała wysłać prezentu dla rodziców.
- Będą zadowoleni z tych czarodziejskich piór, jestem tego pewna – powiedziała do siebie, a może do sowy, panna Evans.
- Wiesz Evans, gadanie do siebie, to nie jest normalne – powiedział jakiś głos. Dla nas byłby to zwykły, coraz bardziej męski i głęboki głos. Jednak dla Lily był to najbardziej wkurzający dźwięk świata.
- Potter, a ty tu czego? – zapytała, jakże miło, Lily – Lec do Little Whinging – dodała do sowy i skierowała się do wyjścia, z dumnie zadartą głową.
- Poczekaj! – zawołał chłopak za nią i z prędkością wyścigowej miotły, ruszył za swoją ukochaną – Evans, czekaj! – zawołał raz jeszcze, gdy uparta panna E ruszyła sprintem przez korytarze Hogwartu.
Żaden postronny widz tej gonitwy nie był zaskoczony – takie biegi często miały miejsce na szkolnych korytarzach. Gdybyśmy byli w mugolskiej szkole – ta dwójka z pewnością miałaby miejsce w sekcji biegowej.
- Mówiłem: czekaj! – powiedział chłopak, gdy dogonił dziewczynę i wciągnął ją do dawno nieużywanej klasy na drugim piętrze.
Głośno dysząc spojrzeli na siebie i rzucili się na siebie!
Wiem co myślicie, zaczną się bić!
Ale nie, to było zupełnie coś innego…
Pocałunek.
Dosyć namiętny.
Dobra, wcale nie dosyć – bardzo namiętny – gdybym nie była duchem tego zamku, tylko zwykłą nastolatką – widząc coś tak gorącego, od razu bym się zarumieniła i odwróciła wzrok.
- Nie mogę dłużej udawać, proszę, nie karz mi – wydyszał chłopak, gdy w końcu lekko odsunął się od lekko nieprzytomnej dziewczyny. Rudowłosa podniosła głowę i spojrzała w orzechowe tęczówki chłopaka.
- James, pomyśl co to się będzie działo – wyszeptała ruda, mocno przytulając się do  szerokiego torsu chłopaka (ach, ten Quidditch!).
- No co się będzie działo? – zapytał chłopak, oplatając szczupłą talię dziewczyny swoimi wielkimi łapami.
- Tyle czasu ci nie uległam, nie mówię, że uznają mnie za łatwą, ale uch, będziemy na językach wszystkich uczniów i zapewne większości duchów – odparła dziewczyna, trochę się plącząc. No o co jej chodzi, ma przystojnego chłopaka i boi się plotek? Eh!
- Zupełnie mnie to nie obchodzi… Męczy mnie to udawanie – odparł lekko naburmuszony chłopak i pogłaskał dziewczynę po plecach.
- Myślisz, że mnie nie męczy nazywanie cię kretynem przy wszystkich? – zapytała rudowłosa i spojrzała na chłopaka gorącym spojrzeniem – Oczywiście, że tak… - dodała – Zresztą, Dorcas coś podejrzewa. Przez te cholerne patronusy! – krzyknęła.
Brunet uśmiechnął się.
- Musisz przyznać, że jeleń i łania ładnie razem wyglądały… - powiedział, siadając na zakurzonym krześle i pociągając dziewczynę na kolana – Remus chyba się domyśla – dodał.
Lily spojrzała na chłopaka i się uśmiechnęła.
- Mam dla ciebie prezent – powiedziała i wyciągnęła z kieszeni swetra niedużą paczuszkę.
- Co to jest? – zapytał brunet, próbując rozwiązać ładnie zawiązaną wstążeczkę.
Rudowłosa nic nie powiedziała, tylko szerzej się uśmiechnęła.
- Kluczyk? – zapytał chłopak nic nie rozumiejąc.
- Jest coś jeszcze – odparła dziewczyna i wyjęła płaską paczkę.
- To jest…
- To jest mój pamiętnik – wytłumaczyła – Chciałabym, żebyś wiedział, że nie zawsze myślałam o tobie jak o kretynie – dodała i zaśmiała się z miny ukochanego.
- Też mam coś dla ciebie – powiedział i wstał z krzesła, usadził na nim dziewczynę i co było dla niej zaskoczeniem, uklęknął przed nią na jednym kolanie.
- Lily Evans, jesteś miłością mojego życia. Zakochałem się w tobie już tak dawno temu, że nawet nie pamiętam kiedy to było. Hm. Chyba wtedy, gdy zdzieliłaś mnie tą wielką księgą od eliksirów na czwartym roku… Jednak to nieważne, chcę tylko zapytać, czy zostaniesz moją żoną i uczynisz mnie najszczęśliwszym człowiekiem pod Słońcem, a może i we Wszechświecie, albo i…
- James, tak – wyszeptała panna Evans. Oczywiście, wzruszona i onieśmielona (a to jest dziwne).
- Kocham cię, Lily – powiedział chłopak, wsuwając na palec ukochanej śliczny pierścionek zaręczynowy ze szmaragdowym oczkiem.
- Kocham cię, James – odparła panna Evans - ale – już – niedługo – Potter – Powiedzmy znajomym! – zawołała śmiało – Powiedzmy wszystkim! – dodała, patrząc na szczęśliwego chłopaka. Narzeczonego, ku woli ścisłości,.


Wielka Sala, świąteczne śniadanie
- Gdzie ona jest? – zapytała Mary, zwracając się do Dorcas.
- Nie ma pojęcia – odparła brunetka, chrupiąc tosta – Syriuszu, a gdzie jest James? – zapytała swojego chłopaka.
- Nie wiem, miał coś załatwić – odparł chłopak i rozejrzał się po Sali. Nagle zrobił zszokowaną minę – Na gacie Merlina… - wyjęczał, łapiąc się za serce.
W tym momencie cała piątka spojrzała w stronę wejścia do Wielkiej Sali.
A stała w nim dwójka osób – które o dziwo na siebie nie krzyczały, nie ganiały się, nie wyzywały, ani nie chciały na siłę całować (co zdarzało się bardzo często w przypadku pewnego bruneta).
- Czy oni?... – zapytała Mary.
- Trzymają się za ręce! – zawołał Remus – chłopak który zawsze zachowywał zimną krew – a w tym momencie ogarnęły go wielkie emocje.
- Cześć – zaczęła nieśmiało panna Evans, siadając obok zszokowanych przyjaciółek i ciągnąc za sobą narzeczonego – No co? – wyburczała, gdy Dorcas wskazała na nią palcem oskarżycielsko.
- Ty!... – zawołała.
- No, ja – odparła inteligentnie panna E. W tym momencie światło odbiło się w jej zaręczynowym pierścionku.
- To!... – zawołała Mary, patrząc na pierścionek.
- Zaręczynowy – powiedział dumnie James.
- Rogaczu… - wyjęczał Syriusz, patrząc na tą scenę z niedowierzaniem – Ale jak?… Jeszcze wczoraj wyzywała cię od debili! – zawołał na całą salę. Niektórzy uczniowie obejrzeli się na stół Gryffindoru.
- Ciszej, głupku – powiedziała wkurzona rudowłosa – Ukrywaliśmy się – dodała z uroczym uśmiechem.
- Jeleń i łania… - wyszeptał Remus, patrząc na dwójkę przyjaciół.
- Jeleń i łania – potwierdził James i pocałował narzeczoną w policzek.
I uwaga, nie dostał w twarz!
Tak oto świąteczne śniadanie roku 1977 przeszło do historii Hogwartu.
Już na zawsze panna Evans, oraz pan Potter wpisali się do niespisanych (ależ co ja teraz robię? Spisuję!) historii miłosnych Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart.
Ich historia, pełna wzniesień i upadków, wyzwisk, kłótni, nienawiści, a na końcu miłości zapisała się w dziejach tej niewiarygodnej szkoły.
Można by żartobliwie powiedzieć – „Nieprawdopodobne, a jednak*”!

*Oczywiście piję tu do serialu paradokumentalnego Polsatu ;)

***
Pomiędzy pieczeniem keksa, a makowca dodaję świąteczną miniaturkę :) Jest taka sobie, niestety nie miałam czasu jej poprawic... 
Chciałabym wam życzyc Wesołych Świąt, pełnych miłości, radości, magii :)
Oraz żebyście dostały świetne prezenty i nie przytyły ani grama, przy świątecznym obżarstwie - tego życzę i sobie :)

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Rozdział 59 Co w trawie piszczy, czyli co u kogo słychać?



W powietrzu było czuć jesień. Liście na drzewach zmieniły kolor z soczystej zieleni, na złocisto- czerwoną. Temperatura drastycznie spadła w okolice 10ºC (co oczywiście jeszcze dramatem nie było - bywało chłodniej), oraz częściej padał deszcz – dzień bez rozłożonego parasola, był dniem straconym.
W pracy szło mi świetnie, naprawdę polubiłam bycie Aurorem w „zawieszeniu”. Zajmowałam się organizowaniem akcji „od kuchni”, planowałam delegacje Aurorów do innych europejskich Ministerstw Magii, oraz organizowałam kursy doszkalające dla Świeżaków, czyli najmłodszych Aurorów.
Moody był świetnym szefem, najczęściej przesiadywał w swoim biurze, brał udział w akcjach albo planował różne „tajne” sprawy. Nie wtrącał się do mojej pracy, czasem coś mi doradzał, ale nigdy nie przekroczył żadnej granicy.
Nasze życie rodzinne kwitło – coraz częściej rozmawialiśmy z Jamesem o dziecku. Moim cichym marzeniem było zaplanowanie sobie porodu gdzieś na lipiec/sierpień/wrzesień przyszłego roku. Wiem, że może to się wydawać odrobinkę dziwne – nie jestem w ciąży, a planuję poród. Jednak jestem osobą która wszystko planuje z wyprzedzeniem – nawet kupno nowej bluzki.
Wiem, że James ma pewne obawy związane z ciążą, którymi to nie chce się ze mną podzielić. Dorea pocieszała mnie, mówiąc, że James bardzo przeżył wiadomość o tym, że zanim się urodził jego mama trzy razy poroniła, ale ciągle wydawało mi się, że chodzi o coś zupełnie innego. Tak jakby nie był pewny czy poradzę sobie z ciążą, dzieckiem. Szczerze mówiąc, trochę to psuło mi nastrój.
Ostatnio, gdy byłam z Mary na Pokątnej, weszłyśmy do dziecięcego butiku. Było tam tyle ślicznych przedmiotów, ubranek, przeróżnych dodatków do pokoików, że nie mogłam się opanować i kupiłam trochę pajacyków, smoczków, kocyków. Wiem, to co robię jest głupie, może zapeszać, ale nie mogłam się oprzeć tym cudom!
Opróżniłam już jedną sypialnię gościnną – tą przylegającą do naszej sypialni i planowałam przemalowanie jej w jakieś ciepłe kolory. Taak, powoli chciałam szykować dziecięcy pokoik.
Z całą pewnością mogę powiedzieć, że teraz moim głównym marzeniem i priorytetem było posiadanie dziecka.
A jak się na coś uprę, to nikt nie da rady, nawet James.


Z dziennika Jamesa Pottera
Praca Aurora była satysfakcjonująca. Cieszyłem się, że podążam drogą wyznaczoną przez mojego ojca, który był świetnym Aurorem. Może napiszę inaczej – nadal jest świetny, przecież nie umarł, ale jest na emeryturze i lepiej niech tak zostanie...
Misje, łapanie podejrzanych to było coś! Ta adrenalina, emocje – napędzało mnie to do dalszego działania. Już nie wyobrażałem sobie życia bez tej pracy. Było to, oprócz Lily i przyjaciół, najlepsze co mogło mnie w życiu spotkać. Fajnie jest żyć ze świadomością, że robi się to co się lubi i ma się z tego ogromną satysfakcję.
Przechodząc do życia rodzinnego – ostatnio odbyliśmy z Lily długą rozmowę o powiększeniu rodziny. Mówiąc szczerze, byłem lekko przerażony. Nie perspektywą posiadania potomka, a tym bardziej tworzenia go, przerażały mnie moje wspomnienia. Nigdy tak naprawdę nie otrząsnąłem się po stracie dziecka. Myślę, że każdy kto przeżył śmierć swojego nienarodzonego dziecka, nigdy o nim nie zapominał. Nieraz wyobrażałem sobie jakby wyglądało - czy to by był chłopiec, a może dziewczynka? Księżniczka tatusia, mała rudowłosa dziewczynka, o oczach w kształcie migdałów?
Lily coraz bardziej na mnie naciskała, a ja się czułem osaczony. Właściwie czułem się jak tchórz, którym to nigdy nie chciałem zostać. Dlatego postanowiłem, że trzeba rzucić rękawicę losowi i nawet bojąc się, spróbować.
Dużo rozmawiałem na ten temat z mamą, doskonale mnie rozumiała. Pocieszała mnie i mówiła, że na pewno tym razem nam się uda.
Żyłem nadzieją.
Gdybym mógł być pewien tej jednej rzeczy w swoim życiu, to tego, że nigdy nie dam za wygraną - w końcu zawsze walczę do końca.


Z różowego notatnika Dorcas Meadowes- Black
Otwarcie własnego Salonu Magismetycznego było najlepszą decyzją w moim życiu! Oczywiście, oprócz poślubienia Syriusza, żeby nie było.
Interes szedł wyśmienicie, miałyśmy codziennie wypełniony grafik po brzegi, klientki zapisywały się z miesięcznym wyprzedzeniem. Czułam, że wbiłam się w lukę – na Pokątnej brakowało takiego miejsca, a moje klientki bardzo chciały „ocalić siebie”.
Własny interes to jednak nie tylko różowe jednorożce latające nad głową – to ciężka harówka, oraz brak czasu.
Syriusz miał nienormowany czas pracy, ale ostatnimi czasy to ja stałam się pracoholiczką. Zaczynałam pracę równo o 9 rano, a wychodziłam po 21 lub później. Nie byłam z tego zadowolona, jednak mój mąż jeszcze mniej.
Syriusz jest bardzo absorbującą osobą, wszystko odbiera jako lekceważenie go – a to nie było tak! To, że nie miałam czasu, żeby wieczorem robić mu manicure to nie znaczyło, że go olewam! Czasami nie zauważał, że wracam do domu wykończona i obolała – bo posiedźcie sobie cały dzień w pozycji dziwnie przykurczonej, robiąc klientce pedicure, lub zabieg. Kręgosłup boli, a masażu nie ma kto robić.
Tak to właśnie jest z Łapą – on tylko wymaga, a jak coś nie idzie po jego myśli to się obraża.
Ale widziały gały co brały – zawsze wiedziałam jaki jest i myślę, że już tego nie da się zmienić. Nikt nie wciśnie mi tego banału, że można się/kogoś zmienić…
Dlatego zaplanowałam nam na koniec listopada wycieczkę – odpoczniemy od pracy, spędzimy czas tylko we dwójkę oraz naładujemy te przysłowiowe bakterie (chociaż nie wiem co to jest, ale Lily często to mówi i strasznie mi się podoba to powiedzonko).


Z dziennika Syriusza Blacka
Ostatnio wyprzystojniałem. No jak ja to robię? Z każdym dniem piękniejszy, zabawniejszy, mądrzejszy… To trzeba być mną, taa, jestem doskonały!
Ale kto tak nie uważał? Moja śliczna, zapracowana Czekoladka. Ostatnie nasze rozmowy to było tylko fukanie na mnie i totalna olewka mej skromnej osoby.
Czułem się porzucony.
Jak mały szczeniaczek, odtrącony przez mamusię.
Chociaż, może to nie brzmi dobrze, biorąc pod uwagę fakt, że Dorcas jest moją żoną, a nie mamą?
Ogólnie rzecz ujmując, czułem się odtrącony, olewany i niepodziwiany. A w moim przypadku codzienna dawka podziwiania mej doskonałej osoby, znacznie podwyższa moje i tak dosyć wysokie ego.
Bo cóż zrobić, jestem ideałem.
Boski Black!
Taaa, tak Boski, że żona nie zwraca na mnie uwagi…
Co ja robię źle?
Czy chodzi jej o to, że kupiłem sobie koszulkę z „Seksownymi Kocicami” – nowym zespołem, naprawdę fajnie śpiewających czarownic? Ale co, przez głupią koszulkę prawie by ze mną nie rozmawiała? I nie przytulała mnie do swoich dużych melonów? Merlinie, jak ja tęsknię za jej melonami…
Wróćcie do mnie! – darłem się w głowie.
I chyba Merlin mnie posłuchał, bo właśnie Dorcas wróciła z pracy. O 18!! Magia istnieje! Cholera, przecież to doskonale wiem… Siła umysłu/życzeń istnieje!
Idę przywitać żonę i jej dwie przyjaciółki – If you know what I mean ^^.


Z dziennika Mary McDonald
Wybrałam ciężki zawód – kurs na uzdrowiciela wysysał wszystkie moje siły. Było ciężko, ale przypominałam sobie, że od zawsze chciałam pomagać ludziom i siły mi wracały.
A wracały zawsze, gdy widziałam jego.
Ten specyficzny, krzywy uśmiech, przeznaczony tylko dla mnie.
Grymas, gdy się przekomarzamy.
Jego zniecierpliwienie, gdy go całuję po całej twarzy, a usta skrupulatnie omijam.
Kocham go.
Dopiero teraz czuję, co to jest miłość, jak silne jest to uczucie.
Przy tej jedynej, ukochanej osobie można być sobą, nie trzeba udawać kogoś innego, można postawić na naturalność, bo ma się tą pewność, że ta wyjątkowa osoba akceptuje nas ze wszystkim – naszymi wadami, zaletami, humorami, płaczem i PMS’em.
Było to dla mnie nowe doświadczenie, biorąc pod uwagę z lekka olewcze traktowanie mnie przez Remusa.
Apropo Remusa – odbyliśmy kolejną nieprzyjemną rozmowę. Bardzo chciał się spotkać, pogadać, a ja naiwna się zgodziłam. Przyszedł skacowany, zarzucał mnie pretensjami i próbował się wybielić. Przedstawił mnie jako zwykłą dziwkę. Bez słowa wyszłam z podrzędnego pubu w którym się spotkaliśmy i już od miesiąca nie otrzymałam od niego żadnej wiadomości. Czułam, że w końcu się od niego odcięłam. 
I było mi z tym cholernie dobrze.


Z dziennika Regulusa Blacka
Matka dowiedziała się o moim związku z Mary. Przydybała mnie z ojcem na Pokątnej i kategorycznie stwierdziła, że mam wracać na Grimmauld Place, że przynoszę szlachetnemu rodowi Blacków wstyd, oraz że nie mogę kalać naszej czystej od pokoleń krwi, związkiem z mugolaczką.
Spojrzałem matce prosto w oczy i zaśmiałem się. Wiem, że odebrała to jako policzek – duma nakazała jej odwrót.
Zapewne zostałem wypalony na drzewie genealogicznym po raz drugi. Szczerze? Miałem to gdzieś.
Po raz pierwszy w życiu czułem się naprawdę szczęśliwy.
Odzyskałem brata – Syriusz znowu stał się moim najlepszym przyjacielem, tak jak to  było w dzieciństwie.
Miałem, hm, może jeszcze nie przyjaciół, ale dobrych znajomych – Lily i Dorcas mnie zaakceptowały, James oraz Scott też. Pierwszy raz czułem się bezpiecznie, czułem że znajomi nie wbiją mi noża w plecy.
Ale co najważniejsze – miałem Mary, którą, chociaż ciężko jest mi to przelać na papier, a jeszcze trudniej powiedzieć – kocham.
Jeszcze nie wyznałem jej mojego uczucia – w domu Blacków nigdy nie mówiło się głośno o czymś tak głupim jak uczucia!
Można powiedzieć, że jestem uczuciowym degeneratem.
Jednak Mary skutecznie uczyła mnie tej sztuki. Dzięki niej moje życie stało się pełniejsze – wypełniła wszelkie pustki i rany, jakich byłem pełen.


Z dziennika Remusa Lupina
Postąpiłem beznadziejnie, tak beznadziejnie jak tylko ja potrafię – nie jestem pewien, ale możliwe, że nazwałem Mary dziwką. Jestem pochrzaniony! Miałem ją odzyskać, a zachowałem się jak kretyn. Coraz częściej uświadczam się w przekonaniu, że Mary dobrze zrobiła zrywając ze mną.
Co mogłem jej dać?
Jestem niebezpiecznym wilkołakiem, mam kiepską pracę, wynajęte mieszkanie z karaluchami – moimi ostatnio jedynymi kompanami.
Beze mnie będzie jej lepiej.
Tego byłem pewien.



Z dziennika Severusa Snape’a
Megan. Megan. Megan – to imię miałem na ustach każdego dnia. Ta niepozorna istota, czyniła mnie najszczęśliwszym mężczyzną na Ziemi.
Jej uśmiech, dobroć, szczerość – to wszystko składało się na jej wyjątkową osobę.
To niewiarygodne – zawsze myślałem, że mogę być szczęśliwy tylko z Lily – teraz wiem jak bardzo się myliłem.
Megan pokazała mi zupełnie inny Świat – pełen barw, nie tylko czerni i szarości.


Z pamiętnika Megan White
Gdy zostałam kiedyś przez Lily nazwana „totalnym mugolem” – myślałam, że to jakaś paskudna obelga. Teraz wiem, że tylko jej się to wyrwało i wiem, że jestem mugolem.
Ale mugolem poznającym świat magii – Severus pokazał mi Pokątną, zabrał mnie do Hogsmeade, oraz odwiedziłam Dolinę Godryka – miasteczko zamieszkane zarówno przez czarodziei jak i zwykłych śmiertelników – chociaż to może nie było niewiarygodne, w końcu tam mieszka moja kuzynka.
Sev był już moim piąty chłopakiem – ale ten związek był zupełnie inny, był całkowicie na poważnie. Byłam tym zarówno przerażona jak i podekscytowana. Czułam, że to może być ten jedyny.


Z dziennika Scotta Gill’a
Praca Aurora od zawsze była moim marzeniem – już gdy byłem wesołym ośmiolatkiem wiedziałem, że będę tym „dobrym”. Uwielbiałem zabawę w Aurora i złoczyńcę – rolę złoczyńcy zawsze odgrywała moja starsza siostra.
Ostatnio byłem jak robot – tylko pracowałem. Od dłuższego czasu nie miałem nawet chwili, żeby pomyśleć o związku. Jednak myślenie swoją drogą, gorzej znaleźć tą odpowiednią osobę…


Z dziennika Petera Pettigrew
Dawno nic nie pisałem. Jednak ostatnio stało się coś dziwnego – napisał do mnie Remus. Nie sądziłem, że którekolwiek z moich przyjaciół jeszcze się do mnie odezwie…
Remus mnie potrzebuje.
Wracam do Anglii.

***

Postaram się dodać jutro miniaturkę - następny rozdział po Świętach!