poniedziałek, 26 października 2015

Rozdział 45




Październik 1978



            - Synu, jesteśmy z ciebie dumni.
Spojrzałem na matkę i wykrzywiłem usta. To, że matka oraz ojciec będą ze mnie zadowoleni było wiadome. Wiedział o tym każdy, kto znał rasistowskie przekonania mojej rodzicielki, oraz ten, kto czytał bzdury, wypisywane przez ojca w przejętym przez Śmierciożerców Proroku Codziennym. Jeżeli mogę zaryzykować takim stwierdzeniem – to był najradośniejszy dzień w ich życiu.
            Gdy Syriusz trafił do Gryffindoru, w domu przez co najmniej cztery miesiące panowała żałoba. Matka wyrzucała sobie złe wychowanie „niewdzięcznej żmii”, a ojciec opracowywał plan powitania syna. Bolesny plan, o ile sobie przypominam. Czasami, nocami nie mogę spać, gdy przypominam sobie spazmatyczne oddechy Syriusza, gdy rodzice traktowali go wymyślnymi urokami, wymyślonymi przez takich samych arystokratycznych dupków, jak oni. Syriusz nigdy nie krzyczał. Chociaż miałem wtedy tylko dziesięć lat, czułem dumę, wiedząc, że mój brat jest tak odważny. Nie do złamania. Jedynie, żałuję tego, że ja okazałem się tchórzem. Tchórzem, który obrał łatwiejszą drogę.
            Przekonanie Tiary Przydziału, do tego, abym nie trafił do Gryffindoru było banalnie proste. Myślę, że jeżeli każdy poprosiłby tiarę, ona z radością przydzieliłaby ucznia, do domu, do jakiego chciał trafić. Ja ją błagałem. Nie chciałem przeżywać tego, co doświadczył Syriusz, przez dwa miesiące wakacji.
            Dlatego teraz, gdy miałem możliwość odkupienia swojego tchórzostwa, postąpiłem słusznie. Nareszcie mogłem spojrzeć sobie w oczy, bez żalu i obrzydzenia.
            - Jestem zadowolony – skomentował ojciec, oglądając moje przedramię, naznaczone Mrocznym Znakiem.


***


            - Snape – skinąłem głową, witając się z byłym Ślizgonem.
            - Black – odparł, lekko wykrzywiając usta, przy moim nazwisku.
Zupełnie mu się nie dziwiłem. Od tego, co robili mu Syriusz z Potterem, cóż, mógł być wściekły, nawet na mnie, chociaż z Syriuszem mieliśmy wspólne tylko jedno - nazwisko.
            - Nowi? – zapytał zakapturzony Śmierciożerca, podchodząc do nas.
Skinąłem głową i spojrzałem na znajomą twarz.
            - Malfoy – westchnąłem, patrząc na męża kuzynki. – Spotkanie rodzinne… Narcyza też tutaj jest? - zapytałem, rzucając mu kpiące spojrzenie.
Lucjusz prychnął.
            - Myślisz, że pozwolę żonie brudzić sobie ręce tak paskudną robotą? – zapytał, wykrzywiając wąskie wargi. – Narcyza jest w dworku, z moją matką – dodał i spojrzał na Snape’a. – Kto przydzielił dwóch nowych, do tego zadania?
Wzruszyłem ramionami i rozejrzałem się po okolicy. Byliśmy w jakiejś małej mieścinie, na zachód od Londynu. Wokół stałe niskie domy, wyglądające na co najmniej sto lat. Urokliwa okolica, w której mieszkało wielu czarodziei.
            - Czekamy na Travers’a, który powinien tu być za… - zaczął Lucjusz, spoglądając na elegancki, złoty zegarek, zapewne roboty Goblinów. – 30 sekund – dodał.
            Rzuciłem okiem na Snape’a i czekałem. Po chwili dało się słyszeć ciche pyknięcie, oznaczające teleportację.
            - Obserwowaliśmy dom, jest w nim tylko jedna osoba, nasz cel – zaśmiał się zimno Lucjusz, zwracając się do Travers’a. – Edgar, waleczny członek Zakonu Feniksa.
            Przez chwilę, nie zrozumiałem tego, co powiedział Malfoy. A potem do mnie dotarło. Przybyliśmy do tej mieściny, tylko w jednym celu. Mieliśmy zamordować czarodzieja, który stawiał opór Czarnemu Panu. Tylko, że do tej pory nie wiedziałem, kto to ma być.
            - Idziemy – rozkazał Travers, wyczarowując sobie na twarzy maskę. – Ku chwale Czarnego Pana – dodał, zaklęciem wyważając drzwi.



***


Przez dobrych parę sekund, byłem pewien, że Bones poradzi sobie z naszą czwórką. Miałem nadzieję, że mu się uda. Albo ktoś przybędzie mu na pomoc, ktoś z Zakonu. Przeliczyłem się. Zresztą, nie miałem się czemu dziwić, to nie była uczciwa walka. Nawet, jeżeli dwójka z nas była niedoświadczona w walce różdżka w różdżkę, mieliśmy znaczną przewagę.
- Cudownie – wydyszał Lucjusz, patrząc na wijącego się i krzyczącego pod Cruciatusem, mężczyznę. – Hola, Travers, nie tak szybko! – zawołał, gdy Śmierciożerca wycelował w Bones’a różdżką. – Daj się wykazać młodszym – dodał z kpiącym uśmiechem.
Spojrzałem na niego, próbując ukryć targające mną emocje. Złość, strach, wściekłość, aż w końcu żal i smutek.
- Regulusie, wykaż się chłopcze – mruknął z wyraźną uciechą.
Ściskając mocno różdżkę, zbliżyłem się do spokojnego mężczyzny. Leżał bezwładnie na podłodze, z dziwnie powykrzywianymi kończynami. Poczułem mdłości na ten widok.
            - Zrób to! – warknął Travers, spoglądając na drzwi. – Chcesz nas narazić na walkę z Zakonem? Nie mamy czasu! – krzyknął.
Kucnąłem przy ofierze i poruszyłem ustami. Wiem, że nie mógł tego zobaczyć, chociaż wpatrywał się uważnie w moją maskę.
            - Przepraszam – powtarzałem w myślach jak mantrę.
            - Avada Kedavra! – krzyknąłem, wymierzając różdżkę w serce Edgara Bones’a.


***


            Nie pamiętam chwil po moim pierwszym morderstwie. Jedyne, co stawało mi przed oczami, to wyraz twarzy mojej ofiary. Chciałbym móc kiedyś o tym zapomnieć… Ale takich rzeczy się nie zapomina. To będzie prześladować mnie do końca mojego marnego życia – fakt, że zabiłem niewinną osobę.
            Oczywiście, były osoby z tego zadowolone. Już drugi raz stawałem przed obliczem Czarnego Pana. Pierwszy raz był dosyć bolesny – była to chwila, gdy moje przedramię zostało naznaczone Mrocznym Znakiem. Teraz, była to chwila jego małego triumfu nad Zakonem i Dumbledorem. Poprzez ręce swoich sług, zabił wielkiego poplecznika swojego największego wroga.
            Najgorsze było to, że nas nagrodził. Nagrodził nas za to, że kogoś zabiliśmy. Że ja, kogoś zabiłem. I to, chyba było w tym najgorsze. Ledwo udawałem radość, z tak „wielkiego zaszczytu”. Miałem ochotę wyciągnąć różdżkę i pozabijać oraz zranić jak najwięcej jego popleczników. I wreszcie, jego samego. Ponieważ nagrodził mnie za coś, co będzie mnie prześladowało do końca moich dni. Za coś niewybaczalnego.


***


            Najmłodsi stażem, oraz wiekiem Śmierciożercy, mieszkali w rodowej siedzibie Lestrange’ów. Zajmowaliśmy całe pierwsze piętro. Gdyby nie fakt, że wszyscy mieli wielkie ambicje wykazania się przed uwielbianym Panem, mogłoby być całkiem jak w Hogwarcie.
            Dzieliłem pokój ze Snapem. Przystąpiliśmy do zwolenników Czarnego Pana w tym samym momencie, zapewne dlatego przydzielili nas razem do pokoju. Patrząc na ponurego Severusa, zastanawiałem się, co Evans z nim robiła. Oraz jak wytrzymywała widok jego przetłuszczonych włosów.
            - Wychodzę – mruknął Snape, podchodząc do drzwi, prowadzących na długi korytarz, pełen drzwi do kwater młodych Śmierciożerców. – Malfoy ma do mnie sprawę – dodał, jakby musiał mi się wytłumaczyć.
            A ja miałem to gdzieś. Leżałem na łóżku i wpatrywałem się w nieskazitelnie biały sufit. Próbowałem sobie przypomnieć słowa rymowanki, nauczonej mnie przez Syriusza, gdy byliśmy mali. Beztroscy i szczęśliwi, na tyle, na ile mogliśmy być przy naszych oschłych rodzicach i ich wszystkich nakazach i zakazach.
            - Nie pamiętam – powiedziałem, gapiąc się w sufit, na którym dojrzałem niedużego pająka. – Nie pamiętam cholernej rymowanki – westchnąłem.
            Zazwyczaj, z pamięci wypiera się te złe wspomnienia. Jednak ja, pamiętałem zupełnie coś innego. Wszystko to, co było niedobre, niszczące, oburzające.
            - Regulusie – usłyszałem głos, którego się nie spodziewałem.
Spojrzałem na nocną szafkę i z pierwszej szuflady, wyciągnąłem lusterko dwukierunkowe.
            - Profesor Dumbledore – westchnąłem, spoglądając starcowi w oczy. – Już wiecie, prawda?
            - Wiemy, Regulusie – odparł dyrektor, ze smutkiem kiwając głową. – To straszne. Ciało biednego Edgara, spoczywało pod szczątkami jego domu, z trudem je wydobyliśmy.
Wykrzywiłem usta. Nie dość, że doprowadziliśmy do śmierci człowieka, to jeszcze musieliśmy zniszczyć jego dom.
            - Panie profesorze… - zacząłem, zacinając się. – To moja wina – dodałem.
Dumbledore pokręcił głową.
            - Pamiętasz Regulusie, o czym rozmawialiśmy przed twoim wyjazdem z Hogwartu? – zapytał, a gdy skinąłem głową, kontynuował: - Każda zła rzecz, którą będziesz musiał uczynić, udając oddanego zwolennika Toma Riddle’a, zostanie ci wybaczona. Walczysz dla większego dobra, pamiętaj o tym, chłopcze.
Jeszcze raz skinąłem głową, patrząc na poważną twarz dyrektora.
            - Czy dowiedziałeś się czegoś? Planują kolejny zamach? – zapytał.
            - Nic nie wiem – odparłem, kręcąc głową.
Dumbledore już miał coś powiedzieć, gdy zobaczyłem gwałtownie otwierające się drzwi. Upuściłem lusterko na kolana i zaskoczony, spojrzałem na zdenerwowanego Snape’a.
            - Rozmawiałeś z kimś? – zapytał podejrzliwie, spoglądając na lusterko.
            - Tylko ci się wydawało – odparłem, z ulgą rejestrując fakt, że Dumbledore zniknął z tafli.
            - Słyszałem rozmowę – odparł zimno, skupiając na mnie wzrok.
I wtedy to poczułem. Trochę jak ból głowy. Czułem to często w dzieciństwie. To była oznaka, że chciał trochę pogrzebać w moich myślach, jak nieodzowna mamusia.
            - Nawet, kurwa, nie próbuj – warknąłem, patrząc mu prosto w oczy. Zastosowałem oklumencję, do ochrony swoich myśli i wspomnień. – Nie próbuj włamywać się do mojej głowy, Snape.
Wykrzywił usta w niemiłym uśmiechu.
            - Ukrywasz coś, Black – odparł, patrząc na mnie kpiąco. – Ja się dowiem co – dodał.
Uniosłem brew.
            - Tak myślisz, Snape? – zapytałem. – Nie uda ci się. Tak samo, jak nie udało ci się zdobyć Evans... Powiedz, co to za uczucie, gdy wiesz, że jest ona z twoim największym wrogiem? Gdy wiesz, że to jego bezgranicznie kocha, a nie ciebie? Wiadomo, może zrobi sobie z nim dziecko? Co powiesz na małego Pottera? – pytałem.
Z każdym kolejnym pytaniem, czułem większą radość, sprawiając mu ból. Zdawałem sobie sprawę z tego, że robię źle, ale musiałem odwrócić jego uwagę. Musiałem sprawić, żeby zapomniał o rozmowie z dyrektorem.
            - Zamknij się – warknął, lekko się trzęsąc.
            - Ale czemu? – zapytałem, stając naprzeciwko niego. – Co, nadal cię to boli? Przecież, powinna być dla ciebie szlamą, prawda? Zwykłą, nic nie wartą szmatą, którą trzeba zlikwidować, aby zbudować „lepszy” świat. Zdradziła twoją przyjaźń, właśnie z nim. Zabawne, prawa?
            - Nie nazywaj jej tak! – krzyknął, wyciągając różdżkę. – To się jeszcze zmieni, rozumiesz?! Jeszcze będzie moja! Moja!
Spojrzałem na niego zdziwiony.
            - Nie pierdol, Snape – odparłem, udając znudzenie. – Jakim sposobem?
            - Nie twój problem – powiedział, jakby zdając sobie sprawę z tego, że się z czymś zdradził. – I ja tak łatwo nie zapominam, Black. Dowiem się, co kombinujesz – dodał, szybko wychodząc z pokoju.
Usiadłem na łóżku, analizując to, czego się dowiedziałem. Najgorsze było to, że nie mogłem wyciągnąć z tego żadnych wniosków – za mało danych.


***


Stanął przed lustrem.
            - To się uda – wyszeptał, patrząc na swoją kredowo białą twarz. – Uda się. Przekonam go, żeby jej nie zabijał. Będzie moja.
Uśmiechnął się lekko.
            - Zrobię dla niego wszystko, żeby jej nie zabił – powiedział, spoglądając sobie w oczy. – Zostanę najgorliwszym z jego sług. Tylko po to, by mi ją podarował. Aby była moja.
Ochlapał twarz zimną wodą.
            - A jego, z przyjemnością… - wyszeptał, patrząc na swoją różdżkę. – Zlikwiduję.


***


Uśmiechnęłam się, gdy tylko zobaczyłam Jamesa z tacą.
            - Śniadanie do łóżka – powiedział, stawiając mi na kolanach tacę, zapełnioną przysmakami.
            - Z jakiej okazji? – zapytałam, całując go w policzek. – Smakowicie wygląda.
            - Z takiej okazji, że mam najcudowniejszą, najpiękniejszą i najmądrzejszą żonę na świecie – odparł, wchodząc pod kołdrę, tylko po to, aby zacząć całować mnie po szyi.
            - Komplemenciarz – westchnęłam, smarując tosta dżemem. – Nie masz ochoty na śniadanie? – zapytałam, gdy poczułam jego usta na odkrytym ramieniu.
            - Mam ochotę na coś innego – odparł, zabierając mi tacę, co skwitowałam rozczarowanym jękiem. Miałam diabelną ochotę na tego tosta! – I mam nadzieję, że przekonam cię, że to, co mam na myśli, jest lepsze od jedzenia – dodał, całując mój dekolt.
            - Taak, chyba możesz mieć rację – wyszeptałam, gdy zszedł z ustami niżej. – Możesz mieć cholerną rację.


***


Zrobiłam ze Snape'a niezłego świra... Jak widzicie, przyśpieszam akcję o rok. Podobało mi się pisanie z perspektywy Regulusa, i mam nadzieję, że nie wyszło źle ;) 
Następny rozdział? Nie mam pojęcia kiedy, jeszcze nie zaczęłam pisać. Ale, jeżeli z resztą rozdziałów pójdzie mi tak dobrze jak z tym, to do końca roku na pewno skończę te opowiadanie.

wtorek, 20 października 2015

Rozdział 44




            - To całkiem ekscytujące – powiedziałam, gromadząc w salonie krzesła z całego domu.
          - To będzie zwykłe zebranie, nic ekscytującego – odparł James, studząc moje rozbuchane emocje. – Brałem udział w wielu takich spotkaniach, nic szczególnego. Ciągłe gadanie, a akcji brak.
            Przewróciłam oczami i machnęłam różdżką. Krzesła stanęły w różnych miejscach w pokoju, a ja odwróciłam się do męża.
            - Może ty, jesteś do tego przyzwyczajony, ale ja nie bardzo – powiedziałam. – Zresztą, to w pewnym sensie zaszczyt, że Dumbledore wybrał właśnie nasz dom, na pierwsze zebranie Zakonu Feniksa po tak długiej przerwie.
            Widząc minę Jamesa, mówiącą: „żaden-zaszczyt-kolejne-nudne-zebranie”, skierowałam się do kuchni.
Ja wiem, że dla niego to coś normalnego. Pan Potter był uznanym Aurorem, w tym domu zapewne odbywały się już nie raz tego typu spotkania. Jedynym wytłumaczeniem tego, że tak bardzo się z tego cieszyłam, był fakt, że w końcu mogłam wziąć w nim udział. Jako pełnoletnia osoba, w końcu mogłam dołączyć do Zakonu Feniksa – i mam nadzieję, zostać jego aktywną działaczką.
            - Zobaczysz, jak zwykle będą nas straszyć Voldemortem, opowiadać, jakie sieje spustoszenie ze swoimi kolesiami, a jak przyjdzie co do czego, czyli do reakcji, buntu, jakiegokolwiek sprzeciwu, będziemy siedzieć i nic nie robić. Pisać raporty ze zdarzeń – powiedział James, siadając na jednym z krzeseł, przelewitowanych z jadalni.
Przewróciłam oczami i udałam się do kuchni.
            - Nie trać wiary w Dumbledore’a, mam wrażenie, że jeżeli po tak długiej przerwie wznawia działanie Zakonu, to szykuje coś wielkiego. Opór – odparłam, lewitując przed sobą tacę z napojami.
            - Mam nadzieję, bo powinniśmy działać – powiedział, podnosząc do góry dzisiejsze wydanie Proroka. – Pokątna znowu została zaatakowana. Śmierciożercy zrujnowali ponad dziesięć sklepów, ranili przypadkowe osoby i porwali właściciela sklepu z antykami. Zaczyna się, Lily.
Nie będę udawać, przeszedł mnie lekki dreszcz. Co z tego, że Dolinę Godryka od Londynu dzieli całkiem spora odległość? Dla czarodzieja odległość, to żadna przeszkoda! Każdy może się znaleźć na ich celowniku. Naprawdę każdy. No, może oprócz czystokrwistego Ślizgona. Albo kogoś zastraszonego. Lub przeklętego.
Cholera, całkiem spore możliwości.
            - Ktoś przyszedł, otwórz! – zawołałam z kuchni, przenosząc do salonu przekąski.


***


Patrzyłam po poważnych twarzach swoich przyjaciół, znajomych, lub zupełnie obcych ludzi. Każda twarz, wyrażała podobne uczucie – zatroskanie.
I w większości mogli to być tak wielcy czarodzieje, jak Szalonooki – najlepszy Auror Ministerstwa Magii, Fabian i Gideon Prewett – najzacieklejsi przeciwnicy czarnej magii, jakich w życiu spotkałam. Profesor McGonagall – jak ją opisać? Najlepsza nauczycielka, jaka mogła się trafić takiej szkole jak Hogwart? To i tak za mało. Caradoc Dearborn – tajniak w coraz bardziej inwigilowanym Oddziale Magicznych Wypadków i Katastrof, Marlena z Thomasem, Remus, Syriusz, Dorcas, Alicja, Frank i wielu, wielu innych ochotników, przeciwstawiających się tyranii Tego Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać.
            Owszem, była nas całkiem spora grupa. Ba, byłam zaskoczona tym, że aż tak liczna. Jednak pytanie brzmiało: czy mieliśmy szanse?
            Cały czas, będę twierdzić, że tak. Nawet jeden człowiek, może zmienić świat. Tak my, nasza grupa, zakon, mogliśmy dokonać czegoś wielkiego. Pokonać Lorda Voldemorta, wraz z jego zgrają sługusów, i wysłać ich tam, gdzie ich miejsce. Do piekła.
            No, lub do Azkabanu. Chociaż z tego co słyszałam, Azkaban to piekło na ziemi.
            - Będziemy walczyć, Lily – mruknęła do mnie podekscytowana Marlena, słuchając przemowy Dumbledore. – Nie mogę w to uwierzyć.
            Widziałam, że Jamesowi też ciężko było w to uwierzyć. W ostatnich dniach, gdy wydarzył się atak na Pokątną, gdy były niszczone coraz to kolejne domy czarodziejów pochodzenia mugolskiego, oraz porywani i mordowani ludzie; czarodzieje, czy też mugole, widziałam, że entuzjazm Jamesa i jego dotąd niezachwiana wiara w Dumbledore’a, coraz bardziej się kurczą. Coraz częściej słyszałam argument, że dyrektor jest już coraz starszy, słabszy, ale dzisiejszym przemówieniem, widziałam, że znowu James jest pod wpływem niewiarygodnej charyzmy Dumbledore’a.
            - A ja mogę – szepnęłam.


***


            - Ustawcie się do zdjęcia! – krzyknął roześmiany Syriusz, machnięciem ręki odganiając od siebie Dorcas.
Po wyjściu Dumbledore’a, zebranie Zakonu przeobraziło się w miłą, hm, nazwijmy to, nasiadówkę. Impreza to za duże słowo.
            - Szybciej – ponaglił Syriusz, gdy rozchichotana Dorcas stanęła koło mnie i mocno objęła mnie za szyję.
            - Merlinie, Dor, dusisz – wycharczałam.
Taka mała osóbka, a taka silna.
            - Dorcas, nie duś mi żony – powiedział James, uwalniając mnie z objęć przyjaciółki. – Tylko ja ją mogę dusić – dodał, obejmując mnie.
            - Dzięki – parsknęłam, stając bliżej Jamesa. – To co, wszyscy mówią „ser”?! – zawołałam.
            - Wszyscy mówią „wygrana”! – poprawił mnie Frank.
Błysk flesza na moment wszystkich oślepił.


***


Od ostatniego zebrania Zakonu, minął już miesiąc. Zaczynał się sierpień, a czarodziejski świat, coraz mniej przypominał to, co poznałam na początku mojej przygody z magią.
Wypad na Pokątną? Teraz było to najniebezpieczniejsze miejsce w Londynie. Przejęte przez Śmierciożerców, szmalcowników i niebezpieczny element ze Śmiertelnego Nokturnu. Aby w miarę bezpiecznie udać się na Pokątną, taką eskapadę trzeba było bardzo dokładnie zaplanować. Co, prawie nigdy się nie udawało, chociaż członkowie Zakonu zaciekle próbowali. W pewnym sensie, Pokątna stała się takim ostatnim bastionem, który chcieli uratować od przejęcia przez zwolenników Sami-Wiecie-Kogo.
Niestety, było to zadanie niewykonalne.
Jedynym miejscem, wolnym od Śmierciożerców, w magicznym świecie, pozostało Hogsmeade. Ale czego się spodziewać po miejscu, nad którym pieczę trzymał Dumbledore? Hogsmeade i Hogwart – jedyne miejsca we wszechświecie, w których można było się ukryć przed Voldemortem.
Co do ukrywania… Coraz więcej rodzin próbowało chronić się za pomocą starej magii. Dumbledore poradził wszystkim członkom Zakonu, aby rzucili na swoje domy zaklęcie Fideliusa.
            Niedługo zastanawialiśmy się kto, mógłby zostać naszym Strażnikiem Tajemnicy. Była jedna osoba, która zasługiwała na miano przyjaciela na śmierć i życie. Kto by niegdyś przypuszczał, że będzie to właśnie Syriusz Black?
Kiedyś, nawet nie dopuściłabym takiej kandydatury do rozpatrzenia. No bo, Black? Ten nieznośny kumpel Pottera?
A teraz, miałam pewność, że Syriusz to odpowiednia osoba. Nigdy nie zdradziłby naszej tajemnicy. Tak jak my, nie zdradzilibyśmy jego.
            - Jakie to uczucie? – zapytałam, gdy nasz sekret został ulokowany w duszy przyjaciela.
            - To takie ciepło, o tutaj – mruknął, wskazując na okolice mostka.
Skinęłam głową. Teraz nasze bezpieczeństwo zależało od Syriusza. Żart miesiąca.


***


            - … z ostatniej chwili – usłyszałam. Oderwałam się od krojenia warzyw i spojrzałam na radio, nastawione na stację podającą prawdę, a nie półprawdę, jak reszta. – Śmierciożercy przypuścili atak na czarodziejskie rodziny, mieszkające w hrabstwie Kent. Mieszkańcy, proszeni są o pomoc poszkodowanym. Są ofiary śmiertelne. Prosimy o jak najszybsze wsparcie… Nad dwoma domami, rozpoznany Mroczny Znak! Radzimy, przed wejściem, upewnić się, że to nie jest pułapka…
Wróciłam do szykowania obiadu. Takie komunikaty były coraz częstsze, i co zabrzmi okrutnie, nikogo już nie szokowały. Jeżeli ktoś znajdował się w pobliżu, próbował pomóc. Gdy nad domem wisiał Mroczny Znak, prawie nikt się nie zbliżał. Tylko dobrze wyszkoleni Aurorzy.
            Zdecydowanie nie był to świat, w którym człowiek chciałby planować swoją przyszłość. Tak jak wcześniej myślałam, nie było możliwości, abyśmy poszli na jakieś kursy. Kariera musiała zostać odłożona. Właściwie, wszystko musieliśmy odłożyć na „bezpieczniejsze czasy”. Życie towarzyskie, planowanie powiększenia rodziny, jakiekolwiek odwiedziny moich rodziców, kształcenie, czy pracę.
            Wielkim plusem było to, że James odziedziczył naprawdę sporą ilość pieniędzy. To, pozwalało nam w miarę spokojnie patrzeć w przyszłość. Oraz pomagać tym, którym powiodło się pod tym względem gorzej.
Pomagaliśmy Remusowi, który jako zdemaskowany wilkołak, nie mógł znaleźć pracy. Jedyną korzyścią, z powszechnego odkrycia prawdy o Lunatyku, było to, że nawiązał kontakty z innymi wilkołakami. Dumbledore próbował przekabacić ich na naszą stronę. Z mizernym skutkiem.
            - Obiad gotowy – powiedziałam, kładąc talerze z parującym jedzeniem na stole.
            - Dzięki – mruknął James.
Od jakiegoś tygodnia, właśnie tak, wyglądały nasze rozmowy. A zaczęło się dosyć niewinnie. Od prośby Dumbledore’a, na którą nie mogłam przystać...
            - Nie – powiedziałam kategorycznie. – James nie weźmie w tym udziału. To misja samobójcza!
            - Lily, nie przesadzaj – zaśmiał się nerwowo James, patrząc na lustrującego mnie poważnym spojrzeniem Dumbledore’a. – Nic mi się nie stanie, pomogę…
            - Nie – przerwałam mu i spojrzałam w krystalicznie niebieskie oczy dyrektora. – James nie będzie ryzykował. To zadanie dla doświadczonego Aurora.
            - Rozumiem – powiedział starzec. – Lily ma rację, James. Nie powinienem się z tym zwracać do was, przepraszam.
            - Proszę nie przepraszać – odparłam, widząc urażone spojrzenie męża. – Rozumiem, że potrzebuje pan ochotników, ale to misja samobójcza… Dołączenie do Voldemorta?
Jak? Jak mogłabym mu pozwolić, na coś takiego? Przecież, gdyby do Sami-Wiecie-Kogo, doszła wiadomość o tym, kto jest żoną Jamesa, po prostu by go zabili. Czystokrwisty od pokoleń czarodziej ze szlamą? Nie taki świat, chce stworzyć Voldemort…
            - Długo będziesz na mnie zły? – zapytałam, gdy James skończył jeść.
            - Nie jestem zły – odparł, odchodząc od stołu.
            - To może obrażony? – zapytałam, idąc za nim do salonu.
            - Większej głupoty nie mogłaś wymyślić – stwierdził, siadając w fotelu.
Usiadłam na oparciu fotela i łapiąc za drapiącą brodę J, skierowałam jego spojrzenie tak, aby patrzył mi prosto w oczy.
            - Jesteś wściekły? – zapytałam, i lekkie przymrużenie powiek, dało mi znak, że tak było. – Bo nie pozwoliłam ci dołączyć do Voldemorta? – dodałam szeptem.
            - Nie do Voldemorta, tylko do ochotników z Zakonu, którzy to zrobili. Inwigilują jego najbliższe środowisko, i być może, dzięki temu, przyczynią się do naszego zwycięstwa – odparł poważnie.
Uśmiechnęłam się smutno.
            - Wybacz, zapomniałam, że ty zawsze musisz być zwycięzcą – powiedziałam, czując zbierające się w kącikach oczu łzy. – Że to jest dla ciebie najważniejsze, a nie to, żeby po prostu to wszystko przetrwać.
Wyszłam z pokoju, żeby nie zauważył łez, płynących mi ciurkiem po policzkach.
            - Lily!
W tym momencie, miałam go serdecznie dość.


***


Kolejne spotkania Zakonu Feniksa przebiegały w miarę podobnie. Odczytywane były raporty z misji, ustalane kolejne kroki, czy też strategie w walce ze zwolennikami Sami-Wiecie-Kogo. Których, z każdym dniem przybywało.
Czasami miałam wrażenie, że to była rozgrywka my kontra reszta świata. Jednak z każdym kolejnym zebraniem, moja wiara powracała. Do Zakonu dołączało coraz więcej czarodziei i czarownic. Z każdą udaną akcją, mieliśmy coraz lepsze humory. Czuliśmy, że jeszcze jest szansa, aby wszystko wróciło do normy, aby było tak, jak przed tyranią Voldemorta.
Opór rósł z każdym dniem. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, jak to się skończy. Czy wygramy, czy może poniesiemy sromotną porażkę. Ważna była walka i nadzieja na lepsze jutro.


 ***


Krótko i nudno, ale trzeba było zarysowac sytuację. Przed nami, o ile nie wpadnę na jakiś "genialny" pomysł, już tylko 5-6 rozdziałów. Szczerze mówiąc, cieszę się, że to opowiadanie się kończy. Od paru rozdziałów, po prostu męczę się pisząc.
Opowiadanie numer 3, którego plany już snuję (mam nadzieję) w końcu będzie tym, co chciałam osiągnąć. Jak to mówią, do trzech razy sztuka ;) Mam już prolog i sporą część pierwszego rozdziału, także, będę Was nudzić dalej. Przykro mi ;))
Za błędy w tekście, albo niezrozumiałe zdania przepraszam, dopadło mnie przeziębienie - a ja chorobę przeżywam jak taki typowy facet - stan podgorączkowy = umieranie.