sobota, 11 lipca 2015

Rozdział 32

Uwaga! Jeżeli nie masz osiemnastu lat, lub nie lubisz "momentów" w opowiadaniach - nie czytaj! Niczego nie stracisz, bo tak naprawdę w tym rozdziale jest sama scena erotyczna ^^
Tak w ogóle, to przeczytałam chyba ze cztery romansidła, żeby ogarnąc ten fragment, a i tak nie jestem z niego zadowolona :( Chyba nie zostanę autorką Harlequinów xD

***


30 stycznia 1978 roku


Była gotowa.
            - Zaraz zwymiotuje – stwierdziła, patrząc na zegar wybijający dwudziestą pierwszą.
Podeszła do drzwi, otworzyła je i wystawiła głowę na korytarz.
            - W końcu – powiedział niecierpliwie chłopak, wchodząc do pokoju. – Lily… - wyszeptał, patrząc na dziewczynę.
Postarała się, to trzeba przyznać. W końcu co jak co, ale pierwszy raz powinien być wyjątkowy, prawda? Więc musiała wyglądać tak wyjątkowo, jak się dało.
            - Mamy szampana i truskawki – odparła, próbując odwrócić uwagę Jamesa, od swojego stroju.
            - Uhm – wymruczał, przyglądając się lekkiemu jak mgiełka szlafrokowi, który wyglądał jakby miał się zaraz zsunąć z jej ramion na podłogę.
Chętnie bym mu w tym pomógł, pomyślał.
            - Więc – wyszeptała, czując wypływające na policzki rumieńce. – Jak już mówiłam jestem gotowa, więc jeżeli ty też chcesz, to…
            - Chcę – wszedł jej w słowo. Uśmiechnął się i delikatnie podniósł twarz dziewczyny, tak aby patrzeć jej w oczy. – Denerwujesz się?
            - Trochę – odparła.
Trochę, to mało powiedziane. Lily przez cały dzień bolał brzuch z nerwów. Myślała o tym, żeby odwołać dzisiejszy wieczór (a właściwie noc), ale nie mogła. Chciała to zrobić, bo naprawdę kochała swojego chłopaka. Była pewna tego, że to będzie wyjątkowa chwila, którą mogłaby przeżyć tylko z nim.
            - To może otworzymy tego szampana? – zaproponował James i zdecydowanym ruchem, zaczął otwierać butelkę.
Gdy korek strzelił w sufit, a szampan zaczął się sączyć z butelki, nagle na dziewczynę spłynął zupełny spokój.


***


Po dwóch lampkach szampana, które zdecydowanie uderzyły rudowłosej do głowy, James uznał, że to już najwyższy czas.
            - O Boże – westchnęła, widząc coraz większe fragmenty ciała chłopaka. – O Boże – westchnęła głośniej, widząc tę część ciała, której odrobinę się obawiała.
Oczy lekko się jej zaszkliły. Czuła, że to chyba jednak był błąd. Bo jak on miał się w nią zmieścić?
            - Będzie dobrze, Lily – stwierdził James, widząc zmieszanie na twarzy dziewczyny.
Rudowłosa mruknęła, ale uciekła wzrokiem w stronę sufitu.
            - Ufasz mi, prawda? – zapytał James, przybliżając się do niej tak, że poczuła ciepło bijące od jego nagiego ciała.
Odetchnęła i skinęła głową. Oczywiście, że mu ufała!
Przytulił ją do siebie, i pocałował w usta. Znalazł pasek od szlafroka i zdecydowanym ruchem, rozwiązał supeł.
Jego oczom ukazało się śnieżnobiałe ciało ukochanej, odziane w czarną, koronkową bieliznę.
            - Wyglądasz cudownie – wyszeptał jej do ucha i lekko przygryzł jego płatek.
Lily poczuła dreszcz podekscytowania. Uśmiechnęła się lekko i objęła ramionami kark chłopaka.
            - Ty też wyglądasz niczego sobie – odparła żartobliwie, czując jego nabrzmiałą męskość na brzuchu.
Przytulił ją mocniej i jęknął, czując koronkę, drażniącą jego tors.
            - Mogę…? – zapytał, kierując dłonie z talii dziewczyny, do zapięcia stanika.
            - Tak – wyszeptała.
Niecierpliwym ruchem rozpiął haftki i zsunął biustonosz z jej ramion. Czując ciepło policzków, odsunęła się od chłopaka i szybko podeszła do łóżka.
Gdy tylko się położyła, poczuła ciężar chłopaka nachylającego się nad jej prawie nagim ciałem.
            - Lubię cię dotykać – stwierdziła, przesuwając dłońmi po jego plecach.
Pochylił się nad nią i zakrył jej usta głębokim, zapierającym dech w piersiach pocałunkiem. Drżącą dłonią dotknął jej majtek i zdecydowanym ruchem, pociągnął je w dół.
Położył się na niej, rozsuwając jej uda kolanem. Opierając się na łokciach, tak aby nie zgnieść jej swoim ciężarem, nakrył ją sobą całkowicie.
Skupił się nad umiejętnym dotykaniem jej ciała, tak aby była gotowa na przyjęcie go, jednak całkowicie mu przeszkadzała. Wiła się pod nim, burząc jego plan, oraz pozbawiając go opanowania.
Pocałował ją namiętnie, a gdy oderwał usta od jej warg, skierował się szlakiem czułych pocałunków, w dół jej ciała. Głaskał pełne piersi, drażnił, aż w końcu nie mogąc wytrzymać ani chwili dłużej, wziął w usta brodawkę i zaczął ssać.
Przeszył ją gwałtowny dreszcz przyjemności. Zacisnęła dłonie na jego ramionach i przymykając oczy, poddała się fali przyjemności.
James czuł, że traci nad sobą panowanie. Jeszcze nigdy w życiu nie czuł tak wielkiej przyjemności. Czuł jak jego skóra, pod jej dłońmi rozgrzewa się.
Chciał jej sprawić największą przyjemność. Zaczął przesuwać się w dół jej kształtnego ciała, dotknął dłońmi jej płaskiego brzucha, po czym przesunął dłonie na wewnętrzną stronę ud, rozsuwając je delikatnie. Opuścił głowę i pocałował jej łono.
            - James, nie…
            - Tak.
Próbowała go odepchnąć, lecz w tym momencie jego usta dotknęły jej łechtaczki. Wniknął językiem w wilgotny zakątek jej ciała. Bezwiednie uniosła biodra, dopraszając się o jeszcze większą przyjemność. Chciała tak samo go dotykać, poznać jego ciało, lecz za każdym razem gdy próbowała zmienić pozycję, przyciskał ją do ciepłej pościeli.
Całując jej spragnione usta, powoli wsunął palec w jej wilgotną kobiecość. Stłumił jej jęki, coraz namiętniejszymi pocałunkami, i ponownie dotknął jej drżącą łechtaczkę.
            - Obejmij mnie – wydyszał, umiejscawiając się między jej gorącymi udami.
Zawahał się przez chwilę, przypominając sobie o zabezpieczeniu, leżącym na stoliku. Założył prezerwatywę, pocałował jej rozchylone usta i zaczął w nią powoli wchodzić.
Czując na swojej drodze, przeszkodę stworzoną z jej dziewictwa, pchnął zdecydowanie biodrami.
            - Boli? – zapytał, widząc łzy w jej oczach.
            - Nie – odparła. – To tylko takie dziwne uczucie…
Pocałował ją i zaczął się w niej poruszać, z początku wolno, z wyczuciem; słyszał jak cicho pojękuje z rozkoszy, aż zaczął się poruszać coraz szybciej i głębiej. Unosiła biodra, aby przyjąć go w siebie jeszcze głębiej, paznokciami znaczyła jego plecy i ramiona.
James ukrył twarz na jej szyi, wstrząsany niepohamowaną rozkoszą. Czując coraz mocniej zaciskającą się kobiecość, odszukał palcem jej łechtaczkę i zaczął ją delikatnie gładzic.
Po chwili poczuła, jak jej ciało ogarnia niesamowite przeżycie. Wygięła się w łuk i cicho wyjęczała jego imię.
Czując jej spełnienie, James osiągnął własne. Opadł na nią ciężko z pomrukiem zadowolenia. Serce waliło mu jak młotem, pragnął pozostać w niej na zawsze. Gładziła go lekko po plecach, i cicho wzdychała.
            - Kocham cię – wyszeptał jej do ucha, całując ją delikatnie w opuchnięte usta.
            - Ja ciebie też – odparła, gdy poczuła jak opuszcza jej ciało.
Od razu przysunęła się do niego. Jeszcze nigdy w życiu nie czuła się tak szczęśliwa i zaspokojona jak teraz.
            - Lily – mruknął James.
            - Tak? – zapytała, spoglądając mu w oczy.
            - Wszystkiego najlepszego – powiedział, na co rudowłosa roześmiała się.
            - To były niezapomniane urodziny – stwierdziła, przytulając się do niego mocno. Poczuła coraz bardziej ciążące powieki.
            - Zdecydowanie – stwierdził James, czując jej pełny biust wtulający się w jego tors. – Niezapomniane – dodał, gładząc jej rozrzucone na jego piersi, włosy.




***

Ło matko, właśnie to jeszcze raz przeczytałam. No leżę i się śmieje. I jestem odrobinę zażenowana tym, że to publikuję...
A w ogóle posłuchajcie jaka jestem żałosna. Co robiłam w piątkowy wieczór? Poszłam na imprezę? Poszłam do kina? Plotkowałam z przyjaciółkami?
Nie.
Oglądałam Harry'ego Pottera!!! Hahaha, no jestem sama sobą zadziwiona.
A wiecie co było najgorsze? Mówiłam kwestie razem z aktorami, bo oglądałam to tysiące razy.
Żałosna ja!


poniedziałek, 6 lipca 2015

Miniaturka numer 12



Jedna z moich pierwszych miniaturek ;) Co, wydaje mi się, że widać.


31 października 1981


- Lily, wstawaj! Mówię ci wstawaj – powiedział James potrząsając moim ramieniem.
- Niee – wyjęczałam spod kołdry i położyłam sobie poduszkę na głowę.
Wczoraj Harry nie dawał nam spać – usnął dopiero po 1 w nocy, a i tak często się budził. 
James gdzieś poszedł, więc spokojnie mogłam znowu odpływać w senne marzenia, gdy poczułam ucisk na brzuchu.
- Ma-ma – usłyszałam cieniutki głosik.
Wyjęłam głowę spod kołdry i uśmiechnęłam się do Harry’ego leżącego na moim brzuchu.
- Witaj, słoneczko – powiedziałam i przykryłam chłopca kołdrą. – Śpimy? – zapytałam, lecz jedyną odpowiedzią było pacnięcie mnie rączką i głośne: „nie”!




- James, potrzymasz Harry’ego? – zapytałam męża, właściwie wrzucając mu dziecko w ramiona. Poszłam do kuchni, żeby przygotować obiad.
- Gotowe – powiedziałam po jakimś czasie, wchodząc do salonu. – James, obiecałeś!
- Ale on to tak lubi! – odparł brunet, patrząc z uśmiechem na Harry’ego lewitującego na dziecięcej miotełce nad podłogą.
- Może spaść, te miotełki są dla dwulatków, Harry jest za mały – pouczyłam męża i zdjęłam niezadowolonego Harry’ego z miotły.
Harry bardzo dobrze nauczył się okazywać niezadowolenie – najczęściej wtedy głośno krzyczał i machał piąstkami.
- Ojejku, jacy jesteśmy źli – powiedziałam do chłopca, gdy opadłam na kanapę obok męża. – Syriusz napisał? – zapytałam, wskazując na kopertę leżącą na stoliku.
- Tak, ukrywa się, tak jak uzgodniliśmy – odparł James i potarł czoło. – Męczy mnie to siedzenie w domu, ukrywanie się – dodał, gilgocząc małego po brzuszku.
- Miałeś ostatnio swój wypad w niewidce, nie narzekaj – powiedziałam, przytulając się do niego. – Tak się cieszę, że to jednak Syriusz został naszym Strażnikiem Tajemnicy… Nie wiem o co to chodzi, ale mam dziwne przeczucia co do Petera – dodałam, bawiąc się obrączką.
James spojrzał na mnie.
- Znowu te twoje przeczucia? Może jednak trzeba było kontynuować naukę wróżbiarstwa – zażartował i wziął śpiącego Harry’ego na kolana.
- A ty się śmiejesz! Kobiety mają rozwiniętą intuicję, zobaczysz, jeszcze będziesz mi dziękował, że przekonałam cię, że wasz plan jest zwyczajnie głupi – burknęłam i poszłam do kuchni.




Wieczór 31 października nie różnił się niczym od poprzednich wieczorów – spędzaliśmy go we trójkę na zabawie piłeczkami, albo innymi zabawkami Harry’ego.
I gdy rzucałam piłeczką do dziecka, usłyszałam znajomy dźwięk teleportacji i głośne walenie do drzwi.
- Otwórzcie, to ja, Syriusz! – zawołał znajomy głos. James podszedł do drzwi z różdżką.
- Co jest największym osiągnięciem Huncwotów? – zapytał James, trzymając różdżkę w pogotowiu.
- Mapa Huncwotów, Rogaczu, tracę cierpliwość! – zawołał.
James zdjął zaklęcie i wpuścił Syriusza do domu.
- Cześć Lily, Harry, chłopie ale wyrosłeś! – zawołał Syriusz.
- Co ty tu robisz? – zapytałam zdenerwowana. – Miałeś się ukrywać!
Syriusz uśmiechnął się krzywo.
- Mam zarazem złe i dobre wiadomości – powiedział poważniejąc. – Usiądźcie.
Gdy już wszyscy byliśmy usadzeni na kanapie w salonie, Syriusz przemówił.
- Voldemort został pokonany.
Szeroko otworzyłam oczy i spojrzałam na zszokowanego Jamesa.
- Jak to? – zapytał.
- Ktoś zdradził Longbottomów, wdarł się do ich domu… Frank nie żyje, Alicja też. Jedynie Neville…
- Co z Nevillem? – zapytałam, połykając łzy i myśląc o przyjaciółce.
- Neville przeżył. Została mu tylko cholerna blizna na czole – powiedział Syriusz i szybko wstał z fotela. – Dumbledore mnie zawiadomił, nikt nie wie jak niespełna dwuroczne dziecko mogło pokonać największego czarnoksiężnika naszych czasów! – krzyknął wzburzony Syriusz. Opanował się, gdy Harry się wykrzywił i zaczął płakać.
- Kto… - zaczęłam. – Kto był Strażnikiem Tajemnicy Franka i Alicji? – zapytałam, czując spływające łzy po policzkach.
Syriusz spojrzał na mnie ostro i zwrócił się do Jamesa.
- Peter Pettigrew – wyszeptał i opadł ciężko na fotel.




Dalsze wydarzenia pamiętam jak przez mgłę.
Pogrzeb przyjaciół.
Aresztowanie i osądzenie Petera Pettigrew.
Wyłapanie i osądzenie większości Śmierciożerców.
W końcu nastały normalne dni – bez codziennego strachu, bez lęku o przyszłość wszystkich czarodziei.
Nastał pokój.




- Harry! – krzyknęłam do syna.
Harry skończył już 11 lat i wybierał się do Hogwartu.
- Obiecaj mi, że będziesz grzeczny, słuchaj nauczycieli i nie rozrabiaj – powiedziałam przytulając syna, i pocałowałam go w policzek.
- Dobrze, mamo – odparł i obdarzył mnie uśmiechem, tak bardzo podobnym do Jamesa.
- Mam coś dla ciebie – powiedział James i podał Harry’emu sporą paczkę – Otwórz dopiero w Hogwarcie – dodał i mrugnął okiem.
Harry ostatni raz nam pomachał i poszedł szukać wolnego miejsca w pociągu.
Spojrzałam na męża.
- Dałeś mu niewidkę, prawda? – zapytałam i lekko go walnęłam w ramię – Wiesz jak to się skończy…
- Nie przesadzaj – wyjęczał James i pomachał synowi. – Spójrz w lewo, to Neville Longbottom – dodał, spoglądając na chłopca wyróżniającego się wśród innych chłopców blizną na czole o kształcie błyskawicy.
- Wiesz, że to mógł być Harry? – zapytałam męża, patrząc jak Neville z babcią dzielnie przedziera się przez rozentuzjazmowany tłum.
- Wiem – odparł poważnie James, pomachał jeszcze do Harry’ego i poprowadził mnie do wyjścia z peronu.
Rzuciłam ostatnie spojrzenie na Neville’a.
Podziękowałam Opatrzności za ochronę mojego dziecka i za prawdziwego przyjaciela, jakim od tylu lat był Syriusz Black.


***

Zostałam fabryką miniaturek :p Mam chyba jeszcze ze dwie albo trzy w zapasie ;)