wtorek, 9 czerwca 2015

Rozdział 27



Nauczyciele zupełnie nic sobie nie robili z tego, że niedługo wyjeżdżamy na przerwę świąteczną. Zadawali okrutne wręcz ilości wypracowań, analiz, ćwiczeń zaklęć, oraz powtórek materiałów, że aż nie wiedziałam za co się brać. Co nie było do mnie podobne – zawsze miałam wszystko świetnie rozplanowane.
            - Chyba nie zamierzasz pisać teraz wypracowania, prawda? – zapytał James, pojawiając się w Pokoju Wspólnym z kurtką w ręku. – Zapomniałaś o wypadzie do wioski?
            - Nie zapomniałam – odparłam, chociaż tak. Zapomniałam! – Zaraz będę gotowa, poczekaj chwilę – dodałam zabierając podręcznik od Transmutacji i pergamin z powrotem do dormitorium.
Szybko zmieniłam spodnie dżinsowe, na cieplejsze sztruksy, wzięłam kurtkę i torebkę.
            - Możemy iść – zadecydowałam, stając obok Jamesa.
            - Masz szalik i czapkę? – zapytał, patrząc na mnie podejrzliwie.
Przewróciłam oczami i wyciągnęłam obie rzeczy z rękawa kurtki.
            - Tak, tato – zażartowałam.
James się skrzywił i pociągnął mnie do wyjścia z pokoju.
            - To jakie mamy plany? – zapytałam, gdy zbliżaliśmy się do wyjścia z zamku, przy którym stał jak zwykle pan Filtch, dzierżąc w jednej dłoni długą listę, a drugą drapał kotkę, panią Morris za uchem.
            - Zrobimy zakupy, a później spotkamy się z resztą w Trzech Miotłach – odparł James, naciągając mi czapkę na głowę i owinął szyję szalikiem w barwach Gryffindoru.
            - Na chwilę się rozdzielimy – zastrzegłam. – Nie kupiłam ci jeszcze prezentu – przyznałam się.
Zawsze mam problem z prezentami. Nigdy nie wiem, co kto chciałby dostać. Co jest całkiem głupie, bo przecież naprawdę dobrze znam swoich przyjaciół i chłopaka!
            - Ja też jeszcze ci nic nie kupiłem – odparł, wyżej stawiając kołnierz kurtki, gdy zawiał silny wiatr, zrzucający nam na głowy śnieg z drzew, pod którymi szliśmy.
            - To dobrze, już się bałam, że dostanę coś… - przerwałam, zdając sobie sprawę z tego, że James patrzy na mnie badawczo.
            - Że dostaniesz coś...?
            - Napuszonego – wyszeptałam. Spojrzałam na Jamesa i zobaczyłam, że ma uniesione policzki. – Czemu się uśmiechasz?
            - Jestem szczęśliwy, że mam tak dobrych przyjaciół – odparł, obejmując mnie w pasie i szybciej ciągnąc w stronę już widocznej wioski.

 
***


Rozdzielenie się na zakupach, tylko w teorii było dobrym pomysłem. Bo tak jak wcześniej, jeszcze miałam jakiekolwiek pomysły na świąteczny prezent dla Jamesa, tak teraz miałam zupełną pustkę w głowie.
Tak właściwie co można kupić facetowi, który ma wszystko? Serio. Ma wszystko czego zapragnie. Co prawda, może nie tak od razu (patrz: ja), ale tak. Chce najnowszą miotłę? Matka mu kupuje. Chce zostać kapitanem szkolnej drużyny? Udaje mu się (ciężką pracą co prawda, ale i tak!).
Więc, co kupić osobie, która tak naprawdę ma wszystko?
Kręcąc się po wiosce i spoglądając na świątecznie przystrojone witryny, wpadłam chyba na jedyną osobę, która zna Jamesa lepiej ode mnie.
            - Syriusz! – wydyszałam, doganiając go obok niedużej filii sklepu z markowym sprzętem do quidditcha. – Musisz mi pomóc – zażądałam, łapiąc go pod ramię i odciągając od wejścia do sklepu.
            - Hola, hola! – zawołał, gdy pociągnęłam go w drugą stronę wioski. – Najpierw powiedz w czym mam ci pomóc! Bo wiesz, Rogacz mógłby się wkurzyć, jeżeli w czymś, hm, przyjemnym – dodał, unosząc brew.
Przewróciłam oczami.
            - Próbuje coś kupić Jamesowi na święta, ale zupełnie nie mam pomysłu… - odparłam, rozglądając się. – Myślisz, że gnom śpiewający „Jingle Bells” to dobry pomysł?
            - Oj, Lily – westchnął Syriusz, ciągnąc mnie w wąską uliczkę. – Związałaś się z facetem, który ma czego zapragnie…
            - Jakbym nie wiedziała – zakpiłam.
            - Jednak dobrze wiesz, czego James nie ma – powiedział, stając przed kolorową witryną. – A właściwie, czego jeszcze nie miał – dodał.
Spojrzałam na niego, niczego nie rozumiejąc. Syriusz głośno westchnął i łapiąc mnie za ramiona, obrócił w stronę sklepu, którego wcześniej nie widziałam. Cóż, nie zapuszczałam się w takie miejsca.
            - Chyba żartujesz… - wyszeptałam, patrząc na wystawę. – Nie, nie ma mowy!
            - Wchodzimy – powiedział, uśmiechając się szatańsko i zacierając ręce.


***


Czerwona jak pomidor szłam obok uchachanego Syriusza. Kierowaliśmy się w stronę Trzech Mioteł, w których to mieliśmy się spotkać z resztą.
W ręku dzierżyłam torbę, której zawartości chyba w życiu nie obejrzę przy świetle dziennym… Nadal nie byłam pewna czy to dobry pomysł, ale Syriusz, zapewniał mnie, że doskonały i, że sam z chęcią dostałby coś takiego od Dorcas.
No dobra.
            - W końcu – powiedział James, i od razu zmarszczył czoło, widząc za mną rozradowanego Syriusza. – Byliście gdzieś razem?
            - Nie uwierzyłbyś, gdzie – odparł Syriusz, zdejmując kurtkę i witając się z Dorcas buziakiem.
            - Gdzie? – od razu zapytała Alicja, szturchając śmiejącego się z czegoś Franka.
            - Nieważne – powiedziałam, siadając obok Jamesa. – Dla mnie grzane wino – dodałam, widząc, że Syriusz zmierza do baru, za którym jak zwykle stała madame Rosmerta.
            - Zobacz co kupiłam Syriuszowi – powiedziała Dorcas, pomiędzy wybuchami śmiechu.
            - Co to jest? – zapytałam, oglądając kolorowe pudełeczko z każdej strony.
            - Cóż, to jest pudełko. Jak je otworzysz, to zobaczysz model motoru, który Syriusz sobie kupi po świętach – odparła.
            - Uhm – wymruczałam, podnosząc wieczko.
            - A ty co kupiłaś Jamesowi? – zapytała szeptem, spoglądając na bruneta pogrążonego w rozmowie z Marleną i Remusem.
            - Niespodzianka – odparłam, wkopując torbę głębiej pod krzesło.
Nadal wolałam nie myśleć o tym, co się w niej znajdowało.
            - Ach, tak – westchnęła Dorcas, uśmiechając się porozumiewawczo. – Chyba rozumiem.
            - Chyba nie – odparłam od razu.
            - Oj, Lily – wyszeptała, ściszając głos tak, że ledwo ją słyszałam. – Wszyscy wiedzą, że Syriusz jest, hm, Syriuszem. Dobrze wiemy co lubi. Chce, żebyście też to polubili.
Zmarszczyłam czoło. Nie wiedziałam, czy myślimy o tym samym. Wydawało mi się, że nie.
            - Nieważne – skwitowałam i uśmiechnęłam się do Jamesa, który spojrzał na mnie bystro.


***


Wepchnęłam prezenty pod łóżko, zabezpieczyłam je zaklęciem (doskonale znam Dorcas!) i poszłam się odświeżyć.
Patrząc się na siebie w zaparowanym lustrze, zastanawiałam się, kiedy będę gotowa na kolejny krok w naszym związku.
Jakby na to nie patrzeć, parę ich mieliśmy za sobą.
1.    Oficjalne uznanie za parę.
2.    Ciągłe (oczywiście w zaciszu Pokoju Życzeń, lub pustego dormitorium) obściskiwanie się.
3.    Wyznanie sobie miłości.
4.    Dotarcie do drugiej bazy (tak jakoś ręka Jamesa zawędrowała pod moją bluzkę… Właściwie nadal nie wiem, czy to było przez przypadek, czy z premedytacją).
Więc może Black miał rację? Może to był odpowiedni czas na kolejny krok? W końcu już od jakiegoś czasu miałam niezachwianą pewność, że James jest mężczyzną z którym chcę spędzić życie.


***


Do świąt został już tylko tydzień, a co za tym szło – prefekci musieli dopilnować dekoracji zamku.
Wielkie pudła pełne bombek, girland, mieniących się łańcuchów, czy anielskich włosi, zajmowało pół holu przed Wielką Salą.
            - Słuchajcie, musimy się jakoś podzielić! – zawołałam, patrząc na gadających prefektów i oczywiście milczących prefektów ze Slytherinu. – A ty co tutaj robisz? – wysyczałam, widząc Jamesa idącego w naszą stronę.
Jeszcze tylko jego brakowało…
            - Pomagam wam – powiedział beztrosko, lewitując przed sobą pudło z bombkami.
            - Przepraszam bardzo, ale jakim prawem? – zapytała Amy.
Wszyscy spojrzeli na Jamesa. Oczywiście wzrok Snape’a mógłby zabijać, ale reszta patrzyła na niego z zaciekawieniem.
            - Prawem prefekta naczelnego – odparł James, na co wszystkich zatkało.
Nie no serio. Jeżeli to był jego kolejny dowcip, to był bezgranicznie głupi!
            - O czym ty mówisz? – zapytałam, patrząc na błyszczącą odznakę na jego piersi. Dla uściślenia – taką samą, jaką to ja posiadam. Trudno takie podrobić.
            - To proste, Lily – odparł James, odstawiając pudło. – Zawsze było dwóch prefektów naczelnych, nie zauważyłaś? Dziewczyna i chłopak. Po prostu Dumbledore długo nie mógł się zdecydować, kogo mianować drugim prefektem…
            - Chyba go powaliło – wymamrotał pod nosem Andrew, prefekt z Ravenclawu. – A jakim prawem ciebie mianowali naczelnym, skoro nawet nigdy nie byłeś prefektem?
            - A takim prawem, Higgs, że nie jestem taką małą, oszukującą łajzą jak ty – odparł James, robiąc niezadowoloną minę. Pewnie miał na myśli to, że Andrew często wymigiwał się ze swoich patroli coraz dziwniejszymi chorobami. Wiedziałam, że symuluje, ale niestety musiałam brać za niego patrole.
Przewróciłam oczami i szybko się opanowałam.
            - Dobra, spokojnie. Poprzydzielajmy sobie odpowiednie części zamku, przedyskutujemy to na styczniowym zebraniu prefektów – powiedziałam, próbując przekrzyczeć rozgadanych prefektów. Raczej nie byli zadowoleni z decyzji Dumbledore’a… – Remusie, dołącz proszę do Amy.
Po rozdzieleniu części zamku (mi i Jamesowi przypadł korytarz na piątym piętrze i Izba Pamięci).
            - Wyjaśnij mi wszystko od początku, proszę – powiedziałam, gdy lewitowaliśmy przed sobą cztery pudła pełne świecidełek. Dodatkowo brunet niósł pod pachą niedużą choinkę, która miała stanąć w Izbie.
            - Wczoraj na korytarzu wpadłem na profesora Dumbledore’a – zaczął James. – Nie patrz tak, nie przyłapał mnie na niczym złym! – zawołał, widząc mój wzrok. – Wracałem do wieży, ale poprosił, żebym do niego wpadł, do gabinetu. Wyobraź sobie moje zdziwienie, gdy zaproponował mi, żebym został drugim prefektem naczelnym! W życiu nie myślałem, że ktoś może mi to zaproponować… Nawet moja matka zawsze powtarzała, że nigdy nie zostanę tak jak tata, na raz kapitanem drużyny i prefektem…
            - Do rzeczy, James – przerwałam zniecierpliwiona.
            - Uch, więc Dumbledore powiedział, że dłuższy czas się zastanawiał, kto się nada na to stanowisko… Widział, że dobrze sobie radziłaś, ale wiedział też, że przyda ci się pomoc. Powiedział, że zauważył, że dorosłem, wyobrażasz to sobie?
            - Jasne – odparłam, i ruszyłam różdżką, aby ustawić pudła pod ścianą. – Gdybyś nie wydoroślał, jestem pewna, że nie bylibyśmy razem…
James coś wyszeptał pod nosem, ale to zignorowałam.
            - To będzie zabawne, już nie będziesz musiał mnie śledzić podczas patroli ze Snapem – zauważyłam.
            - Bo już ci się żaden nie trafi – odparł James, rozwieszając pierwszą girlandę. – Albo ze mną, albo z nikim… No, ostatecznie z Remusem.
Przewróciłam oczami i zajęłam się przystrajaniem zamku.


***


            - Jestem wykończony – powiedział James, rzucając się na kanapę.
Do opustoszonego Pokoju Wspólnego wróciliśmy dobrze po 23.
            - Bycie prefektem, to nie tylko odejmowanie punktów i wlepianie szlabanów – odparłam, siadając obok chłopaka.
Kiwnęłam głową Remusowi, który poszedł do dormitorium.
            - Wiesz, że nie będziesz mógł ciągle odejmować punktów Ślizgonom, prawda? – zapytałam, patrząc spod przymkniętych powiek na Jamesa.
            - Oczywiście, że wiem! – odparł oburzony. – Przecież wydoroślałem, prawda? Będę im po prostu przydzielał paskudne szlabany u Filtch’a…
Westchnęłam i położyłam głowę na piersi bruneta. Jego miarowo bijące serce zaprowadziło mnie prosto w objęcia Morfeusza…


***


Obudziłam się po trzeciej w nocy, szczękając zębami. Leżeliśmy z Jamesem na kanapie w Pokoju Wspólnym. Kominek przestał wydzielać ciepło – drewno się wypaliło, został w palenisku tylko dogasający żar.
            - Incendio – mruknęłam, po dołożeniu kawałków drewna do paleniska.
Gdy z kominka znowu buchnął ogień, który powolutku zaczął ogrzewać pokój, wróciłam na miejsce. Usiadłam na podłodze i popatrzyłam na spokojną twarz śpiącego Jamesa. Zdjęłam mu okulary (zapewne nie planował spędzenia nocy na kanapie, dlatego ich nie zdjął) i delikatnie przejechałam palcem po drapiącym policzku.
            - Kocham cię – wyszeptałam, odgarniając mu niesforny kosmyk z czoła. Westchnęłam, gdy nagle otworzył oczy.
            - Też cię kocham – mruknął i wciągnął mnie z podłogi na wąską kanapę. – A teraz śpijmy, nie myślałem, że obowiązki naczelnego aż tak wyczerpują…
Zaśmiałam się cicho i wtuliłam w ciepłe objęcia bruneta.


***


Tydzień który pozostał do wyjazdu do domu na święta, poświęciłam na wytężoną naukę. Byłam nieźle zdziwiona, gdy dołączał do mnie w bibliotece ktoś, kto od zawsze unikał tego miejsca.
James naprawdę poważnie potraktował swoją nową funkcję. Nic sobie nie robił z żartującego z niego Syriusza – zachowywał się bardzo dojrzale.
Oczywiście wiedziałam, że James przeszedł przemianę. Nie był już tym krnąbrnym nastolatkiem, rzucającym zaklęcia na kogo popadnie, wywyższającym się i żartującym z czego popadnie.
Ta zmiana była tak wyraźna… Czasami wydawało mi się, że w Jamesie są dwie osoby – ta dawna, lekkomyślna i nieco szalona, oraz ta nowa – dojrzała i pomocna.
Pomagał uczniom, i nawet się tym nie chwalił! Parę razy byłam mimowolnym świadkiem jego zachowania w stosunku do starszych uczniów, lub niestety – ślizgonów, dręczących młodszych, słabszych. Jednak nie stosował przemocy, czy zaklęć. Potrafił sobie poradzić rozmową, oraz zadaniem szlabanu, czy odjęciem punktów. Jeżeli to nie starczało, szedł z tym do McGonagall lub Slughorna.
Byłam pod wrażeniem. Nigdy nie pomyślałabym, że James Potter może stać się kimś takim. Dobrym, współczującym mężczyzną, rozumiejącym potrzeby innych, a nie tylko swoje.
I właśnie za to, z każdym dniem kochałam go coraz bardziej. Nie myślałam, że można tak kochać. Zawsze podśmiewałam się z Dorcas, która bardzo długo była pod wrażeniem miłości, o której czytała w książkach.
Uważałam, że rycerz na białym rumaku nie istnieje… Okazało się, że w moim przypadku jest ktoś taki. Tylko, że nie na białym koniu, lecz na miotle.
            - Podasz mi książkę od Eliksirów? – zapytał, wskazując brodą na podręcznik leżący obok mojego łokcia.
Przysunęłam książkę Jamesowi, i przygryzając koniec pióra, popatrzyłam na niego.
Nie zmienił tylko swojego zachowania. Dorósł nie tylko wewnętrznie, ale też zewnętrznie. Ostatnio jeszcze bardziej wystrzelił – miał już ponad 180 cm wzrostu, co czyniło ze mnie przy nim istnego skrzata. Jego sylwetka też się zmieniła. Przestał być tak chudy, nabrał trochę mięśni. Treningi quidditcha czyniły cuda…
Jedyne co się nie zmieniło w jego wyglądzie to oczy i włosy. Włosy jak zwykle wyglądały, jakby został porażony piorunem – zabawnie sterczały w każdą stronę świata, nie dając się ujarzmić ani grzebieniowi, ani zaklęciom, które czasami na nich wypróbowywałam.
Natomiast oczy… Tak często lubiłam się w nich zatracać. Babcia zawsze powtarzała, że oczy są wrotami duszy. Jeżeli tkwi w tym powiedzeniu choć ziarnko prawdy, dusza Jamesa musiała być naprawdę piękna.
Jednak to, co czyniło go wyjątkowym, to było to co do mnie czuł. I co ja czułam do niego. Po prostu byliśmy bratnimi duszami. I nikt nie mógł nam tego odebrać. Nigdy.
            - Lily, bo pomyślę, że ci się podobam – zażartował James, unosząc wzrok znad notatek z poprzedniej lekcji. – Czemu się tak przyglądasz?
            - Bo cię uwielbiam – odparłam prosto.
Tak właśnie czułam. I nawet się tego nie wstydziłam. Bo czy można się wstydzić miłości? Mogłam się wstydzić wielu rzeczy, ale nigdy nie będę się wstydzić tego, co do niego czuję.
James uśmiechnął się delikatnie i spojrzał mi prosto w oczy.
            - Ja cię uwielbiam dłużej – odparł.
Westchnęłam i pochyliłam się nad stolikiem.
            - Nie kłóć się ze mną, Potter – wyszeptałam, pomiędzy czułymi pocałunkami.


***


Pociąg właśnie wjeżdżał na stację, gdy Syriusz nerwowo przeszukiwał kieszenie.
            - Nie wziąłem różdżki – wyjęczał, przetrząsając kurtkę, a następnie kieszenie spodni.
Jamesowi zaświeciły się oczy.
            - Ty ją masz? – zapytałam szeptem.
Skinął głową i wyjął różdżkę Syriusza.
            - Trzymaj, Łapo – mruknął, rzucając Syriuszowi jego własność.
            - Uwielbiam święta – powiedziała Alicja, gdy już zajęliśmy wolny przedział.
            - A ja prezenty – westchnęła Dorcas.
            - Ja tam wolę świadomość, że McGonagall nie dyszy mi w kark, każąc przerabiać kolejny temat, który już tak doskonale znam – odparł znudzony Syriusz, rozwalając się na swoim miejscu.
Uśmiechnęłam się i oparłam głowę o ramię bruneta.
Cieszyłam się z tego, że zobaczę rodzinę. Ale jeszcze bardziej cieszył mnie fakt, że to będą nasze pierwsze, wspólne święta, które mam nadzieję, zapamiętam na zawsze.


***


Niespodzianka! Jest rozdział :) Jestem po najcięższym egzaminie (żeby go zaliczyc, muszę uzyskac co najmniej 80% - masakra!), więc znowu będę miała troszkę więcej czasu na pisanie.
Cieszę się, że podobają się Wam miniaturki - pisząc tą o czerwonym pokoju mioteł, miałam niezły ubaw ;)
Ciekawe, co? Trochę szkoda, że w USA (będą wpieprzać hamburgery, czy co? xD), ale fajnie, że coś takiego powstaje. 
Właśnie - zrobiłam Pottera prefektem naczelnym. Właściwie jeszcze do niedawna nawet bym o czymś takim nie pomyślała, ale tu: http://pl.harrypotter.wikia.com/wiki/James_Potter
przeczytałam, że niby był. Więc, niech będzie.

piątek, 5 czerwca 2015

Miniaturka numer 7 – „Kto kontroluje przeszłość, ten ma władzę nad przyszłością”



Po raz pierwszy z dedykacją:
Dla E. Przyszłość zawsze można zmienić, trzeba tego tylko mocno chcieć.
Będzie dobrze. Bo jak nie u Ciebie, to u kogo?




            - Co ty zrobiłeś?! – zawołała Lily Evans, patrząc na mnie z pretensją.
Spojrzałem na bezwładnie leżące ciało Smarka, ubrane w za dużą pelerynę i przykrótkie spodnie i głośno westchnąłem.
            - Nic takiego, Evans – odparłem.
Poczochrałem włosy i poprawiłem opadające okulary.
Jak to się działo, że gdy robiłem coś naprawdę dobrego (czasami się to zdarzało. Co prawda bardzo rzadko, ale jednak!) Lily Evans przy tym nie było. A gdy robiłem coś złego (nie bardzo złego. Czy dręczenie takiej kupy łajna, jaką est Snape to coś złego?) od razu się zjawiała. 
Czy ona wmontowała Snape’owi jakiś radar, czy rzuciła na niego jakieś zaklęcie namierzające?
            - To czemu się nie rusza? – zapytała, klękając obok poszkodowanego.
Zacisnąłem usta, widząc jak delikatnie bada jego głowę (że też nie brzydziła się tych włosów! Dzielna dziewczyna!) i rzuca na niego jakieś zaklęcie.
            - Nic mu nie będzie – odparłem beztrosko.
Rudowłosa wykrzywiła usta.
            - Skąd wiesz, Potter? Może ma uszkodzone narządy?! Może ma krwotok wewnętrzny? Spadł z wysokości! Przez ciebie! – krzyczała.
Uwielbiałem gdy się wkurzała. Oczywiście, wolałbym żeby wkurzała się na kogoś innego, ale przyjemnie było popatrzeć na Lily Evans w tym stanie. Oczy robiły się magnetycznie zielone, ogniście rude włosy powiewały jak naelektryzowane i przybierała zabawną, bojową postawę. Wyglądało to naprawdę ciekawie. I całkiem seksownie.
            - Evans – wyszeptałem, patrząc na ruszającego się i pojękującego Smarka. – Bądź dobrym prefektem i zabierz to-to do pani Pomfrey.
            - To- to?! – wysyczała, wyjmując z kieszeni różdżkę. – To jest człowiek, Potter! Taki sam jak ty! Tylko nie tak głupi! Jesteś zwykłym kretynem, Potter. Spodziewaj się szlabanu!
            - Z tobą zawsze – wymruczałem i ze śmiechem uchyliłem się przed lecącym w moją stronę zaklęciem.


***


Piąta klasa obfitowała właśnie w takie starcia. Zaczynało się od Smarka, a kończyło na wrzasku na mnie, oraz resztę Huncwotów. Co prawda, pod koniec roku to się skończyło – Smark nazwał Evans szlamą. A Evans nie jest głupia (w głupiej bym się nie zakochał) i Smarkowi tego nie wybaczyła. Stawiało mnie to w dobrej pozycji. Teraz to ja byłem tym dobrym. Zazwyczaj.
Szósty rok w Hogwarcie przeznaczyłem na lekkie podchody. Typowe i zupełnie banalne – wysłanie kwiatka, znalezienie zagubionych notatek (które to wcześniej zwinąłem), uciszenie smarkaczy w pokoju wspólnym, gdy o to prosiła, a oni jej nie słuchali, uproszenie Łapy, żeby jej, oraz jej koleżanek nie wkurzał (a tym bardziej nie uwodził)… 
I tak doszliśmy do siódmego roku.
            - Nadal ona? – zapytał Łapa, spoglądając w to samo miejsce, w które patrzyłem.
No, gdzie mógłbym patrzeć? Oczywiście, że na Evans. Wyglądała świetnie po wakacjach! Lekko opalona, uśmiechnięta, ponętna. Wprost do schrupania.
            - Taa – wymruczałem, spoglądając na zawalony żarciem talerz.
Lubiłem uczty powitalne. Mnóstwo świetnego jedzenia, spotkanie z dawno niewidzianymi przyjaciółmi i znajomymi, widok zadowolonej Evans...
            - Doprawdy Rogaczu, odpuściłbyś już – powiedział Łapa, puszczając oko jakiejś rozchichotanej blondynce. – Jak to mówią „tego kwiatu jest pół światu”. Co powiesz na Melody Brooks? Istny wamp.
Przelotnie spojrzałem na Brooks i lekko się skrzywiłem. Wymalowana blondynka, o wyrazie twarzy tępym jak żyletka Syriusza.
            - Nie, dziękuję – odparłem.
Widząc, że Evans wstaje od stołu, odczekałem chwilę i ruszyłem za nią. Szła rozglądając się na boki i co jakiś czas odwracała się.
Uznałem jej zachowanie za wybitnie dziwne i niepokojące. Uznając, że moim obowiązkiem jest dowiedzenie się, czemu tak się zachowuje, zacząłem się skradać.
Jednak chyba nie zostałbym dobrym skautem… W pewnym momencie ją zgubiłem, a po chwili poczułem czubek różdżki wbijający się w plecy.
            - Nie ruszaj się – rozkazała.
To było całkiem ciekawe...
            - Bo co? – zapytałem.
Czy już wspominałem, że lubiłem ją wkurzać?
            - Ruszaj przodem – powiedziała i lekko kując mnie różdżką w plecy, pogoniła.
            - Dokąd idziemy? – zapytałem po chwili ciszy, gdy wspinaliśmy się po schodach.
Zachowanie Evans było tak dziwne i niecodzienne…
            - Lubisz śledzić dziewczyny? – zapytała kpiącym tonem. – Potter, naprawdę myślałeś, że się nie domyślę?
Tak myślałem, ale nie mogłem się do tego przyznać.
            - Raczej liczyłem, że się domyślisz – odparłem, gdy stanęła przede mną z wyciągniętą przed siebie różdżką.
            - Więc się nie przeliczyłeś – powiedziała, wskazując mi ręką na drzwi prowadzące do damskiej łazienki.
Rzuciłem jej kpiące spojrzenie i wszedłem do opuszczonego pomieszczenia. Na szczęście Jęcząca Marta odpłynęła gdzieś rurami, czy jak tam duch mógł zniknąć. A szczególnie tak upierdliwy, jak ona.
Opierając się plecami o umywalkę obserwowałem dziewczynę. Wyglądała jakby czegoś szukała.
            - Co ty Evans wyprawiasz? – zapytałem, gdy odepchnęła mnie od umywalki przy której stałem.
            - Ratuję nasze dziecko od walki z bazyliszkiem. Aa no i nas od śmierci z rąk Voldemorta – odparła spokojnie.
Nie powiem, oniemiałem. Przez chwilę miałem pustkę w głowie i pomyślałem: „Biedna, biedna Evans. Ktoś ją zdzielił czymś ciężkim w głowę”. Jednak widząc jej poważną minę, zrozumiałem, że nie żartuje.
            - Ty mówisz serio?! – zawołałem. – Jakie dziecko? – dodałem, przypominając sobie te wszystkie imprezy na których przesadziłem z alkoholem.
Czy nie pamiętałbym takiej chwili z dziewczyną? Spojrzałem na jej płaski brzuch.
            - Merlinie, nie jestem w ciąży, kretynie! – odparła. – Ale będę.
Sapnąłem. To było dosyć… dziwne. Nie mam lepszego słowa.
            - Ze mną? – zapytałem.
Merlinie, byle nie ze Smarkiem! No, ale powiedziała „nasze dziecko”.
            - Nikomu nie powiesz? – zapytała, patrząc tak jakoś inaczej.
Stwierdziłbym, że jak zakochana kobieta, ale jak wiadomo – Evans nie była zakochana. I to na pewno nie we mnie.
            - Nie powiem – obiecałem.
Lily Evans potarła kran i z uśmiechem odwróciła się do mnie.
            - Po szkole weźmiemy ślub. Dołączymy do tajnej organizacji pod dowództwem Dumbledore’a, do Zakonu Feniksa. I będziemy mieli dziecko… Które odmieni los czarodziei. Które przeżyje śmierć z rąk samego Voldemorta. Z rąk tego samego, który nas zabije… James, przybywam z przyszłości – oznajmiła.
Mogę uwierzyć w naprawdę wiele rzeczy. W to, że Syriusz codziennie zmienia skarpety. W to, że Peter przeszedł na dietę. W to, że Remus wcale co miesiąc nie zamienia się w wilkołaka. Ale w coś takiego?! Przecież to śmieszne!
            - Oszalałaś – stwierdziłem, kręcąc głową. – Lily, ty oszalałaś!
Rudowłosa uśmiechnęła się delikatnie.
            - Wiedziałam, że nie uwierzysz… Tak jak w to, że twój przyjaciel mógłby cię zdradzić. Coś ci powiem, Jamesie Potterze – powiedziała, zbliżając się do mnie tak blisko, że patrzyliśmy sobie prosto w oczy. – Wiem o tobie wszystko. I cię kocham.
To było doprawdy szokujące. Nie na mój rozczochrany łeb!
            - To cudowne, Lily – odparłem szybko. – W końcu zdałaś sobie sprawę z tego, co do mnie czujesz, to naprawdę cudowne... Już możecie wyskoczyć z ukrycia, to był naprawdę świetny dowcip! – zawołałem, rozglądając się dookoła.
Nikt nie wyskoczył z kabin. Syriusz nie podszedł do mnie z kpiącym uśmieszkiem. Remus nie walnął mnie w ramię, a Peter nie zachichotał. Byliśmy tylko we dwoje.
            - Jesteś pod wpływem jakiegoś zaklęcia? – zapytałem przerażony.
A kto wie? Może Smark, czy inny wielbiciel czarnej magii czymś ją rąbnął?
            - Nie – pokręciła głową. – Powiem ci coś, czego normalnie bym nie widziała, gdybym była tą Lily za którą mnie bierzesz… Razem z Huncwotami stworzyliście Mapę Huncwotów. Mapę, która ukazuje wam cały zamek, błonia, wszystkich uczniów, tajemne przejścia… Posiadasz pelerynę – niewidkę, którą dostałeś od ojca na 11 urodziny. Miałeś w planie przekazać ją Harry’emu, ale to ma się wydarzyć dopiero za parę lat… Remus jest wilkołakiem, a wy jesteście animagami. I wreszcie coś, czego nikt na pewno nie wie. Na lewym pośladku masz znamię w kształcie półksiężyca.
Nerwowo mrugając powiekami, usiadłem na podłodze.
            - Skąd…?
Uśmiechnęła się.
            - Już ci powiedziałam. Przybywam z przyszłości… Którą jeszcze możemy zmienić – odparła siadając obok mnie. – A teraz wszystko ci opowiem. Powiem ci o zdradzie Petera, o Syriuszu, który niezasłużenie wyląduje w Azkabanie, o Remusie, żyjącym w ukryciu, aż wreszcie o nas. O naszej miłości… I o Harry’m, owocu tej miłości.


***


W łazience spędziliśmy dobre dwie godziny. Gdy Lily opowiadała mi poszczególne fragmenty, wszystko układało się w logiczną całość. Zachowanie Petera było już w zeszłym roku podejrzane, ale nie to mnie najbardziej przeraziło.
Śmierć Lily, poświęcającej się dla naszego dziecka… To było na raz piękne i tak bardzo okrutne.
            - Nie rozumiem czegoś – powiedziałem, gdy zakończyła swoją opowieść. – Jeżeli ty z przyszłości nie żyjesz, to jak się tutaj pojawiłaś?
            - Ponieważ ja z przyszłości, jestem dokładnie tym samym czym Lily z teraźniejszości. Zawsze jesteśmy jednym i tym samym… Duszą, duchem, obłokiem… To czysta magia, James. Nie potrafię tego zrozumieć, wiem, że mam zadanie, które muszę wykonać, żebyśmy my z przyszłości przeżyli – odparła opierając głowę na moim ramieniu.
            - Więc, jeżeli zakończysz tą „misję” wróci Lily z teraźniejszości? – zapytałem, próbując to jakoś logicznie ogarnąć.
            - Myślę, że tak – odparła. – Pomożesz mi? Musimy dokonać paru rzeczy… Otworzyć komnatę tajemnic, zabić bazyliszka, znaleźć horkruksy, w których to poukrywane są cząstki duszy Voldemorta…
            - Tego wszystkiego mamy dokonać sami? – zapytałem przerażony.
            - W tym wszystkim najlepsze jest to – odparła. – Że pomaga nam pewien potężny czarodziej…
Zmarszczyłem brwi i spojrzałem w miejsce, gdzie patrzyła Lily.
            - Dumbledore…


***


Nie powiem, że dokonanie tego wszystkiego było proste. Nie było. Ale jeżeli to nam miało zapewnić wspólną przyszłość, to jak mógłbym nie spróbować?
            - To ostatni horkruks – oznajmił Dumbledore.
Był już luty. Misja Lily z przyszłości (jak to brzmi!) trwała ponad pięć miesięcy… I właśnie miała się zakończyć.
            - Gdy to zniszczymy – zacząłem, oglądając niepozorny pierścień. – Co się stanie z Voldemortem?
            - Zostanie pokonany – odparł Dumbledore.- Przy pierwszej możliwej potyczce, pokonam go.
Skinąłem głową i podałem profesorowi miecz Godryka Gryffindora nasączony jadem bazyliszka.
Spojrzałem  na zadowoloną Lily.
            - Musisz mi coś obiecać – poprosiłem szeptem. – Zrób coś, żeby teraźniejsza Lily mnie zechciała, bo inaczej wszystko pójdzie na marne…
Rudowłosa roześmiała się cicho.
            - Musisz tego sam dokonać… Ale mogę cię zapewnić - nasze serce bije jednym rytmem. Dla jednej osoby. Kocham cię i zawsze będę…
W tym momencie dyrektor wbił ostrze miecza w horkruks. I stały się dwie rzeczy na raz – Lily zemdlała prosto w moje ramiona, a przedostatnia część duszy Toma Riddle’a zginęła.


***


27 marca 1978 roku
Stałem w kącie pokoju wspólnego i udawałem, że świetnie się bawię.
Od lutego tyle rzeczy się zmieniło… 
Zacznijmy od początku – horkruksy zostały zniszczone. Niedługo po nich Dumbledore pokonał Voldemorta. Śmierciożercy uciekli, niektórzy zostali złapani, a nawet osądzeni. Peter Pettigrew przestał być naszym przyjacielem. Zrezygnował ze szkoły i ślad po nim zaginął.
Miałem pewność, że nasze życie będzie wyglądało inaczej. Syriusz nie trafi do Azkabanu, za coś czego nie zrobił, Remus będzie wiódł normalne życie.
Jednego bałem się najbardziej. Tego, że Lily mnie nie zechce.
Nasze podejrzenia były prawdziwe – po wykonanej misji, Lily znowu była sobą. O niczym nie widziała, a gdy zapytałem ją, czy wie kim jest Harry, myślała, że mówię o jakimś nowym modelu miotły.
Z jednej strony było to dobre. Mogła na powrót być sobą, nieskażoną złem Voldemorta i przyszłością, którą musiała przeżyć.
Ale z drugiej strony, było mi przykro, że o tym zapomniała. Chciałem, żeby mnie kochała... Tyle i aż tyle.
            - Potter – usłyszałem.
Spojrzałem przed siebie i lekko się uśmiechnąłem.
            - Evans – kiwnąłem głową.
            - Nie uważasz, że to trochę dziecinne? To mówienie do siebie po nazwisku? – zapytała, popijając piwo kremowe.
            - Możliwe – odparłem.
            - A chcesz to zmienić? – zapytała z całkiem niewinnym uśmiechem.
Krztusząc się łykiem whisky, wycharczałem:
            - Serio?
            - Serio, serio.
I wtedy zrozumiałem, że to ten moment.
            - Lily Evans – zacząłem. – Czy uczynisz mi tą przyjemność i wybierzesz się ze mną w następną sobotę do Hogsmeade?
            - Tak, James – odparła. – Z wielką chęcią pójdę z tobą do Hogsmeade...
Staliśmy dłuższą chwilę w tym kącie, tylko uśmiechając się do siebie.
Jednego byłem pewien – zarazem zmieniliśmy przyszłość, ale też i tego nie zrobiliśmy. Przeznaczone było nam bycie razem, aż po kres wieczności.

The End


***


Wyszła jakaś fantastyka, czy sama nie wiem co. Ale musiałam rozprawić się z pewną sprawą, dręczącą mnie od wczorajszego poranka...
Jeżeli czegoś nie skumacie - nie przejmujcie się. Napisałam jakieś totalne brednie ;)