środa, 3 czerwca 2015

Miniaturka numer 6 – „Pięćdziesiąt twarzy Pottera”



Parodia wiadomo czego, przeplatająca się z typową akcją Potter – Evans xD Szaaaleństwo!



Był chłodny grudniowy wieczór. Wracałam do wieży Gryffindoru z kolejnego, długiego wypadu do biblioteki. Trzymając przed sobą dwie księgi od Eliksirów, niczym przysłowiową tarczę, wsłuchiwałam się w stukanie swoich niewysokich obcasów.
Mogłabym iść tak całą wieczność, uwielbiałam te wieczorne spacery. Tylko ja, opustoszały zamek i odgłos moich butów. Coś cudownego!
Jednak nigdy nic nie idzie po mojej myśli. Tak było i tym razem…
Z czułością gładząc grzbiety ksiąg, potknęłam się. Oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie wylądowała na kolanach. Podparłam się rękoma o podłogę i uniosłam wzrok. Zobaczyłam coś, czego nigdy wcześniej nie widziałam z tak bliskiej odległości.
Rozporek w męskich dżinsach.
Co prawda zapięty, ale i tak…
            - Evans – mruknął głos, tak dobrze mi znany.
Westchnęłam cicho i wstałam z klęczek. Rzuciłam spojrzenie spod rudej grzywki.
            - Potter – wyszeptałam, rozchylając wargi.
Mój wewnętrzny bogin, podpowiadał mi: „Bierz go!” To ciacho!”, ale oczywiście, jak zwykle go zignorowałam. Nie pozwalałam moim chuciom brać góry nad zdrowym rozsądkiem.
            - Dokąd zmierzasz? – zapytał, zrównując ze mną krok.
James Potter to temat rzeka. James Potter to moje przekleństwo. James Potter to całkiem seksowny… o przepraszam, to palant!
            - Całkiem dobre pytanie – zauważyłam. – Dokąd się zmierza? Z każdym dniem bliżej śmierci…
Potter rzucił mi zagadkowe spojrzenie, a ja speszona, spuściłam wzrok. Bo gdy tak na mnie patrzył, całe moje ciało na to reagowało. A ja tego nie chciałam. Chociaż mój wewnętrzny bogin znowu mi mówił: ”Rozchyl dla niego uda, maleńka! To istny ogier!”.
Jednak jak już zdołałam ustalić, mój wewnętrzny bogin był starym, obleśnym dziadem, który rozmyślał tylko o seksie…
            - Evansss – wymruczał Potter, zabawnie podkreślając s. S jak se…, eee serdelek!
            - Co Potter? – wyszeptałam, lekko rozchylając usta, gdy tak patrzyłam na jego przystojną twarz.
            - Ruchasz się, czy trzeba z tobą chodzić?


***


Głośno oddychając oparłam się o ścianę na siódmym piętrze i westchnęłam.
„Ruchasz się, czy trzeba z tobą chodzić?” To jakże romantyczne zdanie zadziałało na mnie niczym płachta na byka.
Chciałam powiedzieć: „Spieprzaj Potter” ale nie mogłam tego z siebie wydusić. Bo zdałam sobie sprawę, że James Potter odkrył moją tajemnicę… 
Nie trzeba było ze mną chodzić!! Chciałam to z nim zrobić! Z nim, tym dupkiem, ale bogatym, przystojnym, kapitanem drużyny…
Tyle pytań! Kiedy stałam się taką rozochoconą dziewoją? Co się stało z moimi feministycznymi przekonaniami? Czemu Potter tak na mnie oddziaływał? Co by się stało, gdybym powiedziała, że może mnie przelecieć?!
Mój wewnętrzny bogin zrobił salto, piruet, podwójny axel, skok baletowy, zatańczył mazura i oberka i z radością mi obwieścił: „Jesteś małą, niegrzeczną dziewczynką, Evans! A James Potter to w tobie wyzwolił!”.
Załamana zjechałam po ścianie i głośno plasnęłam tyłkiem o kamienną podłogę.
Musiałam pogodzić się z faktem, że chciałam aby James Potter mnie zdrowo przeleciał.


***


Następnego dnia rano, podczas śniadania znowu go zobaczyłam. Siedział oddalony ode mnie o dwa miejsca i co jakiś czas rzucał mi zagadkowe spojrzenia.
Za każdym razem tak samo się płoniłam i oblewałam gorącymi rumieńcami. Na zmianę dostawałam gęsiej skórki, albo robiło mi się gorąco.
Wstał od stołu niczym wielki, zadowolony z siebie kocur i podszedł do mnie tak blisko, że znowu patrzyłam mu prosto w… rozporek.
            - Evans – zagadnął, nakręcając jeden z moich loków na swój palec. – Zostawiłaś mnie wczoraj bez odpowiedzi… Wychowane dziewczęta tak nie robią... Czy mam uznać, że jesteś z tych niegrzecznych?
Podniosłam wzrok na jego twarz i oblizałam suche usta. Lekko je rozchyliłam i z miną tępego orangutana patrzyłam na jego przystojną twarz.
            - Evans – mruknął, lekko pociągając mnie za włosy. Wstałam i kiwnęłam głową.
            - Muszę mieć to spisane – wyszeptałam. – Przygotuj umowę, będziemy pertraktować.
Z zadowoloną miną skinął głową i lekko dotknął wargami mojego policzka.
            - Wiedziałem – wyszeptał mi do ucha.
Patrzyłam jak znika za drzwiami, a mój wewnętrzny bogin robił szalone obroty, podskakiwał z radości do góry i rozwijał wielki banner: „Potter ją zaliczy!”


***


Siedziałam jak na szpilkach w pokoju wspólnym i nerwowo zagryzałam wargi. Patrzyłam w stronę schodów kierujących do męskich dormitoriów. Po chwili na ich szczycie ukazał mi się on. Potter.
            - Chodźmy – powiedział, dzierżąc w dłoni zwinięte pergaminy.
Szybko wstałam, i potykając się o własne nogi ruszyłam za brunetem.
            - Wchodź – rozkazał, gdy przeszedł parę razy pod ścianą, w której ukazały się tajemnicze drzwi.
Przełykając ślinę otworzyłam mahoniowe drzwi. Moim oczom ukazał się… zwykły pokój, coś w stylu tych konferencyjnych z mugolskich filmów.
            - Usiądź – poprosił, odsuwając mi jedno z licznych krzeseł. – Mój prawnik…
            - Masz prawnika? – wtrąciłam zaskoczona.
Spojrzał na mnie spod byka.
            - Remus – odparł.
            - Och – westchnęłam. No tak, mogłam się tego spodziewać.
            - Mój prawnik – zaczął ponownie, patrząc na mnie ostro, żebym nie przerywała. – Przygotował umowę. Przeczytaj – dodał, podsuwając mi plik pergaminów.
Spojrzałam na górę i jęknęłam.
            - Umowa cywilno - prawna pomiędzy kujonką Lily Evans i Jamesem Potterem, jeleniem na baby?! – zawołałam. – Co to za sformułowanie „jeleń na baby”? – zapytałam, ale gdy na mnie spojrzał ucichłam i zarumieniłam się.
Mieniłam się jak neon, a on w tym czasie czochrał włosy.
            - Sformułowanie pies na baby jest już zajęte – wyjaśnił po chwili, zapewne mając na myśli swojego przyjaciela, Syriusza Blacka, Casanovę Hogwartu i jednego z poszkodowanych poprzez rzeżączkę szalejącą w szkole.
            - Och, rozumiem – wyszeptałam i zaczęłam czytać dalej.
            - Punkt pierwszy – przeczytałam. – Niewolnica… Niewolnica?! – zapytałam zszokowana.
            - Niewolnica Izaura – zaśmiał się pod nosem Potter, ale spoważniał widząc mój wzrok. – Niewolnica seksualna. Rozumiesz, wtedy jesteś oddana tylko mi. Jestem bardzo zazdrosny…
            - Rozumiem – wyszeptałam, czując że na moje lico znowu wypełzają rumieńce. – Więc „niewolnica musi słuchać swojego pana i władcę, swojego cara, swojego ukochanego, swojego króla…” to na pewno pisał Remus?
Potter zrobił niezadowoloną minę, a ja przygryzłam wargę. Mój wewnętrzny bogin pokiwał mi palcem, a ja od kiwałam mu głową.
            - To pisałem ja – przyznał się. – Ale resztę Remus…
            - … "niewolnica zawsze musi być gotowa” – przeczytałam i nagle zrobiłam się blada. – Na co?
Potter uśmiechnął się obleśnie i oblizał usta.
            - Ma być gotowa na… - zaczął i wybuchnął rubasznym śmiechem. – Na oglądanie ze mną powtórek meczy quidditcha! W moim pokoju…
            - Co to za pokój? – zapytałam zaciekawiona.
            - Jest to bardzo szczególne miejsce – wyszeptał, przykuwając mój wzrok. – Pokój, który ci pokażę dopiero gdy podpiszesz umowę. Pokój rozkoszy…
Słysząc słowo „rozkosz” mój wewnętrzny bogin podskoczył i zaczął tańczyć lambadę ze szczęścia.
            - Raz się żyje – wyszeptałam, szybko przeglądając resztę umowy i złożyłam zamaszysty podpis w miejscu do tego przeznaczonym.
James Potter uśmiechnął się, schował papiery do tylnej kieszeni spodni i wycisnął na moich ustach brutalny pocałunek.
            - Zaczniemy za godzinę, przyszykuj się…


***


Co prawda, nie wiedziałam co oznacza to „przygotowanie się”, ale dla pewności wzięłam prysznic, zmieniłam bieliznę (z nudnej szarej, na równie nudną białą… Taa, wielkie bawełniane gacie rulez!) i stawiłam się po godzinie w pokoju wspólnym.
James Potter już na mnie czekał i zniecierpliwionym gestem wskazał na zegarek.
            - Czeka cię kara – oznajmił, wyprowadzając mnie z pokoju. – Spóźniłaś się całe dwadzieścia trzy sekundy!
Przerażona tym spóźnieniem (Merlinie, nigdy tak się nie spóźniłam!) przygryzłam wargę. A następnie rozchyliłam usta. I znowu przygryzłam wargę.
            - Nie rób tak, nawet nie wiesz jak to na mnie działa – oznajmił, jakimś takim zwierzęcym tonem.
Z nerwów zaszurałam głośno butami i zarumieniłam się.
Po chwili znowu staliśmy przed tym zagadkowym pokojem. Tym razem drzwi miały kolor wściekłej czerwieni…
Zresztą, cały pokój miał taki kolor. Ściany, sufit, podłoga, wielkie łóżko, stół, krzesła – wszystko było w burdelowo czerwonym kolorze!
Jednak to, co ujrzałam na ścianach tego przybytku, przeraziło mnie.
            - Ty chory popaprańcu – wyszeptałam zszokowana.
Na ścianach wisiała gigantyczna kolekcja mioteł. Miotły wyścigowe. Miotełki do kurzu. Miotły do zamiatania podłogi. Miotły wyglądające jak mopy. Miotły wyglądające jak odkurzacze…
Cały pokój wypełniony był miotłami…
            - Witaj w czerwonym pokoju mioteł – oznajmił z zadowoloną miną.


***


Przez chwilę chciałam uciec. Przecież to było nienormalne! Taki dziwny, miotłowy fetysz!
Ale znowu odezwał się mój wewnętrzny bogin. Powiedział „Tylko spróbuj spieprzyć głupia kujonko, to w życiu nikt cię nie…” – przestałam go słuchać. Byłam przerażona, ale co gorsza, byłam też podniecona.
            - Masz – powiedział, wręczając mi zawiniątko. – Przebierz się tam – wskazał palcem na parawan.
Na sztywnych nogach weszłam za parawan i otworzyłam torbę. Z cichym jękiem wyciągnęłam przebranie francuskiej pokojówki z przyczepioną do paska miotełką do kurzu!
„Ty chory psychopato” – pomyślałam, wkładając seksowny gorset i spódniczkę. Poprawiłam włosy, zagryzłam wargi, zarumieniłam się i wyszłam zza parawanu.
            - Doskonale – wymruczał, oglądając mnie z każdej strony.
Położył się na łóżku. Zaczerwieniłam się wściekle. Patrzył na mnie poważnie.
            - Co tak stoisz? – zapytał po chwili. – Ścieraj kurz z moich mioteł! – rozkazał.
Podniecona do granic możliwości, zaczęłam ścierać kurz miotełką…


***


Myślałam, że to zrobimy. Lub cokolwiek się wydarzy. Jednak nie. Nie z tym chorym popaprańcem, z manią miotłową!
Cały wieczór kazał mi wycierać kurz z mioteł i nie odrywał ode mnie wzroku. W pewnym momencie myślałam, że wstanie, przytuli mnie, albo chociaż zleje mnie miotłą po tyłku, ale nie. Nie on…


***


Następne wieczory wyglądały tak samo. Jakby wszystko odbywało się według wcześniej napisanego scenariusza.
Wchodziłam za parawan, przebierałam się, ścierałam kurze, a on z łóżka mnie obserwował. Bez ruchu. Bez mrugnięcia okiem. Gdyby był chociaż bez koszuli, ale też nie!
Zaczynało mnie to męczyć. Dzika żądza rządziła moim zarumienionym ciałem.
            - Skończyłam – oznajmiłam piątego wieczoru i uklękłam obok łóżka.
Potter spojrzał na mnie z błyskiem w oku i poklepał po głowie.
            - Ja… – zaczęłam, ale zagryzłam wargę. Gdy spojrzał na mnie „tym” spojrzeniem, wypuściłam ją spomiędzy zębów. – Kiedy to zrobimy? – zapytałam, zaciskając uda.
            - Ale co? – zapytał z głupim wyrazem twarzy.
            - No to – odparłam, podkreślając słowo „to”.
Spojrzał na mnie, jakby nic nie rozumiał.
            - Przeczytałaś umowę? – zapytał, marszcząc brwi.
Wzruszyłam ramionami, a on z poważnym wyrazem twarzy mi ją podał.
Szybko przeleciałam wzrokiem po kolejnych punktach i poczułam żar na policzkach.
            - Czy to oznacza…?!
            - Dokładnie – westchnął.
Podpisałam umowę, zobowiązującą mnie do codziennego sprzątania jego czerwonego pokoju. Ale tylko do tego.
            - Czy ty, kiedykolwiek…? – zapytałam, rumieniąc się wściekle.
James Potter zmarszczył brwi w niezrozumieniu. Jednak po chwili załapał.
            - Za kogo ty mnie masz, Evans?! – zawołał zdenerwowany. – W tej budzie każdy zaraża rzeżączką!
Spojrzałam na niego, zagryzając wargi.
            - Ja nie zarażam – odparłam i wyszeptałam, jakbym przyznawała się do czegoś okropnego. – Jestem dziewicą.
Potter szeroko otworzył oczy.
            - Wskakuj – rozkazał, wskazując mi ręką na miejsce obok siebie na łóżku.
Po chwili, w szale pozbywaliśmy się kolejnych części garderoby. Czerwony pokój mioteł miał na zawsze pozostać naszą słodką tajemnicą, którą w schedzie, w przyszłości, James zamierzał ofiarować naszemu pierworodnemu…

The End




***

Ekhm. Nie wiem co tu napisać, więc przemilczę :D

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Rozdział 26



Perspektywa Jamesa Pottera

Severus Snape. Cholerny ślizgon, były przyjaciel mojej dziewczyny. Mój największy wróg, już od pierwszego roku spędzonego w szkole… Ba! Od pierwszej podróży pociągiem do Hogwartu.
Wszyscy myślą, że nie lubię go tylko z jednego powodu. Ponieważ jest ślizgonem i interesuje się czarną magią.
Jednak prawda była zawsze całkiem inna…
On mógł przebywać w jej towarzystwie, bez wzbudzania na jej twarzy tego szczególnego wyrazu niezadowolenia, gdy tylko mnie widziała.
Mógł z nią rozmawiać, spędzać czas, rozśmieszać, a nawet uczyć się.
Dobra, to nie było tak, że gdy tylko zobaczyłem Lily Evans, doznałem olśnienia i zakochałem się. Nie, jedenastolatkowie raczej się nie zakochują.
Jednak coś w niej było. Może ten zabawny ton, którym zawsze przemawiała do mnie? Tak, do nikogo innego!
Długi czas zazdrościłem Snape’owi. Na piątym roku, gdy w końcu sobie uświadomiłem, że to co czuję do rudowłosej to nie przelewki, przepadłem.
Całkowicie.
I znienawidziłem go jeszcze bardziej. Pewnie dlatego byłem takim dupkiem w stosunku do niego – to zawsze była zazdrość o nią.
Gdy w iście dramatyczny sposób zakończyła się ich przyjaźń, odczułem ulgę. I wyczułem swoją szansę. Którą w stu procentach wykorzystałem.
W końcu to ja jestem górą.
            - Skończyłam – oznajmiła z uśmiechem Lily, odkładając na stolik drobno zapisany pergamin. – Hej, co to za poważna mina? Znowu myślisz o strategii na mecz? Przecież masz tyle czasu, sezon zaczyna się dopiero w lutym… - dodała, przytulając się mocno.
            - Nie myślę o quidditchu – odparłem, całując dziewczynę w pachnące truskawkami włosy.
Myślałem o moim tak długo wyczekiwanym triumfie nad Severusem Snapem.


***


To, że w grudniu i styczniu nie rozgrywamy meczy, wcale nie oznacza, że próżnujemy. Chociaż, jakby tak na to popatrzeć, to reszta drużyny nic nie robi. Całą robotę odwala kapitan.
            - Znowu?! – wyjęczał Syriusz, gdy pomachałem mu przed nosem zeszytem podpisanym jako „Strategia uzyskania przewagi nad ślizgonami i całą resztą, aby zdobyć puchar”.
            - Znowu, przyjacielu – odparłem, wygodnie usadzając się na zarzuconym gratami łóżku Syriusza. – Słuchaj, bo nie będę powtarzać…


***


Życie Huncwota jest pełne niebezpieczeństw i z każdego miejsca czai się na niego pewna znienawidzona postać. Osoba jakże żałosna i niepotrzebna. Mianowicie – woźny.
            - Łapo, widzisz gdzieś Filtcha? – zapytał Remus, oświetlając różdżką wąskie przejście, w którym się zamelinowaliśmy.
Aby dowcip nie był zwykłym niewypałem, nie można dopuścić do tego, że:
           a) Przyłapie nas Filtch
        b) Przyłapie nas Lily
c   c) Przyłapie nas kotka Filtcha.
Co prawda niedużo czynników się na to składa, ale te trzy istoty, gdy chcą potrafią człowiekowi popsuć nawet najgenialniejszy pomysł na psotę.
            - Ani Filtcha, ani Evans – odparł Syriusz, otwierając wejście. – Nic nie mów – dodał, widząc moją minę.
Już od tylu lat poprawiam Łapę, żeby nie mówił na Lily „Evans”(co prawda, sam dłuży czas zwracałem się do niej po nazwisku, ale może to przemilczę; każdy doskonale zna pojęcie: „końskie zaloty”), że aż nie mogłem się powstrzymać.
            - Nie potrafisz zapamiętać jednego, prostego imienia – wyburczałem, zarzucając na naszą trójkę pelerynę – niewidkę, spod której wystawały nasze stopy i znaczna część łydek.
Gdy byliśmy młodsi, nie mieliśmy tego problemu…
            - Evans jest wyjątkiem – odparł Syriusz, szczerząc zęby. – Lunatyku, wszystko gotowe?
            - Gotowe – wyszeptał Remus, wyciągając z kieszeni spodni trzy fiolki z połyskującym eliksirem.
Wzięliśmy z Syriuszem po fiolce i stanęliśmy przed kamienną ścianą.
            - Już się nie mogę doczekać jutra – zarechotał Łapa, wylewając eliksir na ścianę.
            - Ja też brachu, ja też – odparłem.


***


Po raz pierwszy już od dłuższego czasu, byliśmy pierwsi na śniadaniu. Chcieliśmy zobaczyć efekty naszego dowcipu.
I to bardzo!
            - Coś długo nie przychodzą – zauważyłem, spoglądając na stół Ślizgonów.
            - Kto nie przychodzi? – zapytała Lily, wpychając się pomiędzy mnie, a Syriusza.
            - Nikt ważny – odparłem szybko, uśmiechając się na widok dziewczyny.
Zmarszczyła nosek i spojrzała na mnie bystro.
            - Znowu coś zmalowaliście, prawda? – zapytała, wzdychając ciężko.
            - Dobrze powiedziane, Evans – odparł Syriusz, uśmiechając się. – Zmalowaliśmy – dodał, wskazując głową na pierwszego śmiałka z domu węża.
            - Może mi ktoś powiedzieć, czemu ten dzieciak ze Slytherinu jest niebieski? – zapytała Marlena, przecierając oczy.
Uśmiechnąłem się szeroko. I jeszcze szerzej, gdy zobaczyłem niebieskoskórego Snape’a. Widok warty nawet najgorszego szlabanu u Filtcha, lub co gorsza u profesor McGonagall!
            - Lily uwielbia Smerfy – wyjaśniłem.
Oczywiście reszta nic nie załapała. W końcu wątpię, żeby Lily z każdym się dzieliła tym, co lubiła robić w dzieciństwie. A jak się okazało, lubiła oglądać bajki o jakiś  niebieskich ludzikach. Co mnie zainspirowało do kolejnego dowcipu.
            - Jesteście niemożliwi – skomentowała to rudowłosa, i uśmiechnęła się radośnie na widok wściekłego Mulcibera zmierzającego na śniadanie.


***


            - Nie rozumiem – wymruczałem, zaglądając do kociołka pełnego czegoś, co wyglądało i pachniało, cóż, niezbyt przyjemnie.
            - Za dużo ikry jesiotra i pyłu z bławatka – oceniła Lily, zaglądając mi przez ramię.
            - Da się z tym coś jeszcze zrobić? – zapytałem, wyjmując z kociołka chochlę, i odwróciłem głowę, aby nie czuć tego okropnego zapachu.
            - Dodaj szczyptę zmielonych oczu żuków i grzej na dużym ogniu, powinieneś dostać chociaż Powyżej Oczekiwań – odparła, przelewając swój jak zwykle idealny, podręcznikowy wywar do fiolki.
Wzruszyłem ramionami i zdałem się na ukochaną.


***


            - Czegoś nie rozumiem… - powiedział Syriusz, patrząc na wychodzącą z pokoju wspólnego, Lily. – Tak spokojnie dajesz jej iść na patrol ze Smarkiem?
Przewróciłem oczami i dyskretnie wskazałem na widoczne pod swetrem wybrzuszenie.
            - Jasne, że nie. Jeszcze nie zgłupiałem – odparłem, kierując się do wyjścia.
Wątpiłem, żeby Snape był na tyle głupi, żeby próbował jej zrobić krzywdę. To, że dołączył do zwolenników Voldemorta było wiadome, ale nadal czułem, że darzy Lily jakimś uczuciem. Z pewnością nic by jej nie zrobił.
Jednak nigdy nie wątpiłem w to, że jego „przyjaciele” chętnie skrzywdziliby kogoś pochodzenia mugolskiego. Lepiej chuchać na zimne, jak to zawsze powtarzała moja matka i nawet zostać śledzącym psycholem, niż później cierpieć.
Zarzuciłem pelerynę na głowę i stąpając najciszej jak umiałem, udałem się za rudowłosą.
            - Witaj, Lily – usłyszałem i po chwili go zobaczyłem.
Tłustowłosego ślizgona, w przykrótkich spodniach i z głupią miną. Cały Smark… Można powiedzieć, że od pierwszego roku niewiele się zmienił.
            - Cześć – odparła Lily. – Zaczniemy od siódmego piętra i będziemy kierować się ku lochom – zdecydowała.
Większość czasu szli w ciszy. Słychać było tylko stukanie niewysokich obcasów Lily i głośne szuranie Smarka. Tylko co chwilę widziałem, jak Snape zaciska dłonie w pięści i chyba otwiera usta.
Tak, jakby się do czegoś przymierzał… No, chyba że po prostu tracił dech, co by nie było takie złe.
            - Więc… Potter, tak? – zagaił, gdzieś na piątym piętrze, okropnie wykrzywiając twarz gdy wymawiał moje nazwisko.
            - Tak – odparła cicho Lily i uśmiechnęła się. – Potter.
Snape sapnął. Zapewne zobaczył to samo co ja – uczucie malujące się na twarzy dziewczyny.
            - Każdy byłby lepszy – powiedział, spoglądając na nią ostro. – Każdy, byle nie Potter – dodał.
Lily zagryzał wargi i pokręciła głową.
            - Nic ci do tego – odpowiedziała, zadzierając głowę. – Już dawno straciłeś szansę, żeby komentować moje wybory. Zresztą, moje są dobre, a twoje po prostu… okropne.
Snape się skrzywił.
            - Potter nie jest dobry, Lily – powiedział, nerwowo rozglądając się na boki. – Zapytaj go, zapytaj go o to, co tak chętnie robi raz w miesiącu, z resztą tej swojej bandy. Co ukrywa!
            - Severusie, myślę, że to jest odpowiedni czas, żebyśmy resztę patrolu spędzili osobno – odparła sucho Lily, patrząc na zdenerwowanego Smarka.
            - Zapytaj go! – zawołał, zbliżając się do niej.
            - Ja idę w stronę północnego skrzydła – odparła, szybko oddalając się od chłopaka.
Ostatni raz rzuciłem okiem na zdenerwowanego Snape’a, i ruszyłem za wzburzoną Lily.
            - Ogarnięty obsesją maniak – wymruczała Lily pod nosem, na co cicho się roześmiałem. – Jest tutaj ktoś? – zapytała, wyciągając przed siebie różdżkę.
Zdjąłem pelerynę - niewidkę.
            - Merlinie, James, nie strasz mnie! – zawołała, przykładając sobie rękę do gardła. – To było podłe, serio… Ale, chwila. Co ty tu robisz? – zapytała, patrząc na mnie badawczo.
            - Stoję – odparłem uśmiechając się.
Lily pokręciła głową i z powrotem ruszyła przed siebie.
            - Wracaj do wieży, nie powinieneś przebywać na korytarzu po dwudziestej pierwszej – powiedziała.
Przewróciłem oczami i złapałem Lily za rękę.
            - Wybacz, musiałem sprawdzić, czy dasz sobie radę ze Snapem – odparłem, przyciągając dziewczynę do siebie.
            - James, to jest głupie – powiedziała, gdy objęci ruszyliśmy korytarzem. – Dawałam sobie radę ze Snapem odkąd skończyłam dziesięć lat, więc czemu teraz miałoby być inaczej?
            - Ponieważ kiedyś Snape nie był sługusem Voldemorta – odparłem.
Lily spojrzała mi prosto w oczy.
            - Nie ma żadnych dowodów, że Snape dołączył do Śmierciożerców – wyszeptała.
            - No tak, musiałabyś tylko podciągnąć mu rękaw szaty i voilà! Dowiedziałabyś się prawdy… - odparłem, wierząc w to.


To było pewne. Byłem tego tak samo pewien, jak tego, że Zjednoczeni z Puddlemere wygrają z Pustułkami.
            - Serio? – westchnęła. – Naprawdę myślisz, że Voldemort jest taki głupi, żeby znaczyć dzieciaki tym swoim znakiem?
Skinąłem głową.
            - Szaleńcy nie myślą tak jak reszta – odparłem, wzruszając ramionami. – Jestem pewien, że taki znak nie znajduje się tylko na przedramieniu Smarka, ale też paru jego koleżków…
Lily pokręciła głową.
            - Nie uwierzę w to… Tak swoją drogą, to o czym on mówił? Przecież wiem, że coś z chłopakami ukrywacie – odparła, patrząc mi prosto w oczy.
            - Nic takiego, co powinno zaprzątać twoją śliczną główkę – odparłem, przyciągając ją do siebie bliżej.
            - James, pocałunkami wcale nie…
A właśnie, że tak.


***


            - Możesz mi wytłumaczy, co robimy o tej porze w Pokoju Życzeń? – zapytała Lily, gdy zaciągnąłem ją po patrolu do tego świetnego miejsca.
            - Będziemy spać – odparłem, wskazując na wielkie łóżko, które zmaterializowało się, gdy tylko o nim pomyślałem.
            - Co?! – zawołała. – Ja nie…
            - O Merlinie, będziemy spać, nic więcej, wyluzuj – odparłem, przeczuwając, że zapewne wyobraziła już sobie niewiadomo co. – Oczywiście, przyjdzie taki moment, że będziemy robić coś więcej, ale z pewnością nie dzisiaj – dodałem, z uśmiechem witając jej zaczerwienione policzki.
            - Dobra, ale nic nie próbuj, rozumiesz? – zapytała, zdejmując gruby sweter, aby pozostać w cienkiej koszulce.
            - Oczywiście, za kogo ty mnie masz?! – odparłem, udając oburzenie.
            - Pozwolisz, że zostawię to pytanie bez odpowiedzi? – zapytała, uśmiechając się.
Pokręciłem głową i popchnąłem ją na łóżko.
            - To było bardzo niemiłe – odparłem, nachylając się nad leżącą dziewczyną. – A wiesz, co robię, gdy ktoś jest dla mnie niemiły?
Lily pokręciła głową.
            - Stosuję tortury – odparłem, przypuszczając łaskotkowy atak na dziewczynę.
Słysząc perlisty śmiech ukochanej, czułem się najszczęśliwszym facetem na ziemi.


***


            - Gdzieś ty przepadł, Rogaczu?! – zawołał Syriusz, gdy rano wślizgnąłem się do naszego dormitorium.
            - Nie mogłeś sprawdzić na mapie? – odparłem, siadając na łóżku.
            - Kretynie, wziąłeś mapę ze sobą! – odparł Łapa, patrząc na mnie ze złością.
            - Uch, no tak – powiedziałem, wyciągając z tylnej kieszeni spodni wygniecioną mapę. – Przepraszam, byliśmy w Pokoju Życzeń…
Syriusz spojrzał na mnie bystro.
            - I co tam robiliście?
Przewróciłem oczami.
            - Spaliśmy – odparłem, zdejmując sweter.
            - Ach, spaliście – powtórzył. – Tylko spaliście? – zapytał, robiąc zawiedzioną minę.
            - Tylko, erotomanie – odparłem, wchodząc do łazienki. – Nie martw się, kiedyś to zrobimy, i na pewno się o tym dowiesz.
            - Trzymam cię za słowo, stary!
Ze śmiechem wszedłem pod gorący prysznic.


***


Święta zbliżały się coraz szybciej, a ja nadal nie miałem prezentu dla Lily. Miał być on wyjątkowy, niezapomniany i zdecydowanie lepszy niż rok temu (z braku laku kupiłem jej wtedy gigantyczny zestaw słodyczy z Miodowego Królestwa).
            - Co przeglądasz? – zapytał Remus, zaglądając mi przez ramię.
            - Katalog z biżuterią – odparłem, zakreślając kolejny naszyjnik.
            - Dwa tysiące galeonów za naszyjnik? Oszalałeś? – zapytał Lunatyk, wskazując to, co zakreśliłem. Czyli przepiękny wyrób goblinów – naszyjnik z rubinami.
            - Takie ceny, stary. Co poradzić… - powiedziałem i spojrzałem w stronę otwierających się drzwi: - Łapo, czy dwa tysiące galeonów to dużo za wyrób goblinów?
            - Jasne, że nie – odparł Syriusz, wyrywając mi z ręki katalog. – Ulala, myślisz, że jak sprawisz Evans takie cacko, to w końcu wskoczy ci do łóżka? – zapytał, susząc zęby.
            - Nie, kretynie – powiedziałem, zabierając mu magazyn. – Chcę, żeby dostała coś szczególnego. To nasze pierwsze święta…
            - Co nie oznacza, że musi dostać coś, co kosztuje tyle co wszystkie miotły, znajdujące się w schowku pani Hooch – odpowiedział Łapa, wrzucając sobie do buzi garść fasolek. – Ja kupiłem Dorcas nowe rękawice do quidditch’a, ostatnio narzekała, że poprzednie się jej zużyły…
            - Jak romantycznie – zakpiłem. – Pastę do polerowania miotły też dostanie?
Syriusz przewrócił oczami i zapchał się kolejną porcją fasolek.
            - Może powinieneś to jeszcze przemyśleć? – zapytał Remus, przeglądając katalog. – Myślę, że Lily wolałaby coś… skromniejszego.
Westchnąłem.
            - Zastanowię się jeszcze – odparłem, chowając katalog pod łóżko.
            - Widzisz Lunatyku, jak się ma dzianych rodziców, to można wydawać dwa tysie na błyskotki dla dziewczyny… - powiedział Syriusz, ukazując światu oblepione cukierkami zęby.
            - Powiedział biedak – skomentowałem, przypominając sobie opowieści Łapy o odziedziczonej skrytce.
            - Ja i tak obstawiałbym coś innego. Lily nie chodzi obwieszona biżuterią, gdzie coś takiego założy? – zapytał Remus.
Co prawda, wyobrażałem sobie gdzie to założy (i tylko to), ale hm, może rzeczywiście nie do końca to przemyślałem…
            - A co tak właściwie Evans lubi? – zapytał Syriusz, rozpakowując kolejną paczkę fasolek ze starych zapasów, które zostały jeszcze po Peterze.
            - Mnie – odparłem, na co Remus głośno westchnął.
            - No tak, to mamy sprawę załatwioną! Po prostu obwiąż się Rogaczu różową wstążeczką, i oddaj się Evans na wieki – zakpił Syriusz.
            - Wolałbym, żeby to się stało w drugą stronę – odparłem, wyobrażając sobie Lily obwiązaną wstążką. Oczywiście, najlepiej tylko wstążką…
            - Lily lubi książki – powiedział oczywistą, oczywistość Remus. – I lubi coś zapisywać. Często coś zapisuje na przypadkowych pergaminach, wydaje mi się, że pisze coś w rodzaju dziennika, pamiętnika…
O. To nowość. Chyba byłem za bardzo skupiony na czymś innym.
            - W Hogsmeade jest taki sklepik, kiedyś zawędrowałem tam z tą Sarą, pamiętacie ją? W zeszłym roku skończyła Hogwart… Te nogi… Uch, no wracając do rzeczy, kawałek za kawiarnią jest sklep z różnymi pierdołami. Tam na pewno znajdziesz jakiś pamiętnik – powiedział Syriusz, wyraźnie rozpływając się nad walorami dawnej „dziewczyny”.
            - Dzięki – mruknąłem i spojrzałem na zegarek. – Cholera, spacer z Lily! Pogadamy później!
Mierzwiąc włosy i łapiąc kurtkę, wypadłem z dormitorium.


***


            - Zimno – westchnęła Lily, mocniej się przytulając.
Westchnąłem zadowolony.
            - Mama zaprasza cię na świąteczny obiad – zakomunikowałem, przypominając sobie o liście od matki.
            - Dziękuję, na pewno przyjdę – mruknęła Lily, wspinając się na palce. – Wyglądasz jak bałwan, Jamesie Potterze.
Zamrugałem szybko oczami.
            - Chodzi mi o to, że masz taki czerwony nos, jak bałwan – szybko wytłumaczyła, całując mnie w policzek. – Nigdy nie lepiłeś bałwana?
            - Nie – odparłem, trochę obrażony tą insynuacją. Nawet nie wiedziałem jak rzeczony bałwan wygląda…
            - To ulepimy – zapowiedziała Lily, uśmiechając się słodko. – Bałwany mają nosy z marchewek i oczy z węgielków. Oraz ręce z patyków i garnki na głowach.
To się załamałem. Może i moje nazwisko jest związane z garnkami, ale na pewno nie noszę ich na głowie!
            - Ojej, ktoś tu się chyba obraził – westchnęła Lily, patrząc mi w oczy z wesołym uśmiechem na ustach. – Co mam zrobić, żebyś przestał uważać, że porównuję cię do bałwana?
Udałem, że się głęboko zastanawiam i wskazałem na usta.
            - Oczywiście, że tak – mruknęła uśmiechając się zalotnie, i przybliżyła twarz do mojej. – Jesteś taki oczywisty…
Przewróciłem oczami, i przyciągnąłem ją bliżej do siebie.
            - To co, lepimy tego bałwana? – zapytałem, lekko odpychając od siebie dziewczynę z opuchniętymi od pocałunków ustami.
            - Jesteś też okrutny – dodała, spod wpółprzymkniętych powiek.
Uśmiechnąłem się i pocałowałem ją w czubek nosa.
            - Też zaczynasz już przypominać bałwana, więc pośpieszmy się!


***

Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Dziecka!! Długo wyczekiwany dzień, w którym można bezkarnie obżerać się lodami, nie przejmując się dietą :) W którym coś się dostaje, yeeey!! I co tam, że ma się już prawie 24 lata, gdy nadal w środku czai się to wewnętrzne dziecko? xD
Niestety, ale od 7 czerwca czekają mnie egzaminy. Także od 7 do 22 czerwca mogą się nie ukazywać kolejne rozdziały. Wszystko będzie zależało od tego, czy będę miała chociaż trochę czasu na pisanie.