Myliłam się.
Przyznaję!
Myślałam, że związek z Jamesem nic nie zmieni w moim uporządkowanym życiu.
Oczywiście oprócz tego, że je cudownie dopełni.
Jednak zupełnie, ale to
zupełnie, się myliłam.
Bycie z kimś wcale nie jest
takie łatwe, jak to pokazują w tych przesłodzonych serialach, które tak
namiętnie ogląda Petunia, ani w tych książkach, które Dorcas z Marleną czytają.
Trzeba akceptować drugą
osobę ze wszelkimi jej zaletami. Ale i wadami. Co nie zawsze jest proste. Bo
jeżeli twój chłopak uwielbia quidditcha, a ty nie, to cóż, macie problem.
My,
mieliśmy problem.
Byliśmy ze sobą ledwie
cztery dni, kiedy się objawił.
- Czemu masz treningi akurat wtedy, kiedy mam wolny czas,
który moglibyśmy spędzić razem? – zapytałam pewnego popołudnia, gdy dogoniłam mojego chłopaka, kierującego się z
miotłą na błonia.
- Lily, nie przesadzasz? Spędziliśmy wczoraj razem
wieczór – odparł James, spoglądając na mnie z roztargnieniem. – Wiesz, że to
ostatni rok, gdy mogę pokazać co umiem. Zapisać się w szkolnych annałach… To
dla mnie ważne – dodał, zatrzymując się i spoglądając mi głęboko w oczy.
Westchnęłam ciężko.
- To może poobserwuję wasz trening? A później pójdziemy
na spacer? – zaproponowałam.
Twarz Jamesa rozświetliła
się od uśmiechu.
- To jest doskonały pomysł!
Każdy problem (i to tak
błahy) da się rozwiązać.
***
Jak się okazało, oglądanie
treningu quidditcha może być całkiem zabawne. Oczywiście, o ile ma się za
chłopaka kapitana, który nie musi trenować łapania znicza, bo twierdzi, że jest
„niepokonany”. I tylko pokrzykuje na resztę drużyny.
- Łapo, podawaj do Meadowes! – wrzasnął James z trybun,
do lecącego z piłką (kaflem? Co za różnica…) Syriusza.
- Chyba dobrze grają – zaryzykowałam.
James spojrzał na mnie z
niedowierzaniem.
- Dobrze? Doskonale! Rozgromimy Slytherin – zapewnił. –
Widzisz tego nowego z numerem piątym na plecach? To pałkarz, chroni zawodników
przed zarobieniem tłuczkiem.
- Ach – westchnęłam. To po to oni są! Ale po co te
tłuczki? – A tłuczki są po co?
- Żeby utrudniać przeciwnikowi grę – odparł James. –
Strasznie boli takie stłuczenie po dostaniu tłuczkiem.
- Znasz to z autopsji? – zapytałam ciekawa.
Bo gdybym dostała czymś
takim, to nigdy więcej nie zagrałabym w taką grę.
- W rękę, była złamana – powiedział, prostując przed sobą
prawe ramię.
- Też miałam złamaną rękę – odparłam, ciesząc się z tego,
że coś takiego nas łączy. Wiem, jestem dziwna… - Jak miałam dziewięć lat
przewróciłam się na wrotkach. Wpakowali mi rękę w gips na całe trzy tygodnie!
- Trzy tygodnie? – zapytał James z niedowierzaniem. –
Matka wyleczyła mi ją przez noc…
Przewróciłam oczami.
- Wiesz, mugole potrafią różne rzeczy, ale medycyna nie
zawsze jest tak szybka, jak w przypadku magomedycyny – odparłam, opierając
głowę na ramieniu bruneta.
Było zadziwiająco
niewygodne.
- Ochraniacze – wyjaśnił, gdy spróbowałam przyjąć jakąś
wygodniejszą pozycję.
- To już się nie mogę doczekać, kiedy je zdejmiesz –
powiedziałam, na co James uniósł brew.
No, i zdałam sobie sprawę z
tego, co powiedziałam.
- W sensie… Nie o to mi chodziło! – powiedziałam,
rumieniąc się.
- Rozumiem – odparł, obejmując mnie ramieniem. – Nie
martw się, nie będę cię do niczego pośpieszał. W końcu nie chcemy wpaść,
prawda? – zapytał z uśmiechem.
Dobra, nie wiem co było w
tym zabawnego. Ja w żaden sposób nie mogłam mu odpowiedzieć uśmiechem. Chyba,
że bardzo, ale to bardzo wymuszonym. I nerwowym.
- To nie ma jakiś czarodziejskich prezerwatyw? – wypaliłam.
Ja i mój za długi jęzor.
- Czego? – zapytał James.
No to się wkopałam. Weź
wytłumacz facetowi, co to jest prezerwatywa. Nie umierając z zażenowania.
- No – zaczęłam. – To takie, ekhm, coś. Co facet zakłada,
no, on to zakłada, hm. Tam – powiedziałam, nerwowo gestykulując i męcząc się
okropnie. – I to zapobiega niechcianym ciążom. Nie wiem, czy rozumiesz, ale…
- Chyba rozumiem – odparł James, o dziwo, lekko się
rumieniąc.
HA! Wcale nie jest taki
wyluzowany w tych sprawach! To dobrze. Nie chciałabym być jedyną, w naszym
duecie, która się rumieni i czuje okropnie zażenowana.
- To dobrze – powiedziałam, ciesząc się z tego, że nie
muszę tego powtarzać.
- To gdzie można coś takiego kupić? – zapytał, na co się
zakrztusiłam.
Śliną. O Boże.
- Że? Uch, w mugolskich aptekach – odparłam.
Dobrze, że w okolicy nie ma
takowej. Nie wiem czemu, ale miałam dziwne przeczucie, że poszedłby żeby to
kupić.
- Sprytni ci mugole – stwierdził James, zamyślając się.
Mruknęłam coś i znowu
utkwiłam wzrok w boisku. Syriusz jak zwykle popisywał się, a Dorcas próbowała
mu odebrać kafla. Nowy obrońca, Tommy Jones, bronił prawie każdą piłkę, którą
posyłał mu Syriusz. Lub Dorcas. Jak w końcu udawało jej się odebrać tego kafla.
James spojrzał na zegarek i
głośno zagwizdał.
- Koniec! Byliście świetni! – zawołał i spojrzał na mnie.
– To co, spacer?
***
Jak się okazuje, spędzanie
czasu sam na sam z chłopakiem, jest dosyć ciekawe. Dobra, wcześniej
przesiadywałam z Severusem. Jednak to coś zupełnie innego… Przecież w
towarzystwie Severusa, nie miałam tych wszystkich, zabawnych objawów, jakie
miałam przy Jamesie.
Ilekroć na mnie spojrzał
(James, a nie Severus), serce biło mi mocniej. Przepełniało mnie zupełnie
niewytłumaczalne szczęście, i czasami, o zgrozo, chciało mi się śpiewać. A
serio, lepiej żebym nie śpiewała…
Właściwie, byłam ciekawa,
czy ja jakoś na niego oddziaływuję. Oczywiście, nie w ten, wiadomo jaki sposób.
- Ładnie pachniesz – powiedział, gdy przytuliłam się do
niego dość mocno, podczas co chwilowego postoju na pocałunek.
- Dziękuję – odparłam, ucieszona tym, że lubi moje
perfumy. Albo szampon do włosów. Lub odżywkę. No, nieważne.
Staliśmy tak pod tym
drzewem, ciasno przytuleni i myślałam, jak to dobrze, że jest tak strasznie
uparty. Oczywiście, wcześniej uznawałam to jako jego główną wadę. Tę oślą
upartość. Ale teraz, hu! To zdecydowanie zaleta.
- Cieszę się, że nie zrezygnowałeś – powiedziałam. Jednak
widząc jego nierozumiejący wzrok, dodałam: - Ze mnie.
- Ach – westchnął, w końcu rozumiejąc o co mi chodzi. – A
było blisko…
Że co?!
- Słucham? – zapytałam, głupim, piskliwym głosem.
James uśmiechnął się.
- Żartuję.
Kretyn!
**
*
Październik mijał nam
naprawdę spokojnie. Wszystko jakoś tak płynęło, układało się idealnie, bez
problemów.
A może to tylko chodziło o
to, że w końcu byłam tak naprawdę szczęśliwa?
I to szczęście, dawało mi
siłę, aby stawiać czoła wszelkim przeciwnościom losu? Których znowu nie było aż
tak dużo. Nauka szła mi tak jak zwykle, obowiązki prefekta nie sprawiały mi
problemów, miałam najprzystojniejszego chłopaka w szkole, świetne przyjaciółki.
Beztroska i spokój.
Ale każdy spokój, można
zakłócić…
Drgnęłam, gdy drzwi od
naszego dormitorium głośno trzasnęły. Okazało się, że to Dorcas walnęła nimi z
całej siły. Okropnie płacząc. Oho. Kłopoty.
- Dor, co się stało? – zapytałam, siadając na dorcasowym
łóżku, obok szlochającej przyjaciółki.
W życiu nie widziałam, żeby
Dorcas aż tak płakała! Musiało się stać coś naprawdę strasznego. Tak rozpaczała
tylko po śmierci taty.
- Hej, Dor – mruknęłam, dotykając jej wstrząsanych
płaczem, pleców. – Chcesz chusteczkę? – zapytałam, podsuwając jej jednorazówkę.
Czarnowłosa głośno
wydmuchała nos i spojrzała na mnie zza szopy kręconych włosów.
- Całował się z inną! – krzyknęła i znowu zaczęła płakać.
Zmarszczyłam czoło w
dezaprobacie. Oczywiście, wiedziałam o kim mówi. O tej przeklętej wszy,
Syriuszu Blacku.
Jednak musiałam coś ustalić.
- Dorcas, ale wy jesteście parą? – zapytałam. – Bo,
jeżeli nie… To, hm, to może się całować z kim chce.
Dorcas spiorunowała mnie
wzrokiem.
- Nie jesteśmy, ale myślałam… Że bee-ędziemy! – zawołała,
rzucając mi się w ramiona.
I masz babo placek. Tak się
kończy zadawanie z taką zakałą męskości, jaką niewątpliwie jest Black.
- Och, Dorcas – wyszeptałam, mocno przytulając
przyjaciółkę.
***
Czarnowłosa szybko zasnęła,
po tej wyczerpującej rozpaczy. A ja, wolno obracając różdżkę w palcach,
skierowałam się do męskiego dormitorium.
- Mogę? – zapytałam, uprzednio pukając.
Wolałabym nie trafić na
moment, gdy na przykład, któryś z lokatorów przebierałby się, lub robił coś
innego, co wiązałoby się z widokiem czyjegoś tyłka, czy innej części ciała.
- Lily – powiedział ucieszony James, wstając z łóżka.
Rozejrzałam się ciekawie po
dormitorium, okropnie zasyfionym i zawalonym zbędnymi rzeczami.
- Gdzie jest ten padalec? – zapytałam wojowniczo.
James szybko zamrugał. Ej,
chyba nie pomyślał, że mówię o nim? No, przecież wtedy nie pytałabym w trzeciej
osobie. Umiem odmieniać.
- Chodzi mi o Syriusza – wytłumaczyłam, gdy z wahaniem wyciągnął
do mnie rękę.
- Aa, o Syriusza – rozluźnił się, przyciągając mnie do
siebie. – Kąpie się – dodał.
Uśmiechnęłam się lekko
(oczywiście nie na myśl o Syriuszu pod prysznicem, fu!) i skorzystałam z chwili
sam na sam. Bo reszta Huncwotów, oraz Frank, gdzieś przepadli.
Przytuliłam się do Jamesa i
tonem skrzywdzonego dziecka, powiedziałam:
- Syriusz zranił Dorcas… Więc ja zranię jego.
No dobra, dzieci tak nie
mówią. Dzieci nie chcą ranić innych. Raczej. A ja miałam wielką ochotę rzucić
na Blacka jakieś paskudne zaklęcie.
- Co znowu zrobił? – zapytał James, po uprzednim, ciężkim
westchnięciu.
- Całował się z kimś, a Dorcas na nim zależy. Myślałam,
że jemu też na niej zależy… - odparłam, siadając na łóżku bruneta, jednak
wcześniej dokładnie lustrując je wzrokiem. Wolałabym się nie natknąć na brudne
skarpetki, czy coś równie nie fajnego.
- Przecież zależy! – krzyknął James.
Hm, no dobra. Świetnie to
okazał…
- Taa – mruknęłam. – Wiesz, że będę musiała go
skrzywdzić, prawda?
James przewrócił oczami.
- Myślę, że lepiej będzie, jeżeli nie zostaniesz
mścicielką – odparł. – Powinni porozmawiać. Tak jak my. Wiesz kiedy – dodał.
Subtelnie przypomniał mi o
tym, że całował się z inną. A ja w zamian z Syriuszem. Bleh! Że też musiał
takie brudy wyciągać!
- Uch, wiem – wyszeptałam.
Kiedy to James Potter stał
się głosem rozsądku? A ja, cóż. Głosem zemsty?
- O Boże, oczy mi wypaliło! – zawołałam, gdy zobaczyłam
czarnowłosego, który wyszedł z łazienki. Dla uściślenia, w samym ręczniku.
Cóż za szkaradny widok!
- Rudzielec? – zapytał Syriusz. – Nie możesz znieść
widoku mojego zabójczego torsu, dlatego zasłaniasz oczy?
Jeżeli zapadniętą klatę, z
trzema włosami, można nazwać zabójczą, to tak!
Nie, no, dobra! Przyznaję!
Nie było tak źle.
- Wolę nie oglądać czegoś takiego po kolacji, bo jeszcze
zwrócę – odparłam, gdy odsłoniłam oczy. Które teraz mi zakrył James. No ładnie.
- Łapo, ubierz się – powiedział. – W kiblu! – dodał,
wrzeszcząc.
Syriusz uchachany jak
idiota, wrócił do łazienki.
- Merlinie, wy tak często łazicie w samych ręcznikach po
dormitorium? My ubieramy się w łazience – powiedziałam zażenowana.
- Nie, tylko Syriusz – odparł James. – Więc jak ci się
podoba nasz pokój?
Rozejrzałam się i wzruszyłam
ramionami.
- Moglibyście czasami posprzątać – stwierdziłam,
przyglądając się, podejrzanie wyglądającemu stosowi ubrań, książek, oraz taak,
chyba pod tym wszystkim stała klatka Hadesa.
- Ubrałem się – obwieścił Syriusz, ukazując się nam w
czarnych dżinsach i szarej koszulce. – Co tu robisz?
- Przyszłam cię znokautować – odparłam beztrosko i
spojrzałam na Jamesa. – Ale on mnie powstrzymał – dodałam, wskazując
oskarżycielsko na chłopaka.
- Ach, tak – powiedział Syriusz, ostrożnie zbliżając się
do nas. – A z jakiego powodu, chcesz mnie skrzywdzić?
- Bo złamałeś Dorcas serce – odparłam okrutnie.
I to chyba była prawda. To
było okrutne. Black się lekko zachwiał i spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
- Jak to?
- Całowałeś się z jakąś… Nie wiem kim, bo Dorcas tego nie
zdradziła. Pewnie nawet nie wiedziała jak się nazywa, bo ciągle je zmieniasz –
odparłam, zastanawiając się, czy wargi Syriusza mogą być czymś zainfekowane.
Bo niestety, ale moje się z
nimi zetknęły. Co prawda, na jakieś sześć sekund, ale to chyba wystarczy, żeby złapać
jakiegoś syfa! Ble. O fu. I mogłam tym zarazić Jamesa! A on ma takie ładne,
miękkie wargi.
- Czy ty mnie słuchasz? – zapytał, przerywając moje
rozmyślenia o ustach mojego chłopaka. No tak, coś mówił.
- Przepraszam, zamyśliłam się – odparłam i na niego
spojrzałam. – To co mówiłeś?
- Z nikim się nie całowałem – powiedział dobitnie
podkreślając „nie”. – Dorcas musiała się pomylić.
Westchnęłam. Czy on ma mnie
za głupią?
- To gdzie dzisiaj byłeś? – zapytałam, szukając pomocy u
Jamesa.
- Właśnie, Łapo, gdzie byłeś? – zapytał James.
- Byłem w b… - powiedział tak, że nie usłyszałam.
- W b, co? – zapytałam.
- Cholera! W bibliotece, ok?! – zawołał.
Spojrzeliśmy na siebie z
Jamesem i najnormalniej w świecie, wybuchliśmy śmiechem.
- To dobre, Black! – zawołałam, ocierając łzy z oczu. – I
co tam robiłeś? Może czytałeś książki? – zapytałam i jeszcze głośniej się
zaśmiałam.
- Żebyś wiedziała – wyburczał. – Tylko nie książki, a
mugolskie czasopisma – dodał i wyciągnął coś spod łóżka.
- To Hogwart prenumeruje „Motocykle”? – zapytałam, ze
zdziwieniem spoglądając na pismo. – Ale i tak to kiepskie alibi. Bo w takim
razie, kogo widziała Dorcas? Chyba, że masz złego brata bliźniaka… - dodałam
kpiąco.
James głośno wciągnął
powietrze.
- Regulus – powiedział, patrząc na Syriusza.
Syriusz pacnął się w czoło i
krzyknął:
- No, jasne! Rogaczu, jesteś genialny!
No, dobra. James nie jest
głupi. Ale od razu genialny? Ekhm, nie to, że nie doceniam intelektu mojego
faceta, no ale. Geniuszem to on nie jest.
- Kto to jest Regulus i czemu w tajemnicy chodzisz do
biblioteki? – zapytałam.
- Regulus to mój młodszy brat. Nie pamiętasz, kiedyś ci o
nim wspominałem… Jest w drużynie Slytherinu w quidditcha, dostał się w tym roku
– powiedział Syriusz.
Jeżeli jego brat jest
Ślizgonem i w dodatku zawodnikiem quidditcha, to nie było się czemu dziwić. Nie
znam zbyt wielu Ślizgonów, a tym bardziej zawodników.
- A Łapa z Regulusem są bardzo podobni – dodał James.
Skinęłam głową.
- Jestem skłonna w to uwierzyć. Ale musisz to jakoś
udowodnić Dorcas… Naprawdę bardzo to przeżyła – odparłam, i spojrzałam na
otwierające się drzwi.
- Cześć Lily – powiedział Remus, w ogóle nie zaskoczony
moim widokiem w męskim dormitorium. – Co słychać?
- Hej, Remusie, aa nic takiego, przyszłam z planem
zabójstwa, a skończyło się na pogawędce – odparłam, na co blondyn uniósł brwi.
- Niech zgadnę, James zrobił coś głupiego?
- Ej! – krzyknął
brunet. – Nic nie zrobiłem! To Syriusz! Ale okazało się, że on też nic
nie zrobił…
- Nieważne, Remusie – powiedziałam i wstałam z łóżka. –
Idę zobaczyć czy Dorcas się przypadkiem nie obudziła. Widzimy się na śniadaniu
– dodałam, pocałowałam Jamesa w kącik ust i skierowałam się do damskich
dormitoriów.
***
Nie spotkaliśmy się na śniadaniu,
bo najzwyczajniej w świecie, zaspałyśmy. Wszystkie. Co nie zdarza się często,
biorąc pod uwagę to, że w naszym dormitorium mieszkają trzy kujony. Oraz jeden
śpioch.
- Jak to się stało? – zapytałam, gdy biegłyśmy po
schodach.
Co wcale nie jest takie
proste, z torbą pełną książek i majtającym się na wszystkie strony
niezawiązanym krawatem, oraz w nowych butach.
- Żadna z nas nie nastawiła budzika – odparła zdyszana
Marlena.
No właśnie i tak to bywa,
gdy się jest nieuprawiającym sport kujonem. Przebiegnie się cztery piętra i
jest się zdyszanym jak… Hm, no po prostu zmęczonym.
- Myślicie, że to jest dobry pomysł…? – zapytała Alicja.
Ale już się stało.
Pociągnęłam za klamkę od klasy do Transmutacji. I z rozwianym włosem i ciężkim
oddechem stanęłam w progu.
- Panna Evans… - mruknęła profesor McGonagall. – Jest i
panna Meadowes, Taylor oraz McKinnon. Wszyscy jesteśmy ucieszeni, że łaskawie
nas panie zaszczyciły swoją obecnością. Proszę usiąść, a po lekcji ustalimy
szczegóły szlabanu – dodała, patrząc na nas surowo.
Czerwona jak burak usiadłam
na swoim miejscu. Beznadziejny początek, okropnego dnia.
***
- Więc to jest Regulus? – zapytałam Jamesa podczas
obiadu.
Siedzieliśmy przy stole,
przy którym panowała napięta atmosfera. Dorcas w jakimś przedziwnym odruchu
zaczęła flirtować z Remusem (!!), a Syriusz siedział wkurzony.
- Taa – mruknął James, pożerając gigantyczną porcję
jakiegoś tłustego mięsa.
- Przystojny – zauważyłam, przyglądając się chłopakowi.
W gruncie rzeczy, był
całkiem podobny do Syriusza. Ciemne włosy, nonszalancko opadały na łuki
zamaszystych brwi, prosty nos, wydatne usta i blada karnacja. Trudno mi było
ocenić jego sylwetkę, bo siedział przy stole, ale dałabym sobie różdżkę złamać,
że jest tak samo, albo prawie, wysoki jak starszy z rodu Blacków.
- Że co? – zapytał James, patrząc prosto na Ślizgona. – W
którym miejscu on jest przystojny? Przecież nie jest przystojniejszy ode mnie...
- Nie powiedziałam, że jest przystojniejszy od ciebie,
tylko że jest przystojny. Może się podobać dziewczynom - zawyrokowałam.
Zdecydowanie marnował się
przy stole Slytherinu. Bo która normalna Gryfonka, Krukonka, lub Puchonka
chciałaby mieć za faceta Ślizgona? Żadna. Dlatego Ślizgon zawsze wiąże się ze
Ślizgonką. To moja teoria ich czystej krwi. Po prostu nikt inny ich nie chce,
dlatego muszą znajdywać sobie partnera/kę z tego samego domu. I dzięki temu
mogą się szczycić swoją „czystością”… Palanty.
- O kim mówicie? – zapytała Marlena.
- O Regulusie, bracie Syriusz. To ten, o tam! –
powiedziałam, wskazując głową.
Paluchem było by
niegrzecznie… Zaciekawiona blondynka spojrzała w stronę stołu Slytherinu.
- Przystojny – westchnęła.
Spojrzałam na Jamesa z
uśmiechem.
- Widzisz? Marlena się ze mną zgadza – powiedziałam,
triumfalnie się uśmiechając.
James wymamrotał coś pod
nosem (zapewne zaprzeczał faktom) i wrócił do jedzenia.
- Dor – wyszeptałam. – Widziałaś już Regulusa, brata
Syriusza? – zapytałam.
Czarnowłosa zmarszczyła
czoło w zamyśleniu i wzruszyła ramionami.
- Nie, a co?
- To spójrz – odparłam, i wskazałam na chłopaka.
Gdy Dorcas go w końcu
zauważyła, głośno wciągnęła powietrze i zrobiła się blada.
- Chyba niepotrzebnie tak rozpaczałaś – wyszeptałam.
Szkoda, że już zdążyła
wszystko zepsuć. Syriusz Black, właśnie wychodził z Wielkiej Sali z całkiem
niezłą blondynką…
***
Nananana! Witam, w tym pięknym, deszczowym dniu! Był to dzień radosny - dostałam się na praktyki!! Łiii ;) Także to co pisałam pod poprzednim rozdziałem jest aktualne - rozdziały będą ukazywały się rzadziej. Oczywiście, w miarę możliwości będę dodawać, tak jak dzisiaj - spontanicznie ;)