środa, 6 maja 2015

Rozdział 20



Myliłam się. 
Przyznaję! Myślałam, że związek z Jamesem nic nie zmieni w moim uporządkowanym życiu. Oczywiście oprócz tego, że je cudownie dopełni.
Jednak zupełnie, ale to zupełnie, się myliłam.
Bycie z kimś wcale nie jest takie łatwe, jak to pokazują w tych przesłodzonych serialach, które tak namiętnie ogląda Petunia, ani w tych książkach, które Dorcas z Marleną czytają.
Trzeba akceptować drugą osobę ze wszelkimi jej zaletami. Ale i wadami. Co nie zawsze jest proste. Bo jeżeli twój chłopak uwielbia quidditcha, a ty nie, to cóż, macie problem.
My, mieliśmy problem.                                           
Byliśmy ze sobą ledwie cztery dni, kiedy się objawił.
            - Czemu masz treningi akurat wtedy, kiedy mam wolny czas, który moglibyśmy spędzić razem? – zapytałam pewnego popołudnia, gdy dogoniłam mojego chłopaka, kierującego się z miotłą na błonia.
            - Lily, nie przesadzasz? Spędziliśmy wczoraj razem wieczór – odparł James, spoglądając na mnie z roztargnieniem. – Wiesz, że to ostatni rok, gdy mogę pokazać co umiem. Zapisać się w szkolnych annałach… To dla mnie ważne – dodał, zatrzymując się i spoglądając mi głęboko w oczy.
Westchnęłam ciężko.
            - To może poobserwuję wasz trening? A później pójdziemy na spacer? – zaproponowałam.
Twarz Jamesa rozświetliła się od uśmiechu.
            - To jest doskonały pomysł!
Każdy problem (i to tak błahy) da się rozwiązać.


***


Jak się okazało, oglądanie treningu quidditcha może być całkiem zabawne. Oczywiście, o ile ma się za chłopaka kapitana, który nie musi trenować łapania znicza, bo twierdzi, że jest „niepokonany”. I tylko pokrzykuje na resztę drużyny.
            - Łapo, podawaj do Meadowes! – wrzasnął James z trybun, do lecącego z piłką (kaflem? Co za różnica…) Syriusza.
            - Chyba dobrze grają – zaryzykowałam.
James spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
            - Dobrze? Doskonale! Rozgromimy Slytherin – zapewnił. – Widzisz tego nowego z numerem piątym na plecach? To pałkarz, chroni zawodników przed zarobieniem tłuczkiem.
            - Ach – westchnęłam. To po to oni są! Ale po co te tłuczki? – A tłuczki są po co?
            - Żeby utrudniać przeciwnikowi grę – odparł James. – Strasznie boli takie stłuczenie po dostaniu tłuczkiem.
            - Znasz to z autopsji? – zapytałam ciekawa.
Bo gdybym dostała czymś takim, to nigdy więcej nie zagrałabym w taką grę.
            - W rękę, była złamana – powiedział, prostując przed sobą prawe ramię.
            - Też miałam złamaną rękę – odparłam, ciesząc się z tego, że coś takiego nas łączy. Wiem, jestem dziwna… - Jak miałam dziewięć lat przewróciłam się na wrotkach. Wpakowali mi rękę w gips na całe trzy tygodnie!
            - Trzy tygodnie? – zapytał James z niedowierzaniem. – Matka wyleczyła mi ją przez noc…
Przewróciłam oczami.
            - Wiesz, mugole potrafią różne rzeczy, ale medycyna nie zawsze jest tak szybka, jak w przypadku magomedycyny – odparłam, opierając głowę na ramieniu bruneta.
Było zadziwiająco niewygodne.
            - Ochraniacze – wyjaśnił, gdy spróbowałam przyjąć jakąś wygodniejszą pozycję.
            - To już się nie mogę doczekać, kiedy je zdejmiesz – powiedziałam, na co James uniósł brew.
No, i zdałam sobie sprawę z tego, co powiedziałam.
            - W sensie… Nie o to mi chodziło! – powiedziałam, rumieniąc się.
            - Rozumiem – odparł, obejmując mnie ramieniem. – Nie martw się, nie będę cię do niczego pośpieszał. W końcu nie chcemy wpaść, prawda? – zapytał z uśmiechem.
Dobra, nie wiem co było w tym zabawnego. Ja w żaden sposób nie mogłam mu odpowiedzieć uśmiechem. Chyba, że bardzo, ale to bardzo wymuszonym. I nerwowym.
            - To nie ma jakiś czarodziejskich prezerwatyw? – wypaliłam.
Ja i mój za długi jęzor.
            - Czego? – zapytał James.
No to się wkopałam. Weź wytłumacz facetowi, co to jest prezerwatywa. Nie umierając z zażenowania.
            - No – zaczęłam. – To takie, ekhm, coś. Co facet zakłada, no, on to zakłada, hm. Tam – powiedziałam, nerwowo gestykulując i męcząc się okropnie. – I to zapobiega niechcianym ciążom. Nie wiem, czy rozumiesz, ale…
            - Chyba rozumiem – odparł James, o dziwo, lekko się rumieniąc.
HA! Wcale nie jest taki wyluzowany w tych sprawach! To dobrze. Nie chciałabym być jedyną, w naszym duecie, która się rumieni i czuje okropnie zażenowana.
            - To dobrze – powiedziałam, ciesząc się z tego, że nie muszę tego powtarzać.
            - To gdzie można coś takiego kupić? – zapytał, na co się zakrztusiłam.
Śliną. O Boże.
            - Że? Uch, w mugolskich aptekach – odparłam.
Dobrze, że w okolicy nie ma takowej. Nie wiem czemu, ale miałam dziwne przeczucie, że poszedłby żeby to kupić.
            - Sprytni ci mugole – stwierdził James, zamyślając się.
Mruknęłam coś i znowu utkwiłam wzrok w boisku. Syriusz jak zwykle popisywał się, a Dorcas próbowała mu odebrać kafla. Nowy obrońca, Tommy Jones, bronił prawie każdą piłkę, którą posyłał mu Syriusz. Lub Dorcas. Jak w końcu udawało jej się odebrać tego kafla.
James spojrzał na zegarek i głośno zagwizdał.
            - Koniec! Byliście świetni! – zawołał i spojrzał na mnie. – To co, spacer?


***


Jak się okazuje, spędzanie czasu sam na sam z chłopakiem, jest dosyć ciekawe. Dobra, wcześniej przesiadywałam z Severusem. Jednak to coś zupełnie innego… Przecież w towarzystwie Severusa, nie miałam tych wszystkich, zabawnych objawów, jakie miałam przy Jamesie.
Ilekroć na mnie spojrzał (James, a nie Severus), serce biło mi mocniej. Przepełniało mnie zupełnie niewytłumaczalne szczęście, i czasami, o zgrozo, chciało mi się śpiewać. A serio, lepiej żebym nie śpiewała…
Właściwie, byłam ciekawa, czy ja jakoś na niego oddziaływuję. Oczywiście, nie w ten, wiadomo jaki sposób.
            - Ładnie pachniesz – powiedział, gdy przytuliłam się do niego dość mocno, podczas co chwilowego postoju na pocałunek.
            - Dziękuję – odparłam, ucieszona tym, że lubi moje perfumy. Albo szampon do włosów. Lub odżywkę. No, nieważne.
Staliśmy tak pod tym drzewem, ciasno przytuleni i myślałam, jak to dobrze, że jest tak strasznie uparty. Oczywiście, wcześniej uznawałam to jako jego główną wadę. Tę oślą upartość. Ale teraz, hu! To zdecydowanie zaleta.
            - Cieszę się, że nie zrezygnowałeś – powiedziałam. Jednak widząc jego nierozumiejący wzrok, dodałam: - Ze mnie.
            - Ach – westchnął, w końcu rozumiejąc o co mi chodzi. – A było blisko…
Że co?!
            - Słucham? – zapytałam, głupim, piskliwym głosem.
James uśmiechnął się.
            - Żartuję.
Kretyn!


**
*

Październik mijał nam naprawdę spokojnie. Wszystko jakoś tak płynęło, układało się idealnie, bez problemów.
A może to tylko chodziło o to, że w końcu byłam tak naprawdę szczęśliwa?
I to szczęście, dawało mi siłę, aby stawiać czoła wszelkim przeciwnościom losu? Których znowu nie było aż tak dużo. Nauka szła mi tak jak zwykle, obowiązki prefekta nie sprawiały mi problemów, miałam najprzystojniejszego chłopaka w szkole, świetne przyjaciółki.
Beztroska i spokój.
Ale każdy spokój, można zakłócić…
Drgnęłam, gdy drzwi od naszego dormitorium głośno trzasnęły. Okazało się, że to Dorcas walnęła nimi z całej siły. Okropnie płacząc. Oho. Kłopoty.
            - Dor, co się stało? – zapytałam, siadając na dorcasowym łóżku, obok szlochającej przyjaciółki.
W życiu nie widziałam, żeby Dorcas aż tak płakała! Musiało się stać coś naprawdę strasznego. Tak rozpaczała tylko po śmierci taty.
            - Hej, Dor – mruknęłam, dotykając jej wstrząsanych płaczem, pleców. – Chcesz chusteczkę? – zapytałam, podsuwając jej jednorazówkę.
Czarnowłosa głośno wydmuchała nos i spojrzała na mnie zza szopy kręconych włosów.
            - Całował się z inną! – krzyknęła i znowu zaczęła płakać.
Zmarszczyłam czoło w dezaprobacie. Oczywiście, wiedziałam o kim mówi. O tej przeklętej wszy, Syriuszu Blacku.
Jednak musiałam coś ustalić.
            - Dorcas, ale wy jesteście parą? – zapytałam. – Bo, jeżeli nie… To, hm, to może się całować z kim chce.
Dorcas spiorunowała mnie wzrokiem.
            - Nie jesteśmy, ale myślałam… Że bee-ędziemy! – zawołała, rzucając mi się w ramiona.
I masz babo placek. Tak się kończy zadawanie z taką zakałą męskości, jaką niewątpliwie jest Black.
            - Och, Dorcas – wyszeptałam, mocno przytulając przyjaciółkę.


***


Czarnowłosa szybko zasnęła, po tej wyczerpującej rozpaczy. A ja, wolno obracając różdżkę w palcach, skierowałam się do męskiego dormitorium.
            - Mogę? – zapytałam, uprzednio pukając.
Wolałabym nie trafić na moment, gdy na przykład, któryś z lokatorów przebierałby się, lub robił coś innego, co wiązałoby się z widokiem czyjegoś tyłka, czy innej części ciała.
            - Lily – powiedział ucieszony James, wstając z łóżka.
Rozejrzałam się ciekawie po dormitorium, okropnie zasyfionym i zawalonym zbędnymi rzeczami.
            - Gdzie jest ten padalec? – zapytałam wojowniczo.
James szybko zamrugał. Ej, chyba nie pomyślał, że mówię o nim? No, przecież wtedy nie pytałabym w trzeciej osobie. Umiem odmieniać.
            - Chodzi mi o Syriusza – wytłumaczyłam, gdy z wahaniem wyciągnął do mnie rękę.
            - Aa, o Syriusza – rozluźnił się, przyciągając mnie do siebie. – Kąpie się – dodał.
Uśmiechnęłam się lekko (oczywiście nie na myśl o Syriuszu pod prysznicem, fu!) i skorzystałam z chwili sam na sam. Bo reszta Huncwotów, oraz Frank, gdzieś przepadli.
Przytuliłam się do Jamesa i tonem skrzywdzonego dziecka, powiedziałam:
            - Syriusz zranił Dorcas… Więc ja zranię jego.
No dobra, dzieci tak nie mówią. Dzieci nie chcą ranić innych. Raczej. A ja miałam wielką ochotę rzucić na Blacka jakieś paskudne zaklęcie.
            - Co znowu zrobił? – zapytał James, po uprzednim, ciężkim westchnięciu.
            - Całował się z kimś, a Dorcas na nim zależy. Myślałam, że jemu też na niej zależy… - odparłam, siadając na łóżku bruneta, jednak wcześniej dokładnie lustrując je wzrokiem. Wolałabym się nie natknąć na brudne skarpetki, czy coś równie nie fajnego. 
            - Przecież zależy! – krzyknął James.
Hm, no dobra. Świetnie to okazał…
            - Taa – mruknęłam. – Wiesz, że będę musiała go skrzywdzić, prawda?
James przewrócił oczami.
            - Myślę, że lepiej będzie, jeżeli nie zostaniesz mścicielką – odparł. – Powinni porozmawiać. Tak jak my. Wiesz kiedy – dodał.
Subtelnie przypomniał mi o tym, że całował się z inną. A ja w zamian z Syriuszem. Bleh! Że też musiał takie brudy wyciągać!
            - Uch, wiem – wyszeptałam.
Kiedy to James Potter stał się głosem rozsądku? A ja, cóż. Głosem zemsty?
            - O Boże, oczy mi wypaliło! – zawołałam, gdy zobaczyłam czarnowłosego, który wyszedł z łazienki. Dla uściślenia, w samym ręczniku.
Cóż za szkaradny widok!
            - Rudzielec? – zapytał Syriusz. – Nie możesz znieść widoku mojego zabójczego torsu, dlatego zasłaniasz oczy?
Jeżeli zapadniętą klatę, z trzema włosami, można nazwać zabójczą, to tak!
Nie, no, dobra! Przyznaję! Nie było tak źle.
            - Wolę nie oglądać czegoś takiego po kolacji, bo jeszcze zwrócę – odparłam, gdy odsłoniłam oczy. Które teraz mi zakrył James. No ładnie.
            - Łapo, ubierz się – powiedział. – W kiblu! – dodał, wrzeszcząc.
Syriusz uchachany jak idiota, wrócił do łazienki.
            - Merlinie, wy tak często łazicie w samych ręcznikach po dormitorium? My ubieramy się w łazience – powiedziałam zażenowana.
            - Nie, tylko Syriusz – odparł James. – Więc jak ci się podoba nasz pokój?
Rozejrzałam się i wzruszyłam ramionami.
            - Moglibyście czasami posprzątać – stwierdziłam, przyglądając się, podejrzanie wyglądającemu stosowi ubrań, książek, oraz taak, chyba pod tym wszystkim stała klatka Hadesa.
            - Ubrałem się – obwieścił Syriusz, ukazując się nam w czarnych dżinsach i szarej koszulce. – Co tu robisz?
            - Przyszłam cię znokautować – odparłam beztrosko i spojrzałam na Jamesa. – Ale on mnie powstrzymał – dodałam, wskazując oskarżycielsko na chłopaka.
            - Ach, tak – powiedział Syriusz, ostrożnie zbliżając się do nas. – A z jakiego powodu, chcesz mnie skrzywdzić?
            - Bo złamałeś Dorcas serce – odparłam okrutnie.
I to chyba była prawda. To było okrutne. Black się lekko zachwiał i spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
            - Jak to?
            - Całowałeś się z jakąś… Nie wiem kim, bo Dorcas tego nie zdradziła. Pewnie nawet nie wiedziała jak się nazywa, bo ciągle je zmieniasz – odparłam, zastanawiając się, czy wargi Syriusza mogą być czymś zainfekowane.
Bo niestety, ale moje się z nimi zetknęły. Co prawda, na jakieś sześć sekund, ale to chyba wystarczy, żeby złapać jakiegoś syfa! Ble. O fu. I mogłam tym zarazić Jamesa! A on ma takie ładne, miękkie wargi.
            - Czy ty mnie słuchasz? – zapytał, przerywając moje rozmyślenia o ustach mojego chłopaka. No tak, coś mówił.
            - Przepraszam, zamyśliłam się – odparłam i na niego spojrzałam. – To co mówiłeś?
            - Z nikim się nie całowałem – powiedział dobitnie podkreślając „nie”. – Dorcas musiała się pomylić.
Westchnęłam. Czy on ma mnie za głupią?
            - To gdzie dzisiaj byłeś? – zapytałam, szukając pomocy u Jamesa.
            - Właśnie, Łapo, gdzie byłeś? – zapytał James.
            - Byłem w b… - powiedział tak, że nie usłyszałam.
            - W b, co? – zapytałam.
            - Cholera! W bibliotece, ok?! – zawołał.
Spojrzeliśmy na siebie z Jamesem i najnormalniej w świecie, wybuchliśmy śmiechem.
            - To dobre, Black! – zawołałam, ocierając łzy z oczu. – I co tam robiłeś? Może czytałeś książki? – zapytałam i jeszcze głośniej się zaśmiałam.
            - Żebyś wiedziała – wyburczał. – Tylko nie książki, a mugolskie czasopisma – dodał i wyciągnął coś spod łóżka.
            - To Hogwart prenumeruje „Motocykle”? – zapytałam, ze zdziwieniem spoglądając na pismo. – Ale i tak to kiepskie alibi. Bo w takim razie, kogo widziała Dorcas? Chyba, że masz złego brata bliźniaka… - dodałam kpiąco.
James głośno wciągnął powietrze.
            - Regulus – powiedział, patrząc na Syriusza.
Syriusz pacnął się w czoło i krzyknął:
            - No, jasne! Rogaczu, jesteś genialny!
No, dobra. James nie jest głupi. Ale od razu genialny? Ekhm, nie to, że nie doceniam intelektu mojego faceta, no ale. Geniuszem to on nie jest.
            - Kto to jest Regulus i czemu w tajemnicy chodzisz do biblioteki? – zapytałam.
            - Regulus to mój młodszy brat. Nie pamiętasz, kiedyś ci o nim wspominałem… Jest w drużynie Slytherinu w quidditcha, dostał się w tym roku – powiedział Syriusz.
Jeżeli jego brat jest Ślizgonem i w dodatku zawodnikiem quidditcha, to nie było się czemu dziwić. Nie znam zbyt wielu Ślizgonów, a tym bardziej zawodników.     
            - A Łapa z Regulusem są bardzo podobni – dodał James.
Skinęłam głową.
            - Jestem skłonna w to uwierzyć. Ale musisz to jakoś udowodnić Dorcas… Naprawdę bardzo to przeżyła – odparłam, i spojrzałam na otwierające się drzwi.
            - Cześć Lily – powiedział Remus, w ogóle nie zaskoczony moim widokiem w męskim dormitorium. – Co słychać?
            - Hej, Remusie, aa nic takiego, przyszłam z planem zabójstwa, a skończyło się na pogawędce – odparłam, na co blondyn uniósł brwi.
            - Niech zgadnę, James zrobił coś głupiego?
            - Ej! – krzyknął  brunet. – Nic nie zrobiłem! To Syriusz! Ale okazało się, że on też nic nie zrobił…
            - Nieważne, Remusie – powiedziałam i wstałam z łóżka. – Idę zobaczyć czy Dorcas się przypadkiem nie obudziła. Widzimy się na śniadaniu – dodałam, pocałowałam Jamesa w kącik ust i skierowałam się do damskich dormitoriów.


***


Nie spotkaliśmy się na śniadaniu, bo najzwyczajniej w świecie, zaspałyśmy. Wszystkie. Co nie zdarza się często, biorąc pod uwagę to, że w naszym dormitorium mieszkają trzy kujony. Oraz jeden śpioch.
            - Jak to się stało? – zapytałam, gdy biegłyśmy po schodach.
Co wcale nie jest takie proste, z torbą pełną książek i majtającym się na wszystkie strony niezawiązanym krawatem, oraz w nowych butach.
            - Żadna z nas nie nastawiła budzika – odparła zdyszana Marlena.
No właśnie i tak to bywa, gdy się jest nieuprawiającym sport kujonem. Przebiegnie się cztery piętra i jest się zdyszanym jak… Hm, no po prostu zmęczonym.
            - Myślicie, że to jest dobry pomysł…? – zapytała Alicja.
Ale już się stało. Pociągnęłam za klamkę od klasy do Transmutacji. I z rozwianym włosem i ciężkim oddechem stanęłam w progu.
            - Panna Evans… - mruknęła profesor McGonagall. – Jest i panna Meadowes, Taylor oraz McKinnon. Wszyscy jesteśmy ucieszeni, że łaskawie nas panie zaszczyciły swoją obecnością. Proszę usiąść, a po lekcji ustalimy szczegóły szlabanu – dodała, patrząc na nas surowo.
Czerwona jak burak usiadłam na swoim miejscu. Beznadziejny początek, okropnego dnia.


***


            - Więc to jest Regulus? – zapytałam Jamesa podczas obiadu.
Siedzieliśmy przy stole, przy którym panowała napięta atmosfera. Dorcas w jakimś przedziwnym odruchu zaczęła flirtować z Remusem (!!), a Syriusz siedział wkurzony.
            - Taa – mruknął James, pożerając gigantyczną porcję jakiegoś tłustego mięsa.
            - Przystojny – zauważyłam, przyglądając się chłopakowi.
W gruncie rzeczy, był całkiem podobny do Syriusza. Ciemne włosy, nonszalancko opadały na łuki zamaszystych brwi, prosty nos, wydatne usta i blada karnacja. Trudno mi było ocenić jego sylwetkę, bo siedział przy stole, ale dałabym sobie różdżkę złamać, że jest tak samo, albo prawie, wysoki jak starszy z rodu Blacków.
            - Że co? – zapytał James, patrząc prosto na Ślizgona. – W którym miejscu on jest przystojny? Przecież nie jest przystojniejszy ode mnie...
            - Nie powiedziałam, że jest przystojniejszy od ciebie, tylko że jest przystojny. Może się podobać dziewczynom - zawyrokowałam.
Zdecydowanie marnował się przy stole Slytherinu. Bo która normalna Gryfonka, Krukonka, lub Puchonka chciałaby mieć za faceta Ślizgona? Żadna. Dlatego Ślizgon zawsze wiąże się ze Ślizgonką. To moja teoria ich czystej krwi. Po prostu nikt inny ich nie chce, dlatego muszą znajdywać sobie partnera/kę z tego samego domu. I dzięki temu mogą się szczycić swoją „czystością”… Palanty.
            - O kim mówicie? – zapytała Marlena.
            - O Regulusie, bracie Syriusz. To ten, o tam! – powiedziałam, wskazując głową.
Paluchem było by niegrzecznie… Zaciekawiona blondynka spojrzała w stronę stołu Slytherinu.
            - Przystojny – westchnęła.
Spojrzałam na Jamesa z uśmiechem.
            - Widzisz? Marlena się ze mną zgadza – powiedziałam, triumfalnie się uśmiechając.
James wymamrotał coś pod nosem (zapewne zaprzeczał faktom) i wrócił do jedzenia.
            - Dor – wyszeptałam. – Widziałaś już Regulusa, brata Syriusza? – zapytałam.
Czarnowłosa zmarszczyła czoło w zamyśleniu i wzruszyła ramionami.
            - Nie, a co?
            - To spójrz – odparłam, i wskazałam na chłopaka.
Gdy Dorcas go w końcu zauważyła, głośno wciągnęła powietrze i zrobiła się blada.
            - Chyba niepotrzebnie tak rozpaczałaś – wyszeptałam.
Szkoda, że już zdążyła wszystko zepsuć. Syriusz Black, właśnie wychodził z Wielkiej Sali z całkiem niezłą blondynką…


***

Nananana! Witam, w tym pięknym, deszczowym dniu! Był to dzień radosny - dostałam się na praktyki!! Łiii ;) Także to co pisałam pod poprzednim rozdziałem jest aktualne - rozdziały będą ukazywały się rzadziej. Oczywiście, w miarę możliwości będę dodawać, tak jak dzisiaj - spontanicznie ;)

poniedziałek, 4 maja 2015

Rozdział 19



Dwa tygodnie dzielące nas od wyczekiwanego wyjścia do Hogsmeade minęły mi jak we śnie. I były cudowne.
Prawie nie zauważałam coraz krwawszych ataków na czarodziejski świat.
Unosiłam się w powietrzu, niczym bardzo puchata chmurka, przez którą przebijały świetliste promienie słoneczne. Byłam niczym dobrze poczochrany pies, lub opity mlekiem kot – zadowolona z życia jak jeszcze nigdy.
I miałam do tego parę niezłych powodów.
Więc czemu miałoby mnie interesować to, co się działo poza Hogwartem? Przecież byłam w szkole! Zupełnie nie powinno mnie interesować to, co się działo poza murami, chronionymi dzięki paru, potężnym czarom.
Miałam grono oddanych przyjaciół.
Nauka szła mi wprost wyśmienicie.
Oraz miałam chłopaka – nie – chłopaka.
Wyjaśniając – nie, nie byliśmy w związku. Jeszcze.
Randka wydawała się tylko formalnością, czymś co tylko miało nas utwierdzić w przekonaniu, że jesteśmy dla siebie stworzeni.
Tylko, że my już to wiedzieliśmy.
Więc przed randką zaczęliśmy intensywnie ćwiczyć…


***


            - Muszę wracać do dormitorium – wyszeptałam, odrywając się od gorących ust Jamesa.
Byliśmy w Sowiarni. Zawędrowałam tam w wiadomym celu – chciałam wysłać list do rodziców. Po drodze, zupełnie przypadkowo spotkałam Jamesa, który jakże miło zaproponował mi użyczenie Hadesa.
Więc wylądowaliśmy w Sowiarni, która o tej porze była przyjemnie pusta (można było mieć pewność, że ptak nie narobi na głowę) i przeszliśmy do rzeczy.
Czasami zastanawiałam się, czy te spotkania, nie były jednak misternie zaplanowane przez bruneta… Jednak zaprzątało to moją głowę, tylko do momentu połączenia się naszych warg.
A usta Jamesa były wyjątkowo spragnione.
            - Odprowadzę cię – powiedział, gdy staliśmy przytuleni, patrząc sobie w oczy.
Prawdziwie idylliczny obrazek, prawda? W tamtej chwili, marzyłam żeby było już tak zawsze.
Jednak życie nie jest takie różowe. Czasami zdarzają się rzeczy, których się nie spodziewamy. Bo czy James w tamtym momencie mógł pomyśleć, że w przyszłości zdradzi go jeden z przyjaciół? Pewnie nie. Miał do nich zaufanie. Bo tego co się stanie, nikt nie mógł przewidzieć… A może mógł?


***


            - Jakie macie plany? – zapytałam.
Siedziałyśmy we czwórkę w naszym dormitorium i szykowałyśmy się. Chociaż może lepiej by brzmiało – szykowały mnie.
W końcu nadszedł ten dzień – 15 października. Druga randka. Druga szansa.
            - Randka z Frankiem – odparła Alicja, wiążąc mi włosy w wysoki kucyk. – Tak dobrze? – zapytała, pokazując mi lusterko.
            - Świetnie, dziękuję! – powiedziałam i spojrzałam na dziewczyny. – A wy co będziecie robić?
            - Pokręcimy się po sklepach – odparła Dorcas, zakładając czarne botki. – Marlena w życiu nie była w Hogsmeade, wyobrażasz to sobie?
            - Hm, tak – mruknęła Alicja, na co się roześmiałyśmy. – A co z Syriuszem?
            - A co ma z nim być? – odparła trochę najeżona Dorcas.
            - Nie zapraszał cię? – zapytałam, wprowadzona w sprawę.
W chwilach gdy się nie całowaliśmy, lub nie patrzyliśmy sobie w oczy, James coś do mnie mówił. Oczywiście mój zaaferowany mózg nie wszystko zapamiętywał, ale z całą pewnością zarejestrował coś o randce, Syriuszu i Dorcas.
            - Zapraszał, ale… Uch, jeszcze niedawno myślałam, że coś z tego może być. Ale przecież to Syriusz Black! Nawet jeżeli coś z tego wyjdzie, to pewnie na tydzień lub dwa… - powiedziała Dorcas.
Marlena pokręciła głową. Blondynka najchętniej wszystkich by swatała! Tak patrząc na mnie i na Pottera – prawie jej się udało…
            - Jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz – powiedziałam odkrywczo.
Dziewczyny obrzuciły mnie niedowierzającymi spojrzeniami.
            - Przepraszam bardzo, ale czy to mówi Lily Evans, dziewczyna która odrzucała faceta przez dwa lat? – zapytała Alicja.
            - No właśnie. Więc kto lepiej ode mnie będzie to wiedział? – odparłam pokrętnie.
            - Nieważne – przerwała nam Dorcas. – Black to pies na baby, na pewno z jakąś idzie…
Spojrzałam znacząco na Alicję. Cóż, jak na razie jako jedyna miała dojście do pokoju Huncwotów…
            - Pójdę i się dowiem – wymamrotała.
Uśmiechnęłyśmy się z Marleną. Spojrzałam na Dorcas i jej wielką szopę włosów.
            - Dor, czeka cię czesanie…


***


Przejrzałam się w lustrze i nałożyłam świeżą warstwę błyszczyka. Gotowa!
            - Idę – powiedziałam do dziewczyn, które w ekspresowym tempie malowały i czesały podekscytowaną Dorcas.
Taak, okazało się, że Syriusz miał zamiar pokręcić się po wiosce z chłopakami. Więc nastąpiła mała zamiana. Marlena zastąpiła miejsce Syriusza przy Remusie i Peterze, a Syriusz miejsce Marleny przy Dorcas.
I takim oto sposobem wszyscy byli szczęśliwi i zadowoleni.
Spsikałam się ulubionymi perfumami i zrobiłam moje ćwiczenie przed – egzaminne.
Czyli, wdech – wydech, wdech – wydech, powtarzałam, schodząc po schodach.
Zobaczyłam go, stojącego przy wygaszonym kominku. Wyglądał naprawdę świetnie! Chociaż już od jakiegoś czasu, James Potter wyglądał jak dla mnie dobrze.
Ciemne spodnie doskonale podkreślały jego długie nogi. Czarna koszulka z nazwą jakiegoś nieznanego mi zespołu prezentowała się na nim imponująco. Albo to jego tors prezentował się imponująco, nie mogłam się zdecydować…
Okrągłe okulary jak zwykle zjechały mu na sam czubek nosa, a włosy wyglądały jak zwykle – były szaleńczo potargane. Wyglądały tak, jakby wystawił głowę z jadącego samochodu, a pęd pojazdu i wiatr, wyczarowały z włosów coś takiego. Nieokiełznanego.
Uśmiechnęłam się pod nosem, gdy zauważyłam, że spogląda na zegarek. I w końcu też w stronę schodów…
Uśmiechnął się i spojrzał na mnie z podziwem. To naprawdę miłe uczucie, gdy ktoś tak patrzy. Szkoda, że wcześniej tego nie zauważałam, zatopiona pomiędzy zakurzonymi tomiskami kolejnych ksiąg.
Zbiegłam ze schodów, w jednej ręce trzymając płaszcz, a w drugiej niedużą torebkę.
            - Cześć – powiedziałam, spoglądając mu w oczy.
Zastanawiała mnie ich barwa. Kiedyś myślałam, że są w kolorze nudnego orzecha włoskiego. Ale teraz, gdy patrzyłam z całkiem bliskiej odległości, widziałam też ciemniejsze i jaśniejsze plamki. Tworzyło to całkiem uroczy efekt.
            - Ślicznie wyglądasz – powiedział, lustrując moją sylwetkę.
Na początku myślałam, żeby założyć sukienkę. Druga randka do czegoś zobowiązuje, prawda? Ale praktyczna Lily doszła do głosu – było po prostu zimno. Połowa października, Szkocja, zimne wiatry, opady deszczu, te sprawy…
Dlatego założyłam dżinsy, całkiem nieźle podkreślające mój tyłek, oraz bluzkę w tym zabawnym stylu hippie.
            - Dziękuję – odparłam, rumieniąc się.
Mam nadzieję, że wdzięcznie, a nie tak, że tworzyły mi się nieestetyczne, czerwone placki…
            - Idziemy? – zapytał, gdy tak stałam i się na niego gapiłam.
            - Jasne – odparłam wesoło, w myślach wyzywając się od idiotek.


***


Pogoda nas nie rozpieszczała. Padał ulewny deszcz, który spowodował, że moje włosy po chwili zwisały w smętnych strąkach, a makijaż… Wolę chyba nie wiedzieć co się stało z tuszem do rzęs.
            - Czego się napijesz? – zapytał James, gdy weszliśmy do Trzech Mioteł i z trudem znaleźliśmy wolny stolik.
            - Piwo kremowe – odparłam. Gdy brunet odszedł od stolika wyciągnęłam z torebki lusterko i się załamałam. Wyglądałam jak zmokła sowa. Czy kura? W każdym razie, okropnie.
Ale właśnie dlatego lubię magię. Parę zaklęć może poprawić samopoczucie dziewczyny w stu procentach. Szybko się wysuszyłam, rozpuściłam włosy i poprawiłam makijaż. Dobrze, że była spora kolejka, przynajmniej nie przyłapał mnie przy próbie ratowania twarzy. I to dosłownie.
            - Proszę – powiedział, stawiając przede mną pełny kufel kremowego piwa. – Szybka jesteś – dodał, mając zapewne na myśli wszystkie poprawki, które uskuteczniłam.
            - Gdy mi zależy, to tak – odparłam.
Uznając, że lepszym zajęciem w moim przypadku będzie picie, niż mówienie, właśnie to uczyniłam.
            - Masz wąsy z piany – powiedział James, uśmiechając się.
Szybko starłam je serwetką i zaśmiałam się nerwowo.
            - Denerwujesz się? – zapytał, patrząc na mnie z rozbawieniem.
Oczywiście nie wiem co w tym było zabawnego – z mojej strony nic. Ale jeżeli cokolwiek ma z tego wyjść, trzeba być szczerym.
            - Strasznie się denerwuję – przyznałam się. – Czemu się śmiejesz? – dodałam, gdy zaczął się śmiać.
            - Nie żartujesz? – zapytał, widząc moją poważną minę. – Hm, to przepraszam. Tylko to jest takie dziwne! W życiu nie przypuszczałem, że Lily Evans może się przy mnie stresować…
Dawniej też bym tak nie pomyślała. James Potter wywołujący u mnie stres i nerwowe zachowanie? Pff, dawna Lily zaśmiałaby się kpiąco i popukała w czoło.
Ale już zdołałam ustalić, że dawna Lily przestała istnieć. Chociaż nie, była, ale gdzieś głęboko schowana. Chyba wreszcie nastąpił odpowiedni czas do zaprezentowania lepszej, doroślejszej wersji mnie. Zakochanej.
            - Zaraz się rozluźnię – zapowiedziałam. A przynajmniej miałam taką nadzieję. Bo to serio, było dosyć głupie. Przecież przy nim nie musiałam udawać innej osoby niż byłam, akceptował mnie ze wszystkimi moimi wadami. Trzeba przyznać, było one liczne.
            - Mamy coś zaplanowane, czy będziemy spontaniczni? – zapytałam, popijając kremowe piwo.
Jak powszechnie wiadomo, w piwie kremowym jest znikoma ilość alkoholu. W końcu piją go również trzynastolatkowie, a jak wiadomo – dzieci nie można rozpijać. Jednak czułam, że wypity napój powoduje u mnie dobry humor. A może chodziło o towarzystwo?
            - A co wolisz? – odpowiedział pytaniem na pytanie, James. – Jestem przygotowany na obydwie opcje.
            - Bądźmy spontaniczni – zdecydowałam i odstawiłam pusty kufel na stolik. – Wyjdźmy stąd, za dużo tu gapiów – dodałam wstając z miejsca i obrzucając siedzącą niedaleko, podsłuchującą Ślizgonkę, paskudnym spojrzeniem.
Ubraliśmy się w kurtki i wyszliśmy na mokrą ulicę. Deszcz przeszedł, ale zostawił po sobie ślady, w postaci licznych kałuż i skapujących kropli z drzew.
            - To śmieszne – powiedziałam, gdy szliśmy obok siebie i głowy większości mijających nas starszych uczniów, obracały się za nami. – Nie myślałam, że wywołamy aż takie zamieszanie.
            - Nadal jestem w sporym szoku, więc nie dziw się reszcie – odpowiedział James. Spojrzałam na niego ze zdziwieniem, ale zrozumiałam, że tylko żartuje.
            - Pójdziemy w okolice Wrzeszczącej Chaty? Jakoś nie miałam okazji dokładniejszego obejrzenia tego miejsca. Wiesz, że to podobno najbardziej nawiedzony dom w całej Szkocji? – zapytałam, jak zwykle sypiąc jakimiś nieistotnymi faktami, wyczytanymi z książek.
            - Taa, chodźmy tam – mruknął James, z tajemniczym uśmieszkiem.
Zeszliśmy z chodnika i skierowaliśmy się w te bardziej zabłocone tereny.
Do Wrzeszczącej chaty prowadziła urokliwa brzozowa aleja, jednak okropnie zabłocona.
            - Moje buty – jęknęłam, patrząc na swoje ulubione zamszowe botki.
            - Jak chcesz, to mogę cię zanieść – odparł James.
            - Co? Nie! – zawołałam, przerażona tą możliwością. Niezły obciach by był, gdyby się okazało, że jestem za ciężka… - Dobrze, że istnieje różdżka, inaczej byłby by do wyrzucenia.
Zaczęłam coś paplać bez sensu, o mugolskich sposobach czyszczenia obuwia, oraz innych głupotach.
            - Wygląda dosyć mrocznie – zauważyłam, gdy w końcu stanęliśmy przy niskim płotku, dzielącym nas od Wrzeszczącej Chaty. – Jestem ciekawa historii tego miejsca, kiedyś ten dom musiał wyglądać naprawdę dobrze. Lubię wiktoriański styl. Lubię też wiktoriańską literaturę, dosyć sztywna, ale całkiem niezła… - przerwałam, gdy zobaczyłam jak blisko mojej twarzy, jest jego.
            - Strasznie dużo gadasz – zauważył James. – Chcesz tam wejść?
            - Do środka? – zapytałam, szeroko otwierając oczy.
Czy on oszalał?
            - Jasne, już tam byliśmy z chłopakami. Nie ma się czego bać – odparł.
Że niby ja się boję?
            - Wejdźmy – zadecydowałam i szybko przelazłam przez płotek. – Idziesz? – zapytałam, gdy chłopak został za mną.


***


            - Sceneria jak z horroru – stwierdziłam.
Zwiedzaliśmy parter, który prezentował się całkiem przerażająco.
            - A co to jest horror? – zapytał brunet.
            - Taki gatunek filmowy – odparłam od razu, przyglądając się dziwnym śladom na resztkach tapety. – Zobacz, to wygląda jak ślady pazurów! – dodałam podekscytowana.
            - Ekhm, chyba tak – mruknął zakłopotany James.      
            - Pewnie jakieś dzikie zwierzęta się tutaj wdarły – wyjaśniłam, ten dosyć niecodzienny widok. No, ale to w końcu opuszczony dom. Z takimi zawsze jest coś nie tak. – Ciekawe co ma takie wielkie pazury… Bo przecież nie duch.
            - Może już wyjdziemy? – zaproponował chłopak. Spojrzałam na niego kpiąco.
            - Co Potter, strach cię obleciał?
            - Z całą pewnością, nic mnie nie obleciało, Evans – odparł, robiąc tą minę.
Taką dosyć seksowną. Ale co ja tam wiem? Nie za bardzo jestem obeznana w tym, co jest seksowne, a co nie.
            - No dobra, może jednak stąd wyjdźmy – powiedziałam, czując, że robi mi się gorąco.
            - Strach cię obleciał, Evans? – zacytował moje wcześniejsze słowa, niebezpiecznie blisko do mnie podchodząc. Nadal z tą miną… Już po mnie!
            - Och, przestańmy w końcu gadać – wyszeptałam, zarzucając mu ramiona na szyję.
Wrzeszcząca Chata, już zawsze będzie mi się kojarzyć tylko w samych superlatywach.


***


Po dłuższej chwili spędzonej w opuszczonym i już mniej przerażającym domu, musieliśmy wracać do Hogwartu.
            - Więc… - zaczął James.
            - Nie zaczyna się zdania od „więc” – przerwałam. Jak zwykle musiała wyjść moja upierdliwość.
Brunet westchnął i zaczął ponownie.
            - Czy my już…? Eee, chodzi mi o to, czy, hm, jesteśmy… razem? – zapytał, nieźle kręcąc i jąkając się.
Pokręciłam głową.
            - Nie? – zapytał, robiąc rozbrajająco rozczarowaną minę.
            - Dobra, tak – westchnęłam, udając, że jest mi to zupełnie obojętne.
            - Serio? – zapytał z nadzieją.
            - Nie – odparłam poważnie.
            - Doprowadzasz mnie do szaleństwa – powiedział, przytrzymując mi drzwi od wejścia do zamku.
            - Od jakiegoś czasu, jest to moim priorytetem – odpowiedziałam z uśmiechem.
Ujęłam rękę chłopaka i zadowolona obwieściłam:
            - Jesteśmy razem. Ale! – zastrzegałam. – Jeżeli jeszcze kiedykolwiek zobaczę jak całujesz się z jakąś lafiryndą, to wyrwę ci wszystkie witki, z twojej drogocennej miotły – zagroziłam.
James uniósł brew.
            - Ciebie obowiązuje to samo – odparł. – Tylko nie z jakąś lafiryndą, tylko chociażby Syriuszem.
            - Fuj, weź mi tego nie przypominaj – powiedziałam, krzywiąc się. – To była najgorsza chwila mojego życia.
            - Mam nadzieję – mruknął James, całując mnie w czubek głowy. – To wydarzenie zapoczątkuje całkiem nową erę…
            - Bez kłótni…
            - Bez wyzywania mnie od kretynów…
            - Ej, już od dłuższego czasu nie nazywam cię kretynem! – oburzyłam się. – Ale wiesz, że to nie zmieni za dużo w moim życiu? Nie, źle się wyraziłam. Na pewno zmieni, ale chodzi mi o moje obowiązki. Nie możesz mi przeszkadzać w ich wykonywaniu… I musimy ustalić pewne granice.
            - Czy ja ci kiedykolwiek w czymś przeszkadzałem?! – zapytał.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
            - No dobra, może, czasami – dodał. – Ale co oznacza to nieprzeszkadzanie w obowiązkach? I jakie znowu granice?
            - To oznacza, że nie będziesz mnie śledził – odparłam, gdy dotarliśmy na siódme piętro. – Czy to w pelerynie czy na mapie – szepnęłam, żeby ktoś postronny nie podsłuchał. – A granice…
            - Tak?
            - Chodzi mi o granice… Takie… W sensie, wiesz jakie? – zapytałam, rumieniąc się okropnie.
            - Ach – westchnął, gdy zauważył moje zakłopotanie. – Chodzi ci o takie granice? Porozmawiamy o tym w innym miejscu – dodał, gdy weszliśmy do zapełnionego uczniami pokoju wspólnego.
I miał rację. To nie był ani czas, ani miejsce, na rozmowę o takich sprawach. Zresztą, chyba nie oczekiwał ode mnie, że mu wskoczę do łóżka, jak tylko nasz związek stanie się oficjalny? Prawda?
            - Jesteście! – zawołała Marlena, i pomachała z kanapy zajętej przez jej dzisiejszych kompanów. – I jak? – zapytała.
Mrugnęłam, a ona zapiszczała. Zupełnie nie rozumiem takich reakcji, ale widocznie nie jestem dość dziewczyńska.
            -  Cieszę się z tego, że aż tak się cieszysz – powiedziałam i zmarszczyłam brwi. Co ja powiedziałam? Chyba jakąś straszną głupotę…
            - Od razu to wiedziałam, jak tylko na was spojrzałam – odparła Marlena, zupełnie się nie przejmując moim głupim tekstem. – Pasujecie do siebie – dodała, gdy usiedliśmy obok siebie na kanapie.
            - Prawda? – zapytał James, obejmując mnie ramieniem. – Będziemy mieć ładne dzieci – zażartował. 
Chyba. Nie no, raczej tak! Bo kto myśli o dzieciach w wieku niespełna 18 lat? Z pewnością nie faceci…
            - Taa, o ile z tobą wytrzymam – odparłam i uśmiechnęłam się do Remusa. – I co, pokazaliście Marlenie wioskę? – zapytałam, aby zmienić temat.
Gdy blondynka zaczęła swoją entuzjastyczną opowieść o tym co widziała, spokojnie mogłam się zatopić w niewygodnej kanapie, ale za to w jak wygodnych objęciach chłopaka. Mojego chłopaka. 
Kto by pomyślał?
Lily Evans i James Potter.
Żart stulecia.


***

No dobra, znowu dzień wcześniej. Ale jutro, oraz w środę będę miała stresujące dni, więc pewnie bym nie dodała. Uwaga, od teraz rozdziały mogą ukazywać się rzadziej. Zapewne zapytacie: "Dlaczego?" Cóż, egzaminy przeróżnej maści mnie czekają. Niestety. Będę miała o wiele mniej czasu na pisanie. A jak widać, mój zapas rozdziałów nie jest duży. Jestem dopiero w połowie 23 rozdziału. W dodatku jakoś nie mam pomysłu na tą historię. Nadal myślę nad zakończeniem. I próbuję oszacować ilość rozdziałów, ale zupełnie mi to nie idzie. 
Co do nazwiska "McClusky"... Haha, ogarnęłam, rzeczywiście wychodzą "MakKluski". Nie myślcie, że to jakaś kryptoreklama McDonald's, co to, to nie ;) Ale wiecie, głupia dziewucha, to ma głupkowate nazwisko.