wtorek, 7 kwietnia 2015

Rozdział 10





Czerwiec 1977


Egzaminy zaczęły się w tym roku wcześniej niż zazwyczaj. Dyrekcja szkoły uznała, że przyśpieszy ich termin, co w większości nie cieszyło uczniów. Byli przez to jeszcze bardziej zestresowani i nieprzytomni, niż zazwyczaj.
            - Prawa Gampa… Cholera, gdzie to zapisałam?! – wymamrotała Lily przeszukując stertę pergaminów piętrzących się koło niej.
Wraz z dziewczynami, zaszyła się w dormitorium i intensywnie powtarzała materiał do ich ostatniego egzaminu z Transmutacji.
            - Ja mam – odparła Dorcas i podała przyjaciółce wymięty kawałek pergaminu. – Mam wrażenie, że nic nie umiem…
            - Ja mam zawsze takie wrażenie, nie tylko przed egzaminami – wyburczała Alicja i z głośnym szelestem zrzuciła stos zapisanego pergaminu na podłogę. – Walę to, nie nauczę się już więcej! Idę do Franka.
Roztargniona rudowłosa kiwnęła głową i szybko przeczytała notatki Dorcas.
            - Jak napiszemy jutrzejszy egzamin, w końcu prześpię się dłużej niż trzy godziny… - wymamrotała czarnowłosa. Nalała sobie do kubka następną dawkę kofeiny, w postaci czarnej jak szatan kawy i z głośnym westchnięciem zaczęła czytać kolejny rozdział „Transmutacji dla zaawansowanych”.

***

Szóstoroczni wracali ze swojego ostatniego egzaminu. Zaczynał się obiad, więc większość uczniów skierowała się do Wielkiej Sali.
            - Tak się stresowałam! A okazało się, że wcale nie było tak źle – powiedziała Lily z zadowoleniem przypominając sobie tak łatwe dla niej pytania.
            - Jasne Evans, wszyscy wiemy, że jesteś we wszystkim najlepsza – zironizował Syriusz z uciechą stwierdzając, że wywołał odpowiednią reakcję – rumieńce zawstydzenia na twarzy Lily.
            - Nie twierdzę, że jestem… - zaczęła Lily.
            - Evans, oczywiście, że tak – przerwał jej Syriusz nakładając sobie szczodrą porcję obiadu. – Cały czas kujesz, masz to wszystko w małym palcu. Zresztą nieważne… Ej, Rogaczu co jest? – zapytał Syriusz, przyglądając się blademu Jamesowi, ściskającemu w ręku popołudniowe wydanie Proroka.
Gdy nie uzyskał odpowiedzi, wyrwał ze zdrętwiałych dłoni przyjaciela gazetę i zaczął szybko czytać:
            - 12 czerwca, późnym wieczorem grupa zamaskowanych napastników napadła na sklepy przy ulicy Pokątnej. Pokątna od dłuższego czasu była pilnie strzeżona przez grupę Aurorów, jednak nawet to nie pomogło w zapobiegnięciu katastrofie. Sprawcy wysadzili paręnaście sklepów (w tym słynne „Esy i Floresy”, sklep z markowym sprzętem do quidditcha, aptekę, sklep Madame Malkin), oraz zniszczyli przejście na czarodziejską stronę ulicy. Nielicznym osobom, znajdującym się na Pokątnej, udało się uciec dzięki szybkiej interwencji Aurorów. Udało się im złapać dwóch sprawców, jeden został ciężko raniony, reszta zbiegła w nieznanym kierunku. W akcji został poszkodowany pracownik Ministerstwa Magii, Antony Smith, i z wielką przykrością donosimy iż zginął zastępca szefa aurorów, Charlus Potter…
Osoby siedzące najbliżej Jamesa Pottera, spojrzały na niego ze współczuciem.
            - Panie Potter, zapraszam pana do mojego gabinetu – powiedziała profesor McGonagall stając przy stole swoich podopiecznych, i mocno zacisnęła usta.
James skinął głową i ruszył za nauczycielką.

***

Syriusz Black już od dłuższego czasu nie czuł się tak paskudnie jak teraz.
Gdy James wrócił z gabinetu profesor McGonagall do nikogo nie odezwał się słowem. Położył się na łóżku, wokół którego zaciągnął kotary i nie reagował na żadne pocieszające teksty.
Ale tak właściwie, czy takie typowe „Wszystko będzie dobrze”, albo „Może tak miało być?” mogło coś naprawić?
Charlus Potter nie żył i w tym momencie nic nie mogło pocieszyć jego jedynego syna. I Syriusz doskonale to wiedział. Dlatego uznał, że najlepiej zrobią zostawiając go w dormitorium samego, żeby mógł wszystko przemyśleć i sobie poukładać.

***

            - Zostawiliście go samego? – syknęła Lily, widząc schodzących po schodach Huncwotów.
            - Evans, odpuść co? – odparł Syriusz ciężko zasiadając na kanapie.
Pokój Wspólny był opustoszały. Uczniowie korzystali z tego, że egzaminy się zakończyły i, że był jeden z najcieplejszych dni czerwca. Błonia były przepełnione opalającymi się dziewczętami i ochlapującymi je wodą z jeziora chłopcami.
            - Odpuść, Black? Serio? A ty chciałbyś zostać sam w tak ciężkiej chwili? – zapytała Lily i zmierzyła chłopaka ostrym spojrzeniem. – Ja z pewnością nie chciałabym być sama – dodała i zdecydowanym krokiem ruszyła w stronę męskich dormitoriów.
            - Lily ma rację – wyszeptała Dorcas. – W takiej sytuacji bliskość drugiej osoby jest bardzo ważna… Coś o tym wiem, nie? – dodała gorzko.
Syriusz spuścił wzrok na kolana.
            - Ja… Nie umiem pocieszać – wyznał jakby to było coś wstydliwego.
Alicja leciutko się uśmiechnęła.
            - Lily potrafi.

***

Rudowłosa głośno zapukała do drzwi dormitorium Huncwotów, i gdy nie usłyszała żadnej odpowiedzi, lekko je popchnęła. Stanęła w progu i rozejrzała się po pokoju. Szybko zlokalizowała łóżko chłopaka i podeszła do niego.
            - James? – zapytała dotykając kotary. Usłyszała głośne westchnięcie, więc uznała, że może ją odsłonić.
            - Wysłali cię tu? – zapytał zachrypniętym głosem brunet. Spojrzał na dziewczynę, uważnie lustrującą go wzrokiem.
            - Nie. Ten kretyn, Black, uznał, że chcesz być sam… Ale wątpię, żebyś chciał być sam w takim momencie. Właśnie straciłeś kogoś bliskiego, dowiedziałeś się o tym z gazety, to okrutne…
            - Taa, coś w tym jest – odparł James. Lily spojrzała na niego zaskoczona. Usiadła na skraju łóżka i delikatnie dotknęła jego rękę.
            - James, w takim momencie powinieneś okazywać uczucia, a nie obojętność. Zginął twój ojciec, nigdy więcej go nie zobaczysz, to jest odpowiedni czas, żeby wyrazić swój ból, smutek, rozpacz…
            - Tobie? Albo inaczej, przy tobie? – zapytał.
Lily skinęła głową.
            - Możesz nawet płakać, nie będzie mi to przeszkadzać – zastrzegła.
James uniósł się na łokciu i pociągnął dziewczynę na miejsce obok siebie.
            - Merlinie, Lily, czasami jesteś taka głupia – westchnął, mocno obejmując dziewczynę. – Nie wiesz, że faceci nie płaczą? – zapytał, czując że teraz tylko ona może go utrzymać na powierzchni.

***

Lily leżała zasłuchana w spokojny oddech chłopaka. Minęły już dwie godziny, odkąd weszła do „jaskini lwa” i nadal nie mogła wyjść z podziwu nad tym, jak spokojnie James przyjął śmierć ojca.
            - Byłem na to gotowy – usłyszała.
Spojrzała w brązowe tęczówki chłopaka i lekko zmarszczyła brwi.
            - Mój ojciec… Zawsze był ryzykantem. Niepotrzebnie nadstawiał kark za innych, chciał wszystko zrobić sam. McGonagall powiedziała, że dostał Avadą, gdy ratował z płonącego sklepu dziecko. Bohaterska śmierć, nie sądzisz? – zapytał, lekko się krzywiąc. – Oboje z matką wiedzieliśmy, że w końcu to się zdarzy, że nie wróci z jednej z akcji.
Lily skinęła głową. Zupełnie nie wiedziała co powiedzieć.
            - Dumbledore załatwił mi na jutro świstoklik. Już nie wrócę na resztę zajęć, zostały tylko dwa tygodnie…
            - Nie wrócisz? – zapytała Lily czując rozczarowanie.
            - Muszę być teraz przy matce – odparł James i wstał z łóżka.
Spojrzał na rudowłosą.
            - Miałaś rację, Lily. Potrzebowałem towarzystwa – powiedział. – Tylko, że Syriusz też miał rację. Potrzebowałem ciebie, a nie chłopaków – dodał.
Lily lekko się uśmiechnęła i wstała.
            - Pomóc ci z pakowaniem?

***

            - Więc, dwa tygodnie bez Jamesa, huh? – mruknęła Dorcas, spoglądając na zamyśloną Lily. – Pewnie się cieszysz, co?
            - Co? Dorcas! Oczywiście, że się nie cieszę. Jak możesz zadawać takie głupie pytania? – odparła Lily zaplatając sobie warkocz.
Spojrzała na zegarek i chwyciła torbę.
            - Spotkamy się na śniadaniu – rzuciła i wyszła z dormitorium.

***

            - James, czekaj! – zawołała.
Podbiegła pod wejście do gabinetu dyrektora i złapała chłopaka za ramię.
            - Chciałam tylko powiedzieć, żebyś pisał, dobrze? Obiecuję, że odpiszę na każdy list – powiedziała.
James uśmiechnął się lekko.
            - Lily, przecież ja zawsze do ciebie piszę. Nic tego nie zmieni – odparł i lekko przytulił dziewczynę. – Spotkamy się u Alicji, pamiętasz? Tydzień wakacji u niej.
Lily skinęła głową i spojrzała na znikającego na ruszających się schodach chłopaka. Miała dziwne wrażenie, że zabiera ze sobą coś, czego będzie jej okropnie brakowało.

***

Dorcas spod przymrużonych powiek patrzyła na wygłupiającego się z Remusem i Peterem, Syriusza.
Siedzieli na błoniach pod sporą wierzbą, rosnącą nieopodal jeziora i cieszyli się ostatnimi dniami spędzanymi w Hogwarcie.
Trudno było się Dorcas przyznać, ale ostatnimi czasy sporo myślała o Syriuszu. Oraz o zbliżającej się wojnie (Dorcas nie miała wątpliwości co do tego, że będzie wojna), o tym, że ktoś ważny może w każdej chwili zginąć (chociażby, jak to było w przypadku jej ojca, czy ojca Jamesa), o tym, że to może są ostatnie tak beztroskie chwile.
            - Syriusz? – zapytała cicho, gdy chłopak usiadł obok niej na zalanym słońcem skrawku koca. – Co sądzisz o randce?
            - Randce? – zapytał zdziwiony Syriusz i spojrzał na zawadiacko uśmiechniętą dziewczynę.
            - Tak. Dokładniej ze mną.
Syriusz lekko przymrużył oczy i mruknął.
            - Z tobą, Meadowes, zawsze! – odparł i połaskotał dziewczynę.
Radosny śmiech rozniósł się po błoniach.

***

            - Więc nadal twierdzisz, że nic cię nie łączy z Jamesem? – zapytał Remus spoglądając na zamyśloną rudowłosą.
Patrolowali szóste piętro, która ostatnimi czasy było uważane za jedno z bezpieczniejszych miejsc w szkole.
            - Hm? – mruknęła Lily. – A czemu sądzisz, że coś mnie łączy? – dodała, bystro spoglądając na współtowarzysza.
            - Odkąd wyjechał chodzisz taka zmartwiona… - odparł Remus.
            - Martwię się wynikami egzaminów – odparła szybko. Jednak za szybko.
            - Lily, mnie nie oszukasz – powiedział Remus, posyłając koleżance uśmiech. – Byłaś zadowolona po egzaminach, więc nie ściemniaj.
            - Remusie, nie przesadzaj. Może tak, w pewnym sensie brakuje mi Jamesa, ale to wcale nic nie znaczy!
Blondyn uśmiechnął się.
            - Nawet nie wiesz, ile to znaczy, Lily.

***

            - James nam zostawił jasne rozporządzenie: Huncwoci mają wykonać swój ostatni dowcip! – powiedział Syriusz, czując się niczym jakiś dowódca, patrząc na skupionego Petera i poważnego Remusa. – Nasz ostatni wyczyn powinien przejść do historii! Powinien być niezapomniany, epicki! Jakieś pomysły?
            - Dosypanie kwachów do obiadu Ślizgonów, żeby wypaliło im języki? – podsunął Peter.
            - Niee, to już było – odparł Syriusz.
            - Rozlanie Super- Trwałego- Kleju Floot’a na korytarzu? – zaproponował Remus.
            - Remusie, doprawdy, to dowcip z czwartego roku… Przecież trochę spoważnieliśmy, prawda? – powiedział zniesmaczony Syriusz. – Może, taaak, chyba mam pomysł – dodał.
Uśmiechnął się i zaczął tłumaczyć.

***

Droga Lily!
Tak jak prosilas, pisze. Okrpny wstep, ale czy może być dobry, gdy nie widziałem cie już
Od czterech dni? Tesknie za Toba, i reszta oczywiście!
Pogrzeb minal spokojnie. Nikt nie rzucal się na trumne, nikt nie zachowywal się histerycznie. Było cicho i przygnębiająco. Zalowalem, ze nie ma cie przy mnie, rozświetlasz swoim uśmiechem każdy mój dzien…
A wtedy szczególnie pragnąłem twojego widoku.
W domu panuje przygnebiajaca atmosfera, nie mogę się doczekac, az przybedzie Syriusz. Przyjade po niego na dworzec, mam nadzieje, ze się wtedy zobaczymy.
Nie mogę się doczekac pobytu u Alicji, zaluje, ze to dopiero pod koniec lipca.
Pozdrawiam, J.P.


Lily uśmiechnęła się lekko i pogładziła palcem inicjały, znajdujące się na końcu listu.
            - Co taka zadowolona? – zapytała Alicja wskakując na łóżko rudowłosej.
            - Cieszę się z jutrzejszych Eliksirów – odparła Lily.
            - Uch, Evans, ale ściemniasz! – zawołała oskarżycielsko Alicja. – Ale zupełnie to rozumiem, jeszcze się nie przyznasz…
            - Do czego?
            - Lily, jesteś niepoprawna – westchnęła brunetka.

***

Trwała kolacja pożegnalna przed jutrzejszą podróżą do Londynu.
            - Dorcas, gdzie są Huncwoci? – zapytała Alicja lustrując wzrokiem stół Gryfonów.
            - Co ja ich niańką jestem? Nie mam pojęcia – odparła Dorcas, dokładając sobie na talerz ciasta marchewkowego. – Pewnie coś szykują – wymamrotała z pełnymi ustami.
            - Szykują? – zapytała szybko Lily, spoglądając z niepokojem na wolne miejsca, zazwyczaj zajmowane przez czwórkę chłopaków. – Masz na myśli jakiś okropny dowcip?
            - A jak sądzisz, Lil? Koniec roku, a oni nic nie wycięli – odparła Dorcas. – Frank, wiesz coś na ten temat? Czasami mam wrażenie, że ty wcale nie mieszkasz z nimi w jednym dormitorium, nigdy nic nie wiesz… - dodała z pretensją.
            - Ostatnio zauważyłem, że gdzieś znikali. Ale wiecie dziewczyny, to Huncwoci, oni cały czas gdzieś się szlajają, także nie, nic nie wiem – odparł Frank i pogłaskał Alicję po pełnym policzku. – Zresztą ostatnio cały wolny czas spędzałem z ukochaną.
Dorcas rozpłynęła się w zachwytach nad romantyczną postawą Franka, a Lily bacznie rozejrzała się po Wielkiej Sali.
Jednak wszystko wyglądało całkiem zwyczajnie, może oprócz tego, że Irytek latał koło wejścia do Sali z głupim uśmieszkiem. Ale kiedy ten duch nie ma wrednego lub głupiego uśmiechu?
            - Chyba nie ma się czym ma… - zaczęła Lily, ale przerwał jej głośny wybuch.
Większość osób spojrzała w stronę wejścia do Wielkiej Sali, do której zaczęły wlatywać różnokolorowe fajerwerki, które zaczęły wybuchać nad głowami uczniów oraz nauczycieli, tworząc przeróżne wzory i napisy.
            - "Żegnajcie przyjaciele oraz i wy, wredni Ślizgoni"? – przeczytała Dorcas i pokręciła z uśmiechem głową.
            - Patrz Lily, jest i „Evans, umówisz się ze mną w wakacje?”! – zawołała Alicja i wskazała rudowłosej napis, który przekształcił się z wielkiej, kolorowej kuli.
            - Oni są niepoważni – westchnęła Lily.
Zachwycona spojrzała na latające dookoła uczniów kolorowe kształty i spokojnie zajęła się deserem.

***

            - Niedługo dojedziemy do Londynu – powiedziała Lily. Zdążyła już się przebrać w mugolskie ubrania i ostatni raz spatrolować dwa wagony, które przypadły jej w udziale.
            - W końcu, jestem taka głodna – jęknęła Dorcas. – Spadówa, nie będziemy się przy was przebierać – wysyczała, patrząc na zadowolonego Syriusza.
            - Ja tam bym nie miał nic przeciwko… Uch, dobra, już nie rób takiej miny! Idziemy – odparł Black.
            - Więc, James przyjdzie po Syriusza? – zapytała Alicja i mrugnęła do Dorcas.
            - Tak, ma po niego wpaść… Tak jakby Syriusz nie potrafił sam dotrzeć do Doliny Godryka – odparła Lily, marszcząc czoło w zastanowieniu.
            - Myślę, że Syriusz doskonale poradziłby sobie z tym zadaniem – odparła Dorcas zakładając zwiewną sukienkę. – Wiadomo, że chce się zobaczyć z tobą, Lily.
Rudowłosa spojrzała na przyjaciółki.
            - Wy macie jakąś manię związaną z Potterem i ze mną – odparła Lily i gdy poczuła, że pociąg zwalnia, złapała za rączkę kufra i szybko wyszła z przedziału.

***

            - Świetnie wyglądasz – powiedział James.
Czuł się dziwnie, czekając wśród rodziców oraz rodzin uczniów na pociąg. Jednak przestał odczuwać zażenowanie gdy zobaczył wychodzącą z pociągu Lily.
            - Przyjechałeś? – zapytała Lily, w myślach wyklinając się od idiotek. Doskonale widziała, że przyjechał, więc nie rozumiała swojej dziwnej reakcji.
A dokładniej, ekscytacji, gdy go zobaczyła.
            - Przecież nie mogłem pozwolić, żeby Syriusz gdzieś zbłądził, prawda? – odparł James przyglądając się, a raczej chłonąc wzrokiem widok, który miał przed oczami.
Uśmiechniętą i wdzięcznie zarumienioną dziewczynę, która wyglądała jakby naprawdę się ucieszyła z tego powodu, że go widzi.
            - Rogacz, brachu! – zawołał Syriusz prowadząc za sobą pozostałych Huncwotów, Franka, oraz dziewczyny. – W porządku?
            - Tak, w porządku – odparł James. – A u was?
            - Po staremu, o mało nie doprowadziliśmy McGonagall na sam koniec do zawału, naszym pożegnalnym popisem – odparł.
            - Więc żałuję, że tego nie widziałem – powiedział James. – Co myślicie o tym, żeby skoczyć gdzieś na ten zabawny bąbelkowy napój mugoli?
            - Przepraszam, ale rodzice na mnie czekają – odparła Lily. Szybko przytuliła przyjaciółki, pomachała kolegom i przeszła przez zaczarowane przejście, na mugolską stronę peronu.
            - Stary, nie martw się, Evans przez całe dwa tygodnie chodziła z nosem na kwintę. Dałbym sobie różdżkę złamać, że to z twojego powodu – powiedział Syriusz, czym od razu poprawił mu humor. – To co, idziemy na te bąbelki?


***

Wena wróciła! Znowu potrafię napisać więcej niż pół strony w Wordzie na raz! Wczoraj skończyłam rozdział 12, a dzisiaj od rana piszę trzynastkę. Jest nieźle. Znowu piszę z perspektywy Lily, ale myślę, że to może się zmieniać. Jak zwykle niezdecydowana ja... Mam nadzieję, że święta minęły wam przyjemnie, i że wróciłyście całe i zdrowe (o ile gdzieś wyjeżdżałyście :). Do następnego!

środa, 1 kwietnia 2015

Rozdział 9



Maj 1977


Błonia były ostatnio najczęściej odwiedzanym miejscem, oczywiście zaraz po szkolnych klasach i bibliotece.
Słońce świeciło wysoko na niebie, ogrzewając swoimi promieniami twarze uczniów. Wiatr delikatnie poruszał koronami drzew i soczyście zieloną trawą. W jeziorze odbijały się różnokształtne chmury, wolno płynące po błękitnym niebie.
Ten jakże sielankowy, niedzielny poranek został przerwany przez głośny krzyk, siedzącej z przyjaciółkami dziewczyny.
            - Ogłupiałeś Potter?! Czemu to zrobiłeś? – zapytała, patrząc na swoją doszczętnie przemoczoną bluzkę i zwisające w smętnych strąkach mokre włosy.
            - Dla rozrywki – odparł James i od razu poczuł, że strzelił gafę. – Twojej oczywiście! – dodał.
            - Evans, zgłaszasz się na zawody miss mokrego podkoszulka? – zapytał Syriusz, śmiejąc się z oburzonej miny dziewczyny.
            - Jasne Black, całe swoje życie marzyłam, żeby latać przed facetami w mokrej bluzce bez stanika! – zawołała, czując, że zaraz wyciągnie różdżkę z tylnej kieszeni dżinsów i przypomni sobie jakieś naprawdę paskudne zaklęcie.
            - Jesteś bez stanika? – zapytał podekscytowany James, wlepiając spojrzenie w klatkę piersiową dziewczyny.
            - To była ironia, idioto – odparła Lily i użyła różdżki, ale tylko do wysuszenia koszulki. – Remusie, czemu ty nigdy nie reagujesz, gdy oni robią takie głupoty? – zapytała patrząc na zaczytanego blondyna.
Remus głośno westchnął i wzruszył ramionami. Wolał się nie narażać wściekłej Lily.
            - Chodźmy stąd – powiedziała Dorcas, spoglądając z niesmakiem na Blacka i Pottera. – Dzieciaki… - dodała.

***

Mecze półfinałowe zgromadziły na trybunach większość uczniów, ale z pewnością nie mogły być porównywane do finału sezonu.
Mecz Gryffindor kontra Slytherin przyciągnął na trybuny wszystkich uczniów, większość nauczycieli oraz tak zwanych „łowców głów”, czyli poszukiwaczy talentów. Zawodników, nadających się do odpowiedniego przeszkolenia i być może, w przyszłości, stworzenia nowych gwiazd quidditcha.
Dan Moore, nerwowo rozejrzał się po boisku i mocniej ścisnął trzonek miotły.
To był jego decydujący mecz.
Mecz o wszystko…

***

W Wieży Gryffindoru panowała nieznośna cisza.
            - Myślicie, że trzeba ich jakoś pocieszyć? – zapytała szeptem Alicja i wskazała brodą na męskie dormitoria.
            - Al, jakbyś nie zauważyła ja też należę do drużyny… - odparła Dorcas, pociągając nosem. – Powiedźcie mi, jak to się do cholery mogło stać? Tyle treningów, ćwiczeń, układania strategii i to wszystko na nic!
            - Dorcas, nie przejmuj się, w przyszłym roku im pokażecie! – zapewniła Lily.
Mecz zaczął się nieznaczną przewagą Gryffindoru. Kibice głośno dodawali im otuchy, ale to na nic się nie zdało. Moore puszczał co drugą bramkę, Meadowes i Black nie nadążali ze strzelaniem bramek, pałkarze nie trafiali w tłuczki, a Potter złapał znicz nim reszta drużyny zdołała odrobić dwudziestu punktową przewagę Slytherinu.
            - Cholerni Ślizgoni – westchnęła Dorcas i poszła cierpieć w samotności pod kołdrą.

***

Dan czuł się naprawdę paskudnie. Czuł, że zawiódł swoją drużynę, siebie, kibiców, profesor McGonagall, cały Gryffindor… Musiał porozmawiać z kimś, całkiem bezstronnym, kimś kto nie był by na niego zły, za porażkę drużyny.

***

Lily szła do Sowiarni, żeby wysłać odpowiedź na ostatni list od rodziców, gdy została zaczepiona przez Dana.
            - Możemy pogadać? – zapytał chłopak. – Oczywiście, o ile nie jesteś na mnie wściekła– dodał szybko.
            - Wściekła? – odparła zdumiona Lily. – W życiu! Wiem, że quidditch jest dla was bardzo ważny, ale nie obraź się, ja się nim zupełnie nie przejmuję…
Chłopak kiwnął głową.
            - Czuję się tak paskudnie… Zawiodłem tyle osób! – powiedział, idąc za dziewczyną. – W dodatku teraz nie mam wyboru, muszę zostać uzdrowicielem.
            - Czemu musisz? – zapytała zdziwiona Lily. Wcześniej Dan ciągle jej powtarzał, że chce zostać zawodnikiem w profesjonalnej drużynie, i zupełnie nie wiedziała skąd się chłopakowi przyplątał zawód uzdrowiciela.
            - Podczas meczu dałem ciała, nie odezwie się do mnie żaden trener poważnej drużyny ligowej. Mój ojciec jest tradycjonalistą, wiesz, dziadek był uzdrowicielem, ojciec jest i nadszedł czas na mnie… Możesz się śmiać jak chcesz, ale widok krwi mnie odrobinę przeraża – powiedział robiąc zabawną minę.
Lily parsknęła cichym śmiechem i mocno przytuliła chłopaka.
            - Nie przejmuj się, wszystko się ułoży…
            - Zapewne wszystko się ułoży, Evans nie każdego pociesza – powiedział James kpiącym tonem.
Wychodził z Sowiarni – wysłał do rodziców wiadomość, przyznał się do sromotnej klęski, jaką odniósł Gryffindor, a tu jeszcze takie przybijające widoki! Evans w objęciach Moore’a.
            - Dzisiaj mam dzień dobroci dla przegranych, więc jeżeli potrzebujesz Potter pocieszającego uścisku, może coś da się z tym zrobić – odparła dziewczyna i przeszła obok chłopaków i szybko wbiegła po schodach do Sowiarni.
Gdy rudowłosa zniknęła im z oczu James warknął:
            - Odwal się od Evans.
Dan spojrzał na niego iście męczeńskim wzrokiem.
            - To tylko przyjaciółka, Potter. Nie możesz być o nią ciągle zazdrosny.
            - Już ty na pewno mi nie będziesz mówił, o kogo mogę być zazdrosny – odparł James.
Dan obojętnie spojrzał na chłopaka i ruszył w stronę Wieży Gryffindoru.

***

            - Nie myślałem, że mogę jeszcze bardziej nienawidzić Ślizgonów, ale tak, przyznaję: nienawidzę ich jeszcze bardziej! – powiedział Syriusz, patrząc na parodiującego obronę Moore’a z finałowego meczu, jakiegoś nieznanego mu z imienia i nazwiska ucznia Slytherinu.
            - Łapo, nie zwracaj na nich uwagi – odparł Remus, czując, że Syriusz jest na skraju. – Nie chcesz mieć kłopotów, to już prawie koniec roku…
            - W dodatku nadchodzi Evans – mruknął James, przeczesał palcami włosy i przybrał na twarz radosny uśmiech. – Hej Evans, siadasz z nami?! – zawołał, ale zrobił zawiedzioną minę, gdy Lily usiadła obok Dana.
            - Rogaczu, czyżbyś miał konkurenta? – zapytał Syriusz, kpiąco unosząc brew.
            - Oczywiście, że nie – parsknął James, chociaż z lekkim niepokojem spojrzał na uśmiechniętą rudowłosą. – To tylko przyjaciel.
            - Czyli ktoś, kim ty nigdy nie zostaniesz – powiedział Peter.
Syriusz spojrzał na niego z podziwem, a James prawie go zabił wzrokiem.
            - Glizdogonie, no, no – mruknął Syriusz. – Ktoś tu popracował nad charakterem, gratulacje stary!
Peter zarumienił się lekko i ukrył za Prorokiem.

***

            - Możecie mi wytłumaczyć, czemu Potter patrzy na mnie z takim wyrazem twarzy? Brr, aż się boję! – powiedziała Lily i spojrzała na przyjaciółki.
Trwała przerwa obiadowa, którą co sprytniejsi uczniowie spędzali z obiadem wyniesionym z Wielkiej Sali na błoniach. Ładna pogoda utrzymywała się już od tygodnia, co w Szkocji było dosyć zaskakujące, więc uczniowie jak najczęściej korzystali z ciepłych promieni słonecznych.
            - Frank mówił, że James jest wściekły o to, ile czasu spędzasz z Danem – odparła Alicja.
            - Właściwie Lily, to od kiedy zwracasz uwagę na miny Jamesa? – zapytała Dorcas patrząc uważnie na przyjaciółkę.
Lily lekko się zmieszała i wzruszyła ramionami.
            - Nie wiem, tylko to dziwne… Wiecie, że już od ponad miesiąca nie wyskoczył z tym żałosnym: „Evans, umówisz się ze mną?”. Niepokojące – stwierdziła.
            - Chyba powinnaś być zadowolona, przecież zawsze chciałaś mieć od niego spokój, prawda? – zapytała Alicja i radośnie pomachała do nadchodzącego Franka.
            - Taa, chyba tak – mruknęła Lily.
Jednak wcale nie była tego tak pewna.

***

James Potter złożył w swoim siedemnastoletnim parę obietnic. Jedną z pierwszych, była ta złożona mamie, że zawsze będzie odważny i pomocny. Może z tej drugiej sprawy nie zawsze się wywiązywał, ale się starał!
Następną poważną obietnicą, była ta, o dochowaniu w sekrecie tajemnicy Remusa. James nikomu nie zdradził tej wiedzy, więc ją w stu procentach spełniał.
Kolejną, była ta, dotycząca Lily Evans. Obiecał sobie, że kiedyś w końcu zdobędzie serce dziewczyny i wierzył, że w końcu mu się do uda.
Jednak po sromotnej porażce ze Ślizgonami, James obiecał sobie, że jeżeli w przyszłym roku Dumbledore mianuje go kapitanem drużyny (kto nadaje się lepiej niż on? Nikt!), to Gryffindor zdobędzie Puchar Quidditcha.
A James zawsze spełniał swoje obietnice.

***

Druga połowa maja dokonała istnego cudu. Uczniowie, którzy do tej pory nie spoglądali na kalendarz, w końcu to uczynili. I dostrzegli, że mają bardzo mało czasu na naukę do egzaminów.
Z pewnością taką nieogarniętą osobą, nie była ani Lily Evans (ostro kuła już od trzech miesięcy), oraz Remus Lupin (kuł, hm, od pierwszej klasy).
            - Jak ten czas mija! – zauważyła sentymentalnie Dorcas, patrząc smutno na piętrzący się przed nią stos podręczników i pergaminów z notatkami. – Już prawie czerwiec, egzaminy i wakacje! A propos wakacji, spotkamy się, prawda?
            - Jasne, Meadowes, wiesz że z tobą zawsze! – powiedział Syriusz, usadzając się na wolnym miejscu obok Alicji. – Może wpadniecie do Rogacza?
Lily cicho parsknęła i przewróciła kolejną przeczytaną stronę.
            - Czemu nie, Evans? – zapytał James. – Rodzice chętnie cię lepiej poznają. No wiesz, przyszłą synową.
Rudowłosa pokręciła głową.
            - Nie ma mowy, Potter – odparła Lily, szukając wsparcia u przyjaciółek. – Nie pojedziemy do niego, prawda? – zapytała szeptem przyjaciółki, spoglądając na nie z niepokojem.
            - Nie, nie pojedziemy – odparła Alicja. – Zapraszam was wszystkich do siebie! Na tydzień, co wy na to?
Gdy wszyscy zapalili się do pomysłu szatynki, Lily głośno westchnęła. To będzie okropny tydzień, już to wiedziała!

***

Siedem zakapturzonych postaci przedzierało się przez ciemny las. Gdy dotarli do niedużej, idealnie okrągłej polany, zatrzymali się i zdjęli czarne kaptury.
            - Sprawozdanie – rozkazał Avery, patrząc na młodego Blacka.
            - Mamy po naszej stronie po parę osób z każdego domu, oprócz Gryffindoru - powiedział czarnowłosy chłopak. – Z Revenlawu…
            - Nie obchodzi mnie to! – wysyczał Avery, spoglądając na każdego groźnym wzrokiem. – Czarny Pan chce mieć kogoś z Gryffindoru! I macie to załatwić! Inaczej nigdy nie zostaniecie Śmierciożercami.
Obracając różdżkę w ręku spoglądał na ukryte w mroku nocy twarze swoich towarzyszy.
            - Snape, wszyscy wiemy, że prowadziłeś się ze szlamą z Gryffindoru… Masz może jakiś pomysł?
Severus spojrzał prosto w ciemne oczy chłopaka i powiedział:
            - Peter Pettigrew.
Avery uniósł brew i po chwili roześmiał się. Paskudnym, zachrypniętym śmiechem osoby, nieprzyzwyczajonej do takiej radosnej czynności.
            - Pettigrew jest słaby bez reszty. Będzie w Hogwarcie jeszcze przez rok. Jest słabeuszem – dodał Severus.
Avery skinął głową.
            - Mulciber, zajmiesz się zastraszaniem Pettigrew… Ma być w naszej mocy od początku przyszłego roku…



***

Nie podoba mi się. Żadne zdanie w tym cholernym rozdziale, mi się nie podoba. Tragedia. A ten ostatni fragment, to śmiech na sali. I mam totalny zastój - rozdział 11 piszę już z dwa tygodnie. Aa i nie wiem czy znowu nie wrócę do pisania z perspektywy Lily, chyba lepiej mi się wtedy pisało, co wy na to? Mam nadzieję, że w święta coś napiszę, bo jak na razie, to jest kiepsko, bardzo nie lubię, nie mieć zapasu gotowych rozdziałów :)

Wesołych Świąt! Smacznych jajek i tak dalej, i tak dalej, ja i składanie życzeń się nie lubimy, więc po prostu niech będą wesołe i radosne ;)