Pisane
przy: https://www.youtube.com/watch?v=yiqy9_r4ZTI
Czerwiec
1977
Egzaminy zaczęły się w tym
roku wcześniej niż zazwyczaj. Dyrekcja szkoły uznała, że przyśpieszy ich
termin, co w większości nie cieszyło uczniów. Byli przez to jeszcze bardziej
zestresowani i nieprzytomni, niż zazwyczaj.
- Prawa Gampa… Cholera, gdzie to zapisałam?! – wymamrotała
Lily przeszukując stertę pergaminów piętrzących się koło niej.
Wraz z dziewczynami, zaszyła
się w dormitorium i intensywnie powtarzała materiał do ich ostatniego egzaminu
z Transmutacji.
- Ja mam – odparła Dorcas i podała przyjaciółce wymięty
kawałek pergaminu. – Mam wrażenie, że nic nie umiem…
- Ja mam zawsze takie wrażenie, nie tylko przed
egzaminami – wyburczała Alicja i z głośnym szelestem zrzuciła stos zapisanego
pergaminu na podłogę. – Walę to, nie nauczę się już więcej! Idę do Franka.
Roztargniona rudowłosa
kiwnęła głową i szybko przeczytała notatki Dorcas.
- Jak napiszemy jutrzejszy egzamin, w końcu prześpię się
dłużej niż trzy godziny… - wymamrotała czarnowłosa. Nalała sobie do kubka
następną dawkę kofeiny, w postaci czarnej jak szatan kawy i z głośnym
westchnięciem zaczęła czytać kolejny rozdział „Transmutacji dla
zaawansowanych”.
***
Szóstoroczni wracali ze
swojego ostatniego egzaminu. Zaczynał się obiad, więc większość uczniów
skierowała się do Wielkiej Sali.
- Tak się stresowałam! A okazało się, że wcale nie było
tak źle – powiedziała Lily z zadowoleniem przypominając sobie tak łatwe dla
niej pytania.
- Jasne Evans, wszyscy wiemy, że jesteś we wszystkim
najlepsza – zironizował Syriusz z uciechą stwierdzając, że wywołał odpowiednią
reakcję – rumieńce zawstydzenia na twarzy Lily.
- Nie twierdzę, że jestem… - zaczęła Lily.
- Evans, oczywiście, że tak – przerwał jej Syriusz
nakładając sobie szczodrą porcję obiadu. – Cały czas kujesz, masz to wszystko w
małym palcu. Zresztą nieważne… Ej, Rogaczu co jest? – zapytał Syriusz,
przyglądając się blademu Jamesowi, ściskającemu w ręku popołudniowe wydanie Proroka.
Gdy nie uzyskał odpowiedzi,
wyrwał ze zdrętwiałych dłoni przyjaciela gazetę i zaczął szybko czytać:
- 12 czerwca,
późnym wieczorem grupa zamaskowanych napastników napadła na sklepy przy ulicy
Pokątnej. Pokątna od dłuższego czasu była pilnie strzeżona przez grupę Aurorów,
jednak nawet to nie pomogło w zapobiegnięciu katastrofie. Sprawcy wysadzili
paręnaście sklepów (w tym słynne „Esy i Floresy”, sklep z markowym sprzętem do
quidditcha, aptekę, sklep Madame Malkin), oraz zniszczyli przejście na czarodziejską
stronę ulicy. Nielicznym osobom, znajdującym się na Pokątnej, udało się uciec
dzięki szybkiej interwencji Aurorów. Udało się im złapać dwóch sprawców, jeden
został ciężko raniony, reszta zbiegła w nieznanym kierunku. W akcji został
poszkodowany pracownik Ministerstwa Magii, Antony Smith, i z wielką przykrością
donosimy iż zginął zastępca szefa aurorów, Charlus Potter…
Osoby siedzące najbliżej
Jamesa Pottera, spojrzały na niego ze współczuciem.
- Panie Potter, zapraszam pana do mojego gabinetu – powiedziała
profesor McGonagall stając przy stole swoich podopiecznych, i mocno zacisnęła
usta.
James skinął głową i ruszył
za nauczycielką.
***
Syriusz Black już od
dłuższego czasu nie czuł się tak paskudnie jak teraz.
Gdy James wrócił z gabinetu
profesor McGonagall do nikogo nie odezwał się słowem. Położył się na łóżku,
wokół którego zaciągnął kotary i nie reagował na żadne pocieszające teksty.
Ale tak właściwie, czy takie
typowe „Wszystko będzie dobrze”, albo „Może tak miało być?” mogło coś naprawić?
Charlus Potter nie żył i w
tym momencie nic nie mogło pocieszyć jego jedynego syna. I Syriusz doskonale to
wiedział. Dlatego uznał, że najlepiej zrobią zostawiając go w dormitorium
samego, żeby mógł wszystko przemyśleć i sobie poukładać.
***
- Zostawiliście go samego? – syknęła Lily, widząc
schodzących po schodach Huncwotów.
- Evans, odpuść co? – odparł Syriusz ciężko zasiadając na
kanapie.
Pokój Wspólny był
opustoszały. Uczniowie korzystali z tego, że egzaminy się zakończyły i, że był
jeden z najcieplejszych dni czerwca. Błonia były przepełnione opalającymi się
dziewczętami i ochlapującymi je wodą z jeziora chłopcami.
- Odpuść, Black? Serio? A ty chciałbyś zostać sam w tak
ciężkiej chwili? – zapytała Lily i zmierzyła chłopaka ostrym spojrzeniem. – Ja
z pewnością nie chciałabym być sama – dodała i zdecydowanym krokiem ruszyła w
stronę męskich dormitoriów.
- Lily ma rację – wyszeptała Dorcas. – W takiej sytuacji bliskość
drugiej osoby jest bardzo ważna… Coś o tym wiem, nie? – dodała gorzko.
Syriusz spuścił wzrok na
kolana.
- Ja… Nie umiem pocieszać – wyznał jakby to było coś
wstydliwego.
Alicja leciutko się
uśmiechnęła.
- Lily potrafi.
***
Rudowłosa głośno zapukała do
drzwi dormitorium Huncwotów, i gdy nie usłyszała żadnej odpowiedzi, lekko je
popchnęła. Stanęła w progu i rozejrzała się po pokoju. Szybko zlokalizowała
łóżko chłopaka i podeszła do niego.
- James? – zapytała dotykając kotary. Usłyszała głośne
westchnięcie, więc uznała, że może ją odsłonić.
- Wysłali cię tu? – zapytał zachrypniętym głosem brunet.
Spojrzał na dziewczynę, uważnie lustrującą go wzrokiem.
- Nie. Ten kretyn, Black, uznał, że chcesz być sam… Ale
wątpię, żebyś chciał być sam w takim momencie. Właśnie straciłeś kogoś
bliskiego, dowiedziałeś się o tym z gazety, to okrutne…
- Taa, coś w tym jest – odparł James. Lily spojrzała na
niego zaskoczona. Usiadła na skraju łóżka i delikatnie dotknęła jego rękę.
- James, w takim momencie powinieneś okazywać uczucia, a
nie obojętność. Zginął twój ojciec, nigdy więcej go nie zobaczysz, to jest
odpowiedni czas, żeby wyrazić swój ból, smutek, rozpacz…
- Tobie? Albo inaczej, przy tobie? – zapytał.
Lily skinęła głową.
- Możesz nawet płakać, nie będzie mi to przeszkadzać –
zastrzegła.
James uniósł się na łokciu i
pociągnął dziewczynę na miejsce obok siebie.
- Merlinie, Lily, czasami jesteś taka głupia – westchnął,
mocno obejmując dziewczynę. – Nie wiesz, że faceci nie płaczą? – zapytał,
czując że teraz tylko ona może go utrzymać na powierzchni.
***
Lily leżała zasłuchana w
spokojny oddech chłopaka. Minęły już dwie godziny, odkąd weszła do „jaskini
lwa” i nadal nie mogła wyjść z podziwu nad tym, jak spokojnie James przyjął
śmierć ojca.
- Byłem na to gotowy – usłyszała.
Spojrzała w brązowe tęczówki
chłopaka i lekko zmarszczyła brwi.
- Mój ojciec… Zawsze był ryzykantem. Niepotrzebnie
nadstawiał kark za innych, chciał wszystko zrobić sam. McGonagall powiedziała,
że dostał Avadą, gdy ratował z płonącego sklepu dziecko. Bohaterska śmierć, nie
sądzisz? – zapytał, lekko się krzywiąc. – Oboje z matką wiedzieliśmy, że w
końcu to się zdarzy, że nie wróci z jednej z akcji.
Lily skinęła głową. Zupełnie
nie wiedziała co powiedzieć.
- Dumbledore załatwił mi na jutro świstoklik. Już nie
wrócę na resztę zajęć, zostały tylko dwa tygodnie…
- Nie wrócisz? – zapytała Lily czując rozczarowanie.
- Muszę być teraz przy matce – odparł James i wstał z
łóżka.
Spojrzał na rudowłosą.
- Miałaś rację, Lily. Potrzebowałem towarzystwa –
powiedział. – Tylko, że Syriusz też miał rację. Potrzebowałem ciebie, a nie
chłopaków – dodał.
Lily lekko się uśmiechnęła i
wstała.
- Pomóc ci z pakowaniem?
***
- Więc, dwa tygodnie bez Jamesa, huh? – mruknęła Dorcas,
spoglądając na zamyśloną Lily. – Pewnie się cieszysz, co?
- Co? Dorcas! Oczywiście, że się nie cieszę. Jak możesz zadawać
takie głupie pytania? – odparła Lily zaplatając sobie warkocz.
Spojrzała na zegarek i
chwyciła torbę.
- Spotkamy się na śniadaniu – rzuciła i wyszła z
dormitorium.
***
- James, czekaj! – zawołała.
Podbiegła pod wejście do
gabinetu dyrektora i złapała chłopaka za ramię.
- Chciałam tylko powiedzieć, żebyś pisał, dobrze?
Obiecuję, że odpiszę na każdy list – powiedziała.
James uśmiechnął się lekko.
- Lily, przecież ja zawsze do ciebie piszę. Nic tego nie
zmieni – odparł i lekko przytulił dziewczynę. – Spotkamy się u Alicji,
pamiętasz? Tydzień wakacji u niej.
Lily skinęła głową i
spojrzała na znikającego na ruszających się schodach chłopaka. Miała dziwne
wrażenie, że zabiera ze sobą coś, czego będzie jej okropnie brakowało.
***
Dorcas spod przymrużonych
powiek patrzyła na wygłupiającego się z Remusem i Peterem, Syriusza.
Siedzieli na błoniach pod
sporą wierzbą, rosnącą nieopodal jeziora i cieszyli się ostatnimi dniami
spędzanymi w Hogwarcie.
Trudno było się Dorcas przyznać,
ale ostatnimi czasy sporo myślała o Syriuszu. Oraz o zbliżającej się wojnie
(Dorcas nie miała wątpliwości co do tego, że będzie wojna), o tym, że ktoś
ważny może w każdej chwili zginąć (chociażby, jak to było w przypadku jej ojca,
czy ojca Jamesa), o tym, że to może są ostatnie tak beztroskie chwile.
- Syriusz? – zapytała cicho, gdy chłopak usiadł obok niej
na zalanym słońcem skrawku koca. – Co sądzisz o randce?
- Randce? – zapytał zdziwiony Syriusz i spojrzał na
zawadiacko uśmiechniętą dziewczynę.
- Tak. Dokładniej ze mną.
Syriusz lekko przymrużył
oczy i mruknął.
- Z tobą, Meadowes, zawsze! – odparł i połaskotał
dziewczynę.
Radosny śmiech rozniósł się
po błoniach.
***
- Więc nadal twierdzisz, że nic cię nie łączy z Jamesem?
– zapytał Remus spoglądając na zamyśloną rudowłosą.
Patrolowali szóste piętro,
która ostatnimi czasy było uważane za jedno z bezpieczniejszych miejsc w
szkole.
- Hm? – mruknęła Lily. – A czemu sądzisz, że coś mnie
łączy? – dodała, bystro spoglądając na współtowarzysza.
- Odkąd wyjechał chodzisz taka zmartwiona… - odparł
Remus.
- Martwię się wynikami egzaminów – odparła szybko. Jednak
za szybko.
- Lily, mnie nie oszukasz – powiedział Remus, posyłając
koleżance uśmiech. – Byłaś zadowolona po egzaminach, więc nie ściemniaj.
- Remusie, nie przesadzaj. Może tak, w pewnym sensie
brakuje mi Jamesa, ale to wcale nic nie znaczy!
Blondyn uśmiechnął się.
- Nawet nie wiesz, ile to znaczy, Lily.
***
- James nam zostawił jasne rozporządzenie: Huncwoci mają
wykonać swój ostatni dowcip! – powiedział Syriusz, czując się niczym jakiś
dowódca, patrząc na skupionego Petera i poważnego Remusa. – Nasz ostatni wyczyn
powinien przejść do historii! Powinien być niezapomniany, epicki! Jakieś
pomysły?
- Dosypanie kwachów do obiadu Ślizgonów, żeby wypaliło im
języki? – podsunął Peter.
- Niee, to już było – odparł Syriusz.
- Rozlanie Super- Trwałego- Kleju Floot’a na korytarzu? –
zaproponował Remus.
- Remusie, doprawdy, to dowcip z czwartego roku… Przecież
trochę spoważnieliśmy, prawda? – powiedział zniesmaczony Syriusz. – Może,
taaak, chyba mam pomysł – dodał.
Uśmiechnął się i zaczął tłumaczyć.
***
Droga Lily!
Tak jak prosilas, pisze. Okrpny wstep, ale czy może być dobry, gdy nie widziałem cie już
Od czterech dni? Tesknie za Toba, i reszta oczywiście!
Pogrzeb minal spokojnie. Nikt nie rzucal się na trumne, nikt nie zachowywal się histerycznie. Było cicho i przygnębiająco.
Zalowalem, ze nie ma cie przy mnie, rozświetlasz swoim uśmiechem każdy mój dzien…
A wtedy szczególnie pragnąłem twojego widoku.
W domu panuje przygnebiajaca atmosfera, nie mogę się doczekac, az przybedzie Syriusz. Przyjade po niego na dworzec, mam
nadzieje, ze się
wtedy zobaczymy.
Nie mogę się doczekac pobytu u Alicji, zaluje, ze to dopiero pod koniec lipca.
Pozdrawiam, J.P.
Lily uśmiechnęła się lekko i
pogładziła palcem inicjały, znajdujące się na końcu listu.
- Co taka zadowolona? – zapytała Alicja wskakując na
łóżko rudowłosej.
- Cieszę się z jutrzejszych Eliksirów – odparła Lily.
- Uch, Evans, ale ściemniasz! – zawołała oskarżycielsko Alicja.
– Ale zupełnie to rozumiem, jeszcze się nie przyznasz…
- Do czego?
- Lily, jesteś niepoprawna – westchnęła brunetka.
***
Trwała kolacja pożegnalna
przed jutrzejszą podróżą do Londynu.
- Dorcas, gdzie są Huncwoci? – zapytała Alicja lustrując
wzrokiem stół Gryfonów.
- Co ja ich niańką jestem? Nie mam pojęcia – odparła
Dorcas, dokładając sobie na talerz ciasta marchewkowego. – Pewnie coś szykują –
wymamrotała z pełnymi ustami.
- Szykują? – zapytała szybko Lily, spoglądając z
niepokojem na wolne miejsca, zazwyczaj zajmowane przez czwórkę chłopaków. –
Masz na myśli jakiś okropny dowcip?
- A jak sądzisz, Lil? Koniec roku, a oni nic nie wycięli
– odparła Dorcas. – Frank, wiesz coś na ten temat? Czasami mam wrażenie, że ty
wcale nie mieszkasz z nimi w jednym dormitorium, nigdy nic nie wiesz… - dodała
z pretensją.
- Ostatnio zauważyłem, że gdzieś znikali. Ale wiecie
dziewczyny, to Huncwoci, oni cały czas gdzieś się szlajają, także nie, nic nie wiem
– odparł Frank i pogłaskał Alicję po pełnym policzku. – Zresztą ostatnio cały
wolny czas spędzałem z ukochaną.
Dorcas rozpłynęła się w
zachwytach nad romantyczną postawą Franka, a Lily bacznie rozejrzała się po
Wielkiej Sali.
Jednak wszystko wyglądało
całkiem zwyczajnie, może oprócz tego, że Irytek latał koło wejścia do Sali z
głupim uśmieszkiem. Ale kiedy ten duch nie ma wrednego lub głupiego uśmiechu?
- Chyba nie ma się czym ma… - zaczęła Lily, ale przerwał
jej głośny wybuch.
Większość osób spojrzała w
stronę wejścia do Wielkiej Sali, do której zaczęły wlatywać różnokolorowe
fajerwerki, które zaczęły wybuchać nad głowami uczniów oraz nauczycieli,
tworząc przeróżne wzory i napisy.
- "Żegnajcie przyjaciele oraz i wy, wredni Ślizgoni"? –
przeczytała Dorcas i pokręciła z uśmiechem głową.
- Patrz Lily, jest i „Evans, umówisz się ze mną w wakacje?”!
– zawołała Alicja i wskazała rudowłosej napis, który przekształcił się z
wielkiej, kolorowej kuli.
- Oni są niepoważni – westchnęła Lily.
Zachwycona spojrzała na
latające dookoła uczniów kolorowe kształty i spokojnie zajęła się deserem.
***
- Niedługo dojedziemy do Londynu – powiedziała Lily.
Zdążyła już się przebrać w mugolskie ubrania i ostatni raz spatrolować dwa
wagony, które przypadły jej w udziale.
- W końcu, jestem taka głodna – jęknęła Dorcas. –
Spadówa, nie będziemy się przy was przebierać – wysyczała, patrząc na
zadowolonego Syriusza.
- Ja tam bym nie miał nic przeciwko… Uch, dobra, już nie
rób takiej miny! Idziemy – odparł Black.
- Więc, James przyjdzie po Syriusza? – zapytała Alicja i
mrugnęła do Dorcas.
- Tak, ma po niego wpaść… Tak jakby Syriusz nie potrafił
sam dotrzeć do Doliny Godryka – odparła Lily, marszcząc czoło w zastanowieniu.
- Myślę, że Syriusz doskonale poradziłby sobie z tym
zadaniem – odparła Dorcas zakładając zwiewną sukienkę. – Wiadomo, że chce się
zobaczyć z tobą, Lily.
Rudowłosa spojrzała na
przyjaciółki.
- Wy macie jakąś manię związaną z Potterem i ze mną –
odparła Lily i gdy poczuła, że pociąg zwalnia, złapała za rączkę kufra i szybko
wyszła z przedziału.
***
- Świetnie wyglądasz – powiedział James.
Czuł się dziwnie, czekając
wśród rodziców oraz rodzin uczniów na pociąg. Jednak przestał odczuwać
zażenowanie gdy zobaczył wychodzącą z pociągu Lily.
- Przyjechałeś? – zapytała Lily, w myślach wyklinając się
od idiotek. Doskonale widziała, że przyjechał, więc nie rozumiała swojej
dziwnej reakcji.
A dokładniej, ekscytacji,
gdy go zobaczyła.
- Przecież nie mogłem pozwolić, żeby Syriusz gdzieś
zbłądził, prawda? – odparł James przyglądając się, a raczej chłonąc wzrokiem
widok, który miał przed oczami.
Uśmiechniętą i wdzięcznie
zarumienioną dziewczynę, która wyglądała jakby naprawdę się ucieszyła z tego
powodu, że go widzi.
- Rogacz, brachu! – zawołał Syriusz prowadząc za sobą
pozostałych Huncwotów, Franka, oraz dziewczyny. – W porządku?
- Tak, w porządku – odparł James. – A u was?
- Po staremu, o mało nie doprowadziliśmy McGonagall na
sam koniec do zawału, naszym pożegnalnym popisem – odparł.
- Więc żałuję, że tego nie widziałem – powiedział James.
– Co myślicie o tym, żeby skoczyć gdzieś na ten zabawny bąbelkowy napój mugoli?
- Przepraszam, ale rodzice na mnie czekają – odparła
Lily. Szybko przytuliła przyjaciółki, pomachała kolegom i przeszła przez
zaczarowane przejście, na mugolską stronę peronu.
- Stary, nie martw się, Evans przez całe dwa tygodnie
chodziła z nosem na kwintę. Dałbym sobie różdżkę złamać, że to z twojego powodu
– powiedział Syriusz, czym od razu poprawił mu humor. – To co, idziemy na te
bąbelki?
***
Wena wróciła! Znowu potrafię napisać więcej niż pół strony w Wordzie na raz! Wczoraj skończyłam rozdział 12, a dzisiaj od rana piszę trzynastkę. Jest nieźle. Znowu piszę z perspektywy Lily, ale myślę, że to może się zmieniać. Jak zwykle niezdecydowana ja... Mam nadzieję, że święta minęły wam przyjemnie, i że wróciłyście całe i zdrowe (o ile gdzieś wyjeżdżałyście :). Do następnego!