Z
dziennika Jamesa Pottera
- James – usłyszałem.
Spojrzałem na schody, na których stała Lily – Musimy porozmawiać…
Kiwnąłem głową i wstałem z
kanapy. Czemu złe wiadomości lepiej przyjmować na stojąco? I czemu miałem
pewność, że będą złe?
- James, to co się stało…
Nie cofniemy czasu. Ale pokazałeś się z zupełnie innej strony! Jestem tym
przerażona. James, musimy się rozstać…
Powiedziała Lily, a ja
zamarłem.
- … z przeszłością. To co
się stało na pewno było okropne, ale przez to przeszliśmy! Mamy Harry’ego, nasz
mały cud, mamy siebie, kochamy się. Przeszłość niech zostanie za nami… –
skończyła.
Kiwnąłem głową i mocno
przytuliłem się do żony. Tylko tym razem to nie ona wtulała się w moje ciało. To
ja szukałem w jej ramionach zapewnienia i poczucia bezpieczeństwa.
Nowy dzień przywitałam
wtulona w ciepłe ciało Jamesa. Uśmiechnęłam się lekko, gładząc go po policzku.
- Nie śpisz? – zapytał, gdy
moja dłoń zaplątała się w jego włosy.
- Nie – odparłam lakonicznie.
Po mojej małej przemowie,
którą wczoraj na dobranoc zaserwowałam mężowi, i która go w pewnym momencie
nieźle przestraszyła, musiałam mu wszystko wynagrodzić.
- Kocham cię, James –
powiedziałam, spoglądając w jego zaspane oczy.
- Ja ciebie też, Lily –
odparł, mocno przyciągając mnie do siebie i wtulając twarz w moje rozwalone na
poduszce włosy.
Wszystko było dobrze. I tak już
miało zostać.
Z
dziennika Mary McDonald
- Pamiętasz, że o 19 mam
wręczenie dyplomów? Będziesz, prawda? – zapytałam, ostatni raz całując Regulusa
i zakładając na ramię torbę.
- Oczywiście, że będę.
Niecodziennie moja narzeczona kończy kurs na Uzdrowiciela z najlepszym wynikiem
na roku – odparł, przyciągając mnie do siebie i obdarzając czułym pocałunkiem –
Jestem z ciebie dumny, kujonico.
Zaśmiałam się cicho i z
charakterystycznym dźwiękiem, teleportowałam.
- Harry, co mamusia trzyma w
ręce? – zapytałam synka. I dobra, wiedziałam, że mi nie odpowie. Jeszcze
całkiem długo. Ale to była taka nasza zabawa, przy której zabawnie piszczał i
jeszcze fajniej gulgotał. Uwielbiałam te dźwięki, rozbrajały mnie zupełnie.
- Piłeczka! – odpowiedziałam
sama sobie. Harry zagulgotał i wierzgnął nóżką – Chcesz piłeczkę? – zapytałam,
kładąc pluszowy przedmiot na brzuszku syna.
- Moje maleństwo – dodałam czule,
patrząc jak Harry próbuje zobaczyć co to leży na jego brzuszku.
James poszedł do pracy, a ja
miałam cały dzień na przemyślenia. Sprawa straty już mnie nie męczyła. Myśląc o
tym, czułam już tylko spokój. Pogodziłam się z tym. W końcu miałam dla kogo żyć.
Mam cudowną rodzinę, przyjaciół, najdoskonalszego pod słońcem syna i
niewiarygodnego męża.
Jestem szczęściarą i chociaż
ten listopad był tak ponury i nieprzyjemny, ja czułam jakby nade mną świeciło słońce.
Miałam
wszystko.
Z
dziennika Regulusa Blacka
Stałem razem z przyjaciółmi
oraz ich dziećmi, i z dumą patrzyłem na Mary. W tym momencie, już na Uzdrowicielkę,
Mary McDonald - niedługo Black! Duma mnie rozpierała.
- Łiii!! – pisnęła Dorcas,
otaczając ramionami zadowoloną z siebie blondynkę – Mary, gratulacje!
- Dzięki, Dorcas – odparła
Mary i zaraz została przechwycona przez Lily.
- Gratuluję, Mary!
Gdy już tym gratulacjom
powiedziałem stanowcze „nie”, mocno całując blondynkę i trochę ją odciągając od
zachwyconych dziewczyn, i gadającego głupoty mojego brata, powiedziałem:
- Zapraszam do nas na oblewanie
sukcesu…
Dorcas i Lily spiorunowały
mnie wzrokiem.
- … sokiem – dokończyłem.
James wybuchnął śmiechem. Po
chwili wszyscy teleportowaliśmy się do naszego domu.
- Było miło, prawda? –
zapytałam szeptem, patrząc na spokojnie śpiącego Harry’ego. I rzeczywiście,
sukces Mary, czyli uzyskanie dyplomu Uzdrowiciela, opijaliśmy sokiem
pomarańczowym.
- Jasne – odparł James – Ale
myślę, że zaraz będzie jeszcze milej – dodał z tym charakterystycznym
uśmieszkiem.
Pocałowałam go w uniesiony
kącik ust i ruszyłam za brunetem do sypialni.
Z
dziennika uzdrowicielki Mary McDonald
- Więc… - zagaiłam, podając
na stół tosty z serem i dzbanek z sokiem pomarańczowym – Tak sobie pomyślałam,
że najwyższy czas pomyśleć o ślubie.
Regulus spojrzał na mnie z
uniesioną brwią.
- No wiesz, tylko my nie
zalegalizowaliśmy związku, i już od jakiegoś czasu jesteśmy narzeczeństwem… W
lutym zaczynam pracę w Mungu, pomyślałam, że może udałoby się zorganizować ślub
na przykład, w styczniu? Co ty na to? – zapytałam, patrząc na powoli wypływający
na twarz szatyna, uśmiech.
- Mary, dobrze wiesz, że
ślub z tobą wziąłbym nawet jutro – odparł, przyciągając mnie do siebie i
wciągając na kolana – Styczeń będzie idealny – stwierdził.
Uśmiechnęłam się zadowolona.
- To będzie epicki dzień! –
krzyknęłam i szybko zerwałam się z regulusowych kolan.
- A ty gdzie?! – zawołał z
pretensją.
- Lecę do Dorcas! –
odparłam, zakładając kurtkę – Umówiłyśmy się, porobimy wstępne plany – dodałam,
pocałowałam Rega w usta i teleportowałam się pod drzwi domu Blacków.
- Dobra, dzieciaki śpią –
powiedziałam, spoglądając na niezły tłok w łóżeczku. Harry, Carina oraz Leo,
leżeli w jednym kojcu i spali – Możemy zacząć planować. Kiedy ma się odbyć
ceremonia i gdzie?
- W styczniu – odparła Mary,
a ja spojrzałam na nią jak na głupią – Och, no nie wiem, 20 stycznia? To będzie
sobota…
- Doskonale – powiedziałam,
zapisując w kalendarzu datę – Gdzie?
- Rodzice Regulusa, chcą
żeby ślub i przyjęcie odbyło się na Grimmauld Place – odparła niezadowolona
blondynka.
- Co?! – zawołała Dorcas i
wybuchnęła śmiechem – Biedna! Widzisz, trzeba było wziąć ślub bez rodziców, jak
my… - dodała zadowolona. Cóż, kto o zdrowych zmysłach chciałby mieć Walburgię
na zdjęciach ślubnych? Ale Mary nie miała wyjścia…
- Oj, nooo – jęknęła blondynka,
wkładając rękę we włosy – Muszę na to przystać, inaczej znowu wyklnie Regulusa
i będzie mówić, że wyhodowała na swojej piersi gada…
- Dobrze, 20 stycznia, dom
przy Grimmauld Place – zapisałam – Pogadajmy o reszcie. Lista gości, zaproszenia, catering,
ozdoby, kwiaty, suknia ślubna, suknie dla druhen, garnitur dla pana młodego i drużbów…
Z
dziennika Regulusa Blacka
Siedziałem na kanapie w
salonie i nie mogłem wyjść z podziwu nad telewizorem. No czego to ci mugole nie
wymyślą! Małe ludziki zamknięte w niedużym pudle!
- Cześć! – usłyszałem.
Spojrzałem na zadowoloną blondynkę, która szybko zrzucała z siebie kurtkę – Już
wszystko ustalone! – zawołała z entuzjazmem i wlazła mi na kolana.
- Już? – zapytałem
zdziwiony. Ruda z Dorcas chyba powinny zając się planowaniem ślubów!
- Taaak, to będzie piękna
ceremonia… - Mary zaczęła się rozpływać – A będzie doskonała, bo wszystko, no
może oprócz twojej matki – zażartowała – będzie piękne!
Uśmiechnąłem się.
- A wiesz co będzie
najpiękniejsze? – zapytałem. Mary pokręciła głową – Ty – dodałem i przywarłem
ustami do lekko rozchylonych warg blondynki.
- Mary, pośpiesz się! –
krzyknęła Dorcas.
Był już początek grudnia, a
my siedziałyśmy u madame Malkin na Pokątnej. To właśnie tutaj, Mary, miesiąc
temu zamówiła swoją suknię ślubną. Czekałyśmy z niecierpliwością, aż wyjdzie z
przymierzalni.
- Nadchodzi przyszła panna młoda –
zapowiedziała madame Malkin, odsuwając kotarę, oddzielającą nas od jej
pracowni.
- Ślicznie wyglądasz! –
zawołała Dorcas, i zaczęła oglądać suknię z każdej strony – Madame Malkin, pani
jest niewiarygodna! – wykrzyknęła do zadowolonej z siebie kobiety.
- Wyglądam… ładnie –
stwierdziła Mary, podchodząc do wielkiego lustra.
- Ładnie?! – zawołałam –
Pięknie, Mary, a nawet powiedziałabym, że bosko! Niech cię tylko Regulus
zobaczy, szczęka mu opadanie! – dodałam, wyobrażając sobie minę młodszego
Blacka.
Mary uśmiechnęła się.
- Zdejmę ją i pójdziemy na
ciastko do Fortescue to uczcić! Madame Malkin, dziękuję za przepiękną suknię.
Dorcas rozbłysły oczy i
zaczęła opowiadać o nowych czekoladowych ciastkach, a Mary poszła się przebrać.
Przygotowania ślubne czas zacząć!
***
No chyba nie myślałyście, że na sam koniec się rozstaną, prawda? :) Znacie mnie, u mnie nie ma zdrad, morderstw, Voldemorta (prawie), wiodą sobie, spokojne, utopijne życie w jakiejś równoległej rzeczywistości...