wtorek, 17 lutego 2015

Rozdział 78 Rozstanie, dyplom, plany, czyli wielki miszmasz



Z dziennika Jamesa Pottera
- James – usłyszałem. Spojrzałem na schody, na których stała Lily – Musimy porozmawiać…
Kiwnąłem głową i wstałem z kanapy. Czemu złe wiadomości lepiej przyjmować na stojąco? I czemu miałem pewność, że będą złe?
- James, to co się stało… Nie cofniemy czasu. Ale pokazałeś się z zupełnie innej strony! Jestem tym przerażona. James, musimy się rozstać…
Powiedziała Lily, a ja zamarłem.
- … z przeszłością. To co się stało na pewno było okropne, ale przez to przeszliśmy! Mamy Harry’ego, nasz mały cud, mamy siebie, kochamy się. Przeszłość niech zostanie za nami… – skończyła.
Kiwnąłem głową i mocno przytuliłem się do żony. Tylko tym razem to nie ona wtulała się w moje ciało. To ja szukałem w jej ramionach zapewnienia i poczucia bezpieczeństwa.


Nowy dzień przywitałam wtulona w ciepłe ciało Jamesa. Uśmiechnęłam się lekko, gładząc go po policzku.
- Nie śpisz? – zapytał, gdy moja dłoń zaplątała się w jego włosy.
- Nie – odparłam lakonicznie.
Po mojej małej przemowie, którą wczoraj na dobranoc zaserwowałam mężowi, i która go w pewnym momencie nieźle przestraszyła, musiałam mu wszystko wynagrodzić.
- Kocham cię, James – powiedziałam, spoglądając w jego zaspane oczy.
- Ja ciebie też, Lily – odparł, mocno przyciągając mnie do siebie i wtulając twarz w moje rozwalone na poduszce włosy.
Wszystko było dobrze. I tak już miało zostać.


Z dziennika Mary McDonald
- Pamiętasz, że o 19 mam wręczenie dyplomów? Będziesz, prawda? – zapytałam, ostatni raz całując Regulusa i zakładając na ramię torbę.
- Oczywiście, że będę. Niecodziennie moja narzeczona kończy kurs na Uzdrowiciela z najlepszym wynikiem na roku – odparł, przyciągając mnie do siebie i obdarzając czułym pocałunkiem – Jestem z ciebie dumny, kujonico.
Zaśmiałam się cicho i z charakterystycznym dźwiękiem, teleportowałam.


- Harry, co mamusia trzyma w ręce? – zapytałam synka. I dobra, wiedziałam, że mi nie odpowie. Jeszcze całkiem długo. Ale to była taka nasza zabawa, przy której zabawnie piszczał i jeszcze fajniej gulgotał. Uwielbiałam te dźwięki, rozbrajały mnie zupełnie.
- Piłeczka! – odpowiedziałam sama sobie. Harry zagulgotał i wierzgnął nóżką – Chcesz piłeczkę? – zapytałam, kładąc pluszowy przedmiot na brzuszku syna.
- Moje maleństwo – dodałam czule, patrząc jak Harry próbuje zobaczyć co to leży na jego brzuszku.
James poszedł do pracy, a ja miałam cały dzień na przemyślenia. Sprawa straty już mnie nie męczyła. Myśląc o tym, czułam już tylko spokój. Pogodziłam się z tym. W końcu miałam dla kogo żyć. Mam cudowną rodzinę, przyjaciół, najdoskonalszego pod słońcem syna i niewiarygodnego męża.
Jestem szczęściarą i chociaż ten listopad był tak ponury i nieprzyjemny, ja czułam jakby nade mną świeciło słońce.
Miałam wszystko.


Z dziennika Regulusa Blacka
Stałem razem z przyjaciółmi oraz ich dziećmi, i z dumą patrzyłem na Mary. W tym momencie, już na Uzdrowicielkę, Mary McDonald - niedługo Black! Duma mnie rozpierała.
- Łiii!! – pisnęła Dorcas, otaczając ramionami zadowoloną z siebie blondynkę – Mary, gratulacje!
- Dzięki, Dorcas – odparła Mary i zaraz została przechwycona przez Lily.
- Gratuluję, Mary!
Gdy już tym gratulacjom powiedziałem stanowcze „nie”, mocno całując blondynkę i trochę ją odciągając od zachwyconych dziewczyn, i gadającego głupoty mojego brata, powiedziałem:
- Zapraszam do nas na oblewanie sukcesu…
Dorcas i Lily spiorunowały mnie wzrokiem.
- … sokiem – dokończyłem.
James wybuchnął śmiechem. Po chwili wszyscy teleportowaliśmy się do naszego domu.


- Było miło, prawda? – zapytałam szeptem, patrząc na spokojnie śpiącego Harry’ego. I rzeczywiście, sukces Mary, czyli uzyskanie dyplomu Uzdrowiciela, opijaliśmy sokiem pomarańczowym.
- Jasne – odparł James – Ale myślę, że zaraz będzie jeszcze milej – dodał z tym charakterystycznym uśmieszkiem.
Pocałowałam go w uniesiony kącik ust i ruszyłam za brunetem do sypialni.


Z dziennika uzdrowicielki Mary McDonald
- Więc… - zagaiłam, podając na stół tosty z serem i dzbanek z sokiem pomarańczowym – Tak sobie pomyślałam, że najwyższy czas pomyśleć o ślubie.
Regulus spojrzał na mnie z uniesioną brwią.
- No wiesz, tylko my nie zalegalizowaliśmy związku, i już od jakiegoś czasu jesteśmy narzeczeństwem… W lutym zaczynam pracę w Mungu, pomyślałam, że może udałoby się zorganizować ślub na przykład, w styczniu? Co ty na to? – zapytałam, patrząc na powoli wypływający na twarz szatyna, uśmiech.
- Mary, dobrze wiesz, że ślub z tobą wziąłbym nawet jutro – odparł, przyciągając mnie do siebie i wciągając na kolana – Styczeń będzie idealny – stwierdził.
Uśmiechnęłam się zadowolona.
- To będzie epicki dzień! – krzyknęłam i szybko zerwałam się z regulusowych kolan.
- A ty gdzie?! – zawołał z pretensją.
- Lecę do Dorcas! – odparłam, zakładając kurtkę – Umówiłyśmy się, porobimy wstępne plany – dodałam, pocałowałam Rega w usta i teleportowałam się pod drzwi domu Blacków.


- Dobra, dzieciaki śpią – powiedziałam, spoglądając na niezły tłok w łóżeczku. Harry, Carina oraz Leo, leżeli w jednym kojcu i spali – Możemy zacząć planować. Kiedy ma się odbyć ceremonia i gdzie?
- W styczniu – odparła Mary, a ja spojrzałam na nią jak na głupią – Och, no nie wiem, 20 stycznia? To będzie sobota…
- Doskonale – powiedziałam, zapisując w kalendarzu datę – Gdzie?
- Rodzice Regulusa, chcą żeby ślub i przyjęcie odbyło się na Grimmauld Place – odparła niezadowolona blondynka.
- Co?! – zawołała Dorcas i wybuchnęła śmiechem – Biedna! Widzisz, trzeba było wziąć ślub bez rodziców, jak my… - dodała zadowolona. Cóż, kto o zdrowych zmysłach chciałby mieć Walburgię na zdjęciach ślubnych? Ale Mary nie miała wyjścia…
- Oj, nooo – jęknęła blondynka, wkładając rękę we włosy – Muszę na to przystać, inaczej znowu wyklnie Regulusa i będzie mówić, że wyhodowała na swojej piersi gada…
- Dobrze, 20 stycznia, dom przy Grimmauld Place – zapisałam – Pogadajmy o reszcie. Lista gości, zaproszenia, catering, ozdoby, kwiaty, suknia ślubna, suknie dla druhen, garnitur dla pana młodego i drużbów…


Z dziennika Regulusa Blacka
Siedziałem na kanapie w salonie i nie mogłem wyjść z podziwu nad telewizorem. No czego to ci mugole nie wymyślą! Małe ludziki zamknięte w niedużym pudle!
- Cześć! – usłyszałem. Spojrzałem na zadowoloną blondynkę, która szybko zrzucała z siebie kurtkę – Już wszystko ustalone! – zawołała z entuzjazmem i wlazła mi na kolana.
- Już? – zapytałem zdziwiony. Ruda z Dorcas chyba powinny zając się planowaniem ślubów!
- Taaak, to będzie piękna ceremonia… - Mary zaczęła się rozpływać – A będzie doskonała, bo wszystko, no może oprócz twojej matki – zażartowała – będzie piękne!
Uśmiechnąłem się.
- A wiesz co będzie najpiękniejsze? – zapytałem. Mary pokręciła głową – Ty – dodałem i przywarłem ustami do lekko rozchylonych warg blondynki.


- Mary, pośpiesz się! – krzyknęła Dorcas.
Był już początek grudnia, a my siedziałyśmy u madame Malkin na Pokątnej. To właśnie tutaj, Mary, miesiąc temu zamówiła swoją suknię ślubną. Czekałyśmy z niecierpliwością, aż wyjdzie z przymierzalni.
- Nadchodzi przyszła panna młoda – zapowiedziała madame Malkin, odsuwając kotarę, oddzielającą nas od jej pracowni.
- Zachwycająca… - powiedziałam (http://www.madonna.pl/?page_id=158 zdjęcie 12).
- Ślicznie wyglądasz! – zawołała Dorcas, i zaczęła oglądać suknię z każdej strony – Madame Malkin, pani jest niewiarygodna! – wykrzyknęła do zadowolonej z siebie kobiety.
- Wyglądam… ładnie – stwierdziła Mary, podchodząc do wielkiego lustra.
- Ładnie?! – zawołałam – Pięknie, Mary, a nawet powiedziałabym, że bosko! Niech cię tylko Regulus zobaczy, szczęka mu opadanie! – dodałam, wyobrażając sobie minę młodszego Blacka.
Mary uśmiechnęła się.
- Zdejmę ją i pójdziemy na ciastko do Fortescue to uczcić! Madame Malkin, dziękuję za przepiękną suknię.
Dorcas rozbłysły oczy i zaczęła opowiadać o nowych czekoladowych ciastkach, a Mary poszła się przebrać. Przygotowania ślubne czas zacząć!


***

No chyba nie myślałyście, że na sam koniec się rozstaną, prawda? :) Znacie mnie, u mnie nie ma zdrad, morderstw, Voldemorta (prawie), wiodą sobie, spokojne, utopijne życie w jakiejś równoległej rzeczywistości...

niedziela, 15 lutego 2015

Rozdział 77 Blackowie w natarciu



Z notatnika Dorcas Meadowes – Black
Siedziałam na krześle w jadalni i myślałam co jeszcze powinnam zrobić. Wszystko musiało być idealne, bo to dzisiaj, właśnie dzisiaj mieli przyjść na zapoznanie z wnukami dziadkowie Blackowie.
Byłam zestresowana jak nigdy. Naprawdę chciałam, żeby wszystko było doskonałe i dopięte na ostatni guzik! Po ostatnim spotkaniu z Walburgią i Orionem, postanowiłam, że zostanę idealną synową.
- Posprzątałam, ugotowałam obiad, nastawiłam się na wstrętne komentarze, wypucowałam dzieci, ubrałam się jak na czarownicę przystało, w idiotyczną szatę wyjściową, kupioną w ulubionym sklepie Walburgii... – wyliczałam, wpatrując się w kominek.
- Dorcas, czym ty się przejmujesz? – zapytał Syriusz, wszedł do jadalni i podał mi Carinę – Moja matka i tak wszystko skrytykuje, chociaż dom lśni, a obiad smakuje jak z najlepszej restauracji. Nie martw się – dodał.
- Nie martw się – przedrzeźniłam go, wykrzywiając się. Poprawiłam zabawnie sterczące włoski córki – Leo śpi?
- Chrapie jak ty… To znaczy niedźwiedź! Chciałem powiedzieć, że chrapie jak niedźwiedź – poprawił się Syriusz i z zabójczym uśmiechem, mrugnął.
Pokręciłam głową i z córeczką na rękach ruszyłam do salonu. Poprawiłam układ niektórych bibelotów, powąchałam róże w wazonie i usłyszałam donośny dźwięk dzwonka do drzwi.
- Cholera – wyszeptałam i przywołałam na twarz miły uśmiech.


Z dziennika Syriusza Blacka
- Syriuszu, chociaż myślałam, że zostaniesz hańbą mego łona, trafiłeś do tego okropnego Gryffindoru, przyjaźnisz się z mugolakami i mugolami, to jednak muszę przyznać, że wybrałeś sobie idealną żonę! Gdyby tylko Regulus nie był taki głupi, i nie chciał się żenić z tą mugolaczką… - powiedziała matka, na co przewróciłem oczami.
Obiad minął bez większych spięć. Dorcas rzeczywiście idealnie wszystko zaplanowała. Nawet wynajęła skrzata do podawania dań! Moja matka była ukontentowana.
- Walburgio, nie zawstydzaj Dorcas! Więc, moja droga, kiedy poznamy nasze czystokrwiste wnuki, naszą przyszłą dumę i chlubę? – zapytał Orion, popijając drinka.
- Przyniesiemy je – odparła Dorcas i pociągnęła mnie na piętro do pokoju dziecięcego.
- Myślisz, że będą jeszcze długo siedzieć? – zapytała, biorąc na ręce Leo.
- Mam nadzieję, że niedługo wyjdą. Moja matka rzuca takie teksty, że mam ochotę ją wywalić z naszego domu – odparłem, schodząc po schodach z córką w ramionach.
- Och, cudowne! – krzyknęła matka i wstała z sofy – Orionie, chłopiec odziedziczył dumny nos Blacków! Niewiarygodne, myślałam, że mój ojciec będzie ostatnim…
- Walburgio, patrz! Mała Carina ma dokładnie taki sam wykrój ust jak moja świętej pamięci matka! – odparł Orion – Mogę ją potrzymać? – zapytał.
Czując, że nie mam innego wyboru, podałem ojcu córkę i usiadłem w fotelu.
- Ale uszy stanowczo mają po Meadowesach – stwierdziła moja matka, przejmując od Dorcas, Leo.
- Tak, moja mama powiedziała to samo – potwierdziła brunetka, puszczając do mnie oko. Doskonale wiedzieliśmy, że rodzice Dor nie zastanawiali się, co dzieci mają po rodzinie. Po prostu cieszyli się z wnuków, byli szczęśliwi, że są zdrowe i tak świetnie się rozwijają.
- Czy przejawiają już jakieś magiczne zdolności? – zapytała matka, lustrując wzrokiem rączki Leo – Pamiętam, że Regulus dosyć wcześnie ujawnił swoje moce. Syriusz później…
Westchnąłem ciężko i dolałem sobie i ojcu Ognistej.
- Jeszcze nie – odparła Dorcas i zabrała popiskującą Carinę od ojca.
- Od razu, jak tylko zauważycie, że dzieje się magia, macie mnie o tym zawiadomić! – dodała matka i oddała mi syna.
- Orionie, zasiedzieliśmy się! – powiedziała i wykrzywiła usta. Chyba miał być to uśmiech… - Było miło.
- Oo tak – westchnąłem – Zawiadomimy, jeżeli będziemy mieli wpaść.
Po chwili w salonie zapanowała miła cisza, rodzice korzystając z kominka wrócili na Grimmauld Place.
- To była masakra – skomentowała Dorcas i zostawiając mi dzieci pod opieką, poszła odprawić skrzata.
- Oj dzieciaki, módlcie się, żeby dziadkowie nie chcieli za często wpadać – powiedziałem i siedząc w fotelu razem z dwójką szkrabów, nawiązywałem z nimi kontakt i rozkoszowałem się przyjemną ciszą.


- Harry, śpij! – jęknęłam, patrząc na czerwone od krzyku dziecko.
- Może mu wyczarować ptaszki? – zapytał James.
- Ptaszki już od tygodnia nie pomagają – odparłam, biorąc syna na ręce –To chyba kolka, ma wszystkie objawy opisane w „Perfekcyjnym dziecku”.
Harry rzeczywiście miał podkulone nóżki i rozpaczliwie płakał.
- Więc co robimy? – zapytał spanikowanym głosem James.
- To samo przechodzi – odparłam, przytulając głośno płaczące dziecko – Potrzymasz go? Przyniosę ciepły ręcznik, położymy mu na brzuszku, może pomoże.
W łazience rozpłakałam się z bezsilności i podgrzałam różdżką ręcznik.


Z dziennika Remusa Lupina
Praca w norweskim oddziale Gringotta była naprawdę świetna. Miałem lepszą posadę niż w Londynie, więcej zarabiałem, ale czegoś mi brakowało.
Przyjaciół.
Peter... Peter chyba tak naprawdę nigdy nie był moim przyjacielem. Gdy zamieszkaliśmy w Oslo, zrozumiałem, że Peter wcale się nie zmienił. Nadal szukał przyjaciół w mocnych osobowościach, i gdy już takich znajdywał, oplatał ich jak bluszcz lub diabelskie sidła.
Zawsze był słabym człowiekiem.
Dlatego wyliczając wszystkie „za” i „przeciw”, zdecydowałem się na powrót do kraju. Może przyjaciele mnie jeszcze zechcą?


Z dziennika Jamesa Pottera
- Usnął – stwierdziłem z ulgą. Harry’emu w końcu przeszła kolka i grzecznie poszedł spać.
- Cudownie – odparła Lily – Mamy czas, żeby spokojnie porozmawiać – dodała poważnie, przymykając drzwi od pokoju Harry’ego.
- Co tylko zechcesz – powiedziałem nie spodziewając się tego co niedługo nastąpi…


- Widzisz James, ja wiem, że to pewnie nic takiego, ale… - zaczęłam, niespokojnie chodząc po salonie – Gdy byli u nas rodzice, twoja mama powiedziało coś, co od dłuższego czasu nie daje mi spokoju. James, jaką my ponieśliśmy stratę? – zapytałam, patrząc mężowi prosto w oczy.
I w momencie, w którym zadałam to pytanie, już wiedziałam, że nic nie będzie takie jak dawniej.


Z dziennika James Pottera
Czułem, że ten moment kiedyś nadejdzie. W końcu kłamstwo ma krótkie nogi. Nie miałem do matki pretensji o to, że jej się coś wymsknęło. Powinienem być odważny i powiedzieć Lily, co się stało.
- Lily, pamiętasz wakacje w Hiszpanii? – zapytałem i spojrzałem na poważną rudowłosą.
- Oczywiście, że tak, było świetnie – odparła – Ale co to ma do rzeczy?
- Widzisz Lily, wtedy stało się coś cudownego… Ale trwało to tak krótko.
- James, możesz nie mówić zagadkami? – zapytała Lily, siadając obok mnie na kanapie – Co się stało?
- Byłaś w ciąży, Lily – odparłem, szybko odwracając wzrok od zszokowanej miny żony.


- Jak to? Jak to, byłam w ciąży? – zapytałam. W głowie miałam milion myśli i pytań. Jedna myśl była najgorsza, jeżeli byłam w ciąży, a dziecka nie ma, to…
- Straciłam dziecko?! – zapytałam, wyrywając rękę z mocnego uścisku Jamesa – Czemu nic nie pamiętam? James, co ty zrobiłeś?
Spojrzałam w oczy bruneta.
- Wy… Wymazałeś mi pamięć? – zapytałam zszokowana, w końcu pojmując. Strata. Boże, jak mogłam być tak głupia?
- Lily, ja… Lily, chciałem dobrze! – zawołał James, gdy czując napływające do oczu łzy, rzuciłam się w kierunku schodów.
Musiałam to przemyśleć. Sama.


Z dziennika Jamesa Pottera
Usiadłem ciężko na kanapie i usłyszałem głośne trzaśnięcie drzwiami. Zapewne powinienem biec za Lily, dobijać się do drzwi i próbować jej wszystko wyjaśnić. Jednak znałem żonę i wiedziałem, że powinna to przemyśleć.
Bałem się jedynie tego, że znowu pogrąży się w apatii.


Siedziałam na łóżku i próbowałam sobie cokolwiek przypomnieć. Nie mogłam, ktoś kto rzucił zaklęcie, był naprawdę dobry.
- Straciłam dziecko – wyszeptałam. W którym byłam miesiącu ciąży? Jak to się stało? Czemu je straciłam? Czemu James zdecydował się na wymazanie mi pamięci?
- Znasz siebie, na pewno się załamałaś – powiedziałam, spoglądając na swoją bladą twarz w lusterku – A on nie chciał cię stracić, to James…
I w tym momencie spłynął na mnie spokój.
Już wiedziałam, co powinnam zrobić…


Z dziennika Jamesa Pottera
- James – usłyszałem. Spojrzałem na schody, na których stała Lily – Musimy porozmawiać…
Kiwnąłem głową i wstałem z kanapy. Czemu złe wiadomości lepiej przyjmować na stojąco? I czemu miałem pewność, że będą złe?
- James, to co się stało… Nie cofniemy czasu. Ale pokazałeś się z zupełnie innej strony. Jestem tym przerażona. James, musimy się rozstać…


***

;)