czwartek, 2 października 2014

Rozdział 18 Kac morderca i jego ofiary



Wena wróciła! W nocy napisałam dwa rozdziały, także jest dobrze :) Nawet wpadłam na pomysł nowego opowiadania, ale co z tego wyjdzie, to się zobaczy. Więc dodaję nową część, która zmienia wszystko.



1 stycznia 1978 roku zaczął się dla nas już o 11. Właściwie, niby to przedpołudnie, ale dla mnie to było mega wcześnie rano. O tej nieludzkiej porze, obudził nas Remus. Serio kiedyś twierdziłam, że go lubię? To już tak nie jest.
- Na Merlina i Morganę, co on wyprawia? – powiedziałam szeptem. Bo Remus chodził po pokojach, otwierał drzwi z hukiem i krzyczał, że mamy wstawać i sprzątać.
- Nie mam zielonego pojęcia – odparł James, zakładając okulary i wstając z łóżka. Ale czemu ja widzę jego goły tyłek?
- James, hm, weź się zakryj, co? – zaproponowałam zakrywając sobie oczy. Niby bardzo przyjemny widok, ale ugh, nie gdy czuję mega ból głowy, suchość w ustach i mam kaca-giganta.
Rogacz ubrał się w jakieś spodnie i wtedy zdecydowałam, że ja też wstanę. Może znajdę wodę i jakieś tabletki? Albo jakiś odpowiedni eliksir?  Tylko, czy ktoś już wymyślił eliksir na kaca? Hm, a teraz poważniejsze pytanie, czemu jestem bez kiecki? Pamiętam, że kładłam się w sukience!
- Czy ty mnie rozebrałeś? – zapytałam podejrzliwym tonem, zaglądając głębiej pod kołdrę. Uff, dół jest. W sensie, majtki. I stanik. OK., nie ma paniki.
- Chyba tak – odparł J i poszedł do łazienki. Pod prysznic. Hej, ja też chcę!
- Czekaj na mnie! – wydarłam się i wleciałam do kibelka.

Gdy już wyglądaliśmy jak ludzie, a nie dziki wiewiór i łoś, nie chwila, jeleń, mogliśmy wyjść z pokoju.
- Wow – skomentował James. A cóż, było co komentować. Gdy otworzyliśmy drzwi to po pierwsze poczuliśmy dziwny zapach. Zapach alkoholu, nieprzewietrzonego pomieszczenia i czegoś obrzydliwego… Skarpety Syriusza! Ugh! Leżały smętnie rzucone pod drzwiami do pokoju Doriuszowego. Ale to nie było najgorsze. Wszędzie panował okropny bałagan. Butelki, plastikowe kubki, jakieś okruchy, podziurawione balony, porozrywane serpentyny i inne ozdoby, to wszystko leżało na podłodze. Nawet nie było widać dywanu.
- Kto jest dobry z zaklęć typowo domowych? – zapytała Dorcas, patrząc na mnie z nadzieją.
- Jestem w tym beznadziejna – odparłam – A ty James?
- Nie wiem, przekonajmy się. Chłoszczyśc! – powiedział i dobra, może nie było efektu WOW, ale wyglądało to trochę lepiej. Śmieci zleciały na dół, dywan wyglądał jak odkurzony, no nieźle.
- Spoko – powiedziała Dor i skierowała się na dół. Poszliśmy za brunetką, do naszego małego pochodu dołączył Syriusz z Remusem. Jednak parter był totalną porażką. Wszędzie, po prostu na każdym meblu leżał jakiś śmieć. I śmierdziało, chyba piwo się gdzieś wylało, bo po prostu okropny fetor był.
- Od razu lepiej – powiedziałam, gdy pootwierałam wszystkie okna. No i wzięliśmy się do roboty. Już ustaliliśmy, że nikt oprócz Mary nie jest dobry w zaklęciach domowych. Niestety blondynka dopiero się zwlekła z łóżka i nie była w stanie zejść na dół, to zabraliśmy się do pracy niczym mugole.
- Chyba poćwiczę te zaklęcia, jestem wymęczona tym szorowaniem – powiedziała brunetka. Myłyśmy blaty w kuchni, a chłopcy zbierali do toreb na śmieci, hm śmieci. Ooo i nawet Peter w końcu się dołączył. Także, sprzątanie poszło nam w miarę szybko, a gdy doszła Mary to już w ogóle w ekspresowym tempie.
- O której mamy pociąg? – zapytał Syriusz. Tak, muszę powiedzieć, że nie wiem kto to wymyślił, ale właśnie dzisiaj odjeżdża pociąg do szkoły! Na szczęście, nie jak zwykle o godzinie 11. Chyba.
- O 16 – odparła markotna Mary. Nie dziwię się, już usłyszałam co wyprawiała. Kto by się tego spodziewał po blondynce? Na pewno nie ja!
- Mamy dwie godziny, zjedzmy, spakujmy się i teleportujemy się na dworzec – zarządził James. Chociaż nie wiem czy to dobry pomysł, teleportować się z bagażami, ale chyba wolę to, niż ponowną jazdę Błędnym Rycerzem.
Więc zjedliśmy, spakowaliśmy się(chociaż sukienki szukałam dobre pół godziny i uwaga, znalazłam ją dopiero pod łóżkiem) i opuściliśmy dom. Jak to miło brzmi, tak swoją drogą. Zauważyłam, że dom Rogacza traktuję już jak swój własny. Może nawet bardziej niż dom rodziców? Niby mam tam swój pokój, ale niedużo mnie z nim łączy.
- Teleportujemy się dwójkami, uważajcie, żeby nikt was nie przyłapał – powiedział Remus, chociaż on teleportował się z Mary i Peterem, także dwoma dwójkami i jedną trójką. 
Tak, lubię być dokładna. Po złapaniu Rogacza i upewnieniu się, że trzymamy bagaże, przenieśliśmy się w jakiś zaułek obok dworca King's Cross.
- Nienawidzę tego uczucia – powiedział J, niestety musiałam się z nim zgodzić. Teleportacja nie jest fajna. No, ale nic, skierowaliśmy się na peron 9¾, na którym było nawet całkiem sporo uczniów. I wszyscy wyglądali nieciekawie, cóż kac, jak widać nie tylko nas męczył. Oczywiście mówię o tych starszych uczniach, młodziaki latały jak szalone i darły się jak, nawet nie mam porównania! Mój mózg nadal nie pracuje…
- Zajmijmy przedział – zaproponował Syriusz. Chyba całkiem nieźle się czuł, bo reszta tylko snuła się wokół i co chwila pociągała z butelek mineralną.
- Idę spać – zapowiedziałam, gdy w końcu znaleźliśmy coś wolnego, niezbyt blisko rozwrzeszczanych pierwszaków, oraz blisko przedziału Prefektów, w końcu Mary z Remusem będą między tymi miejscami krążyć. I jak powiedziałam, tak zrobiłam. A mówiąc zrobiłam, mam na myśli poduszkę z rogaczowych kolan. Chociaż są dosyć kościste, podłożyłam sobie dodatkowo pod głowę złożony sweter i usnęłam.

Z różowego notesu Dorcas Meadowes
Czytałam sobie już po raz któryś urodowe porady w „Czarownicy”. Podróż strasznie mi się dłużyła, Lilka poszła spać, James chrapał, Mary z Remusem poszli na zwiady, czy jak oni to nazywają patrol, Peter gdzieś polazł, pewnie na poszukiwania pani ze słodyczami i co najdziwniejsze, Syriusz czytał książkę. Serio! Musiałam oczy przetrzeć, myślałam już, że mam jakieś kacowe zwidy. Ale nie, on czytał. I wszystko wskazywało na to, że mu się podobało to co czyta.
- Syriusz, co ty robisz? – zapytałam, gdy w końcu otrząsnęłam się z zamyślenia.
- Czytam – odparł jak gdyby nigdy nic – Dostałem tę książkę od taty Rudej, jest o motocyklach – dodał i spojrzał na mnie roziskrzonym wzrokiem. OK., to dziwne, ta książka działa na niego bardziej niż ja.
- Może pogramy w eksplodującego durnia? – zapytałam. Nie lubię tej gry, przegrana wiąże się z ochlapaniem cuchnącą mazią, ale czego się nie robi dla zwrócenia na siebie uwagi, takiego ciacha, jakim niewątpliwie jest Łapa.
- Później czekoladko, chcę dokończyć rozdział o hamulcach – odpowiedział, co mnie trochę zdziwiło. Przecież Syriusz uwielbia tę grę! Zawsze cieszy się jak małe dziecko, gdy wygrywa, a jak ja, albo Lily zostajemy oblane tym smrodem, to już w ogóle, jest w ekstazie! Kto mi podmienił chłopaka, na jakiegoś kujona motoryzacyjnego?! I gdzie składać zażalenia?
- A może porobimy coś ciekawszego? – zapytałam zalotnym głosem. Co jak co, ale wyrywać ciacha to ja umiem. I teraz nie mówię o tych z cukierni!
- Dorciku, przecież mówię, że czytam – powiedział Syriusz, nawet nie odrywając wzroku od tekstu książki. Dziad z niego, tyle powiem!!
- To se czytaj, buraku – wyburczałam i trzaskając drzwiami przedziału, po prostu z niego wyszłam. Może spotkam kogoś znajomego? I tak wędrowałam sobie żwawo, w poszukiwaniu znajomych, lub pani od słodyczy, musiałam w końcu uzupełnić cukier. Także, jak ją w końcu przydybałam kupiłam sobie dwie czekolady z bakaliami i jedną z toffi. Wiem, że to totalnie nieistotne dla kogoś, ale dla mnie czekolada to spory kawał życia. Towarzyszyła mi w każdych miłych chwilach, także darzę ją specjalną atencją. No, nieważne.
Szłam sobie dalej po pociągu, co chwilę robiąc dużego gryza, gdy zdałam sobie sprawę, że jestem w nie fajnym miejscu. Albowiem w wagonie zajętym w większości przez Ślizgonów. Pomyślałam, że cichaczem prześlizgnę się dalej, ale zobaczyłam coś, przez co byłam w małym szoku. Peter Pettigrew siedział sobie w najlepsze, z bratem Syriusza, oraz jakimiś innymi Ślizgonami z 6 roku. Tylko, co Peter z nimi robi?!
- Rozumiem, że niczego się nie domyślają? – powiedział jakiś brunet – Wykonujesz dobrą robotę dla Czarnego Pana, Pettigrew.
- Dz-dziękuję – wypiszczał chłopak – Staram się.
- Myślałem, że mój braciszek jest mądrzejszy – powiedział Regulus – Jednak musi ci bardzo ufać, jeżeli cię nie podejrzewa – dodał.
- Wcale nie jest taki mądry, na jakiego się kreuje – odparł Peter – James dostał list od rodziców, twierdzi że wrócą z misji do końca roku szkolnego – dodał zmieniając temat.
- Ciekawe – powiedział któryś Ślizgon – A co wiesz o rudej szlamie?
- Jest z Potterem. Byli u niej na Święta. Jej rodzice są nadziani, ostatnio podobno pogodziła się ze swoją mugolską siostrą, która jest w ciąży.
- Być może zostanie to wykorzystane. A teraz spadaj stąd – powiedział Regulus, na co postanowiłam się w ekspresowym tempie ewakuować. Biegnąc przez pociąg układałam sobie wszystko w głowie. I nadal nie mogłam uwierzyć w to co usłyszałam!
Muszę ostrzec chłopaków – pomyślałam i wkroczyłam do naszego przedziału. W którym już wszyscy byli.
- Collportus – wyszeptałam – Muffliato – rzuciłam na drzwi i zasłoniłam szybki zasłonkami.
- Dorcas? Co jest? – zapytała Mary. Odwróciłam się do przyjaciół i nie wiedziałam co powiedzieć. Bo jak wyznać komuś, że osoba której się ufa, która jest przyjacielem, tak naprawdę jest podłym szczurem i zdrajcą. No jak?!
- Muszę wam coś powiedzieć – zaczęłam – poszłam poszukać pani ze słodyczami i byłam świadkiem pewnej rozmowy.
- Podsłuchiwałaś kogoś? Dorcas, tak nie można! – powiedziała Lily. Och, Lil, gdybyś tylko wiedziała!
- Byłam w wagonie Ślizgonów, Peter jest ich szpiegiem – wyszeptałam patrząc na ich zszokowane twarze. Wiedziałam, że mi nie uwierzą!
- Dor, co ty mówisz? Peter miał iść do toalety i po picie, musiało ci się coś przewidzieć – powiedział Remus.
- Wiem co widziałam i co słyszałam! Peter siedział z twoim bratem, Syriuszu i paroma innymi Ślizgonami. Chwalili go za jakieś przekazane informacje, wypytywali o Lily, zdradził też, że James dostał list od rodziców! Powiedział, że siostra Lily jest w ciąży! On nas zdradził – wyszeptałam i opadłam na wolne siedzenie.
- Moim bratem? – powiedział nieprzytomnie Syriusz.
- Powiedział o mojej siostrze? – zapytała Lily z lękiem w oczach.
- Przecież ja mu nic nie mówiłem o liście. Mówiliście mu? – spytał James, na co wszyscy, zgodnie stwierdzili, że o tym nie rozmawiali z Glizdogonem.
- Myślicie, że przeszukał nasz pokój? – powiedziała Lily spoglądając na nasze twarze.
- Nie mam pojęcia. Tylko pytanie co teraz? Mamy go wydać? A może lepiej obserwować? – rozmyślał Remus.
- A może podrzucajmy mu nieprawdziwe informacje? – zaproponowałam – Traktujmy go jak zwykle, obserwujmy, może dowiemy się z kim działa? To w końcu poplecznicy Sami-Wiecie-Kogo, możemy ich wystawić Dumbledorowi!
- Myślę, że to dobry pomysł – powiedział Syriusz, po czym wstał i zdjął zaklęcia z przedziału - Jeżeli tu przyjdzie to zachowujcie się normalnie, chociaż przysięgam, że zatłukę go jak gnoma, jeżeli tylko znajdzie się odpowiedni moment.
Dalsza podróż minęła nam w ciszy. Każdy siedział zamyślony. Mogę tylko się domyślać o czym myśleli moi przyjaciele. Lily, jestem tego pewna, myślała o swojej bezbronnej wobec czarodziei rodzinie, James o bezpieczeństwie swoich rodziców, Syriusz o swoim bracie, który jednak przeszedł na ciemną stronę, a Mary z Remusem o zdradzie naszego „przyjaciela”. Gdy do przedziału wrócił Peter, atmosfera zgęstniała. Po prostu czułam, że najchętniej Łapa rzuciłby się z pięściami na Pettigrew i stłukł go na kwaśne jabłko. Trzymałam ostrzegawczo rękę na jego kolanie i po raz pierwszy w życiu modliłam się do jakiegoś bóstwa, Boga, Allacha, czy innego bóstwa, żeby tylko ta podróż jak najszybciej się skończyła.


Właściwie całym ciężarem ciała opierałam się na Jamesie. Po powrocie Glizdogona do przedziału, zrobiło się strasznie. Zaległa nienaturalna cisza, każdy niby zajmował się sobą, ale co chwilę ktoś rzucał spojrzenia na Petera. Patrzyłam tylko jak James zaciskał pięści, gdy spozierał w kierunku blondyna.
- James – wyszeptałam, na co chłopak rozprostował palce i trochę się rozluźnił.
- Chyba niedługo dojedziemy – powiedziała Mary spoglądając za okno. Było już po 23, a my w końcu dojeżdżaliśmy do stacji w Hogsmeade. Założyliśmy tylko kurtki, nie było sensu przebierać się w szkolne szaty i po zatrzymaniu się pociągu wyszliśmy na zasypany śniegiem peron.
- Musimy się zając młodszymi uczniami, jedźcie bez nas – powiedział Remus. Poszliśmy w piątkę do powozów.
- I jak ci minęły Święta, Peter? – zapytałam, właściwie na imprezie w ogóle nie gadaliśmy.
- Jak zwykle świetnie, mam w bagażu ciasta, mama dla was zapakowała – odpowiedział Glizdogon, a ja zaczęłam się zastanawiać kiedy przestał być naszym przyjacielem. Właściwie, bardziej przyjacielem Huncwotów, dla mnie zawsze Peter był tylko kolegą.
- To miło z jej strony – powiedziała Dorcas.
- Baardzo miło – dodał sarkastycznie Syriusz. Właśnie tego się obawiałam, temperamentu Jamesa i Syriusza!
- A jak było u was? – spytał grzecznie Pettigrew.
- Właśnie rodzice szykują się do przeprowadzki – powiedziałam, właściwie wymyślając na poczekaniu.
- Tak? Już coś kupili, czy to dopiero plany? – hm, nigdy nie zauważyłam, ale rzeczywiście, Peter często tak nas przepytywał. Zawsze myślałam, że to tylko takie grzecznościowe wypytywanie, ale teraz!
- Jeszcze nic nie kupili – odparłam, spoglądając z niepokojem na Jamesa.
- Planują przenieść się w okolice zamieszkane przez czarodziei – powiedział J. – Może gdzieś niedaleko nas – dodał po chwilowym namyśle.
- Dojechaliśmy – obwieścił Black, jakimś niepokojącym tonem.
Gdy już pozbieraliśmy wszystkie nasze bagaże, skierowaliśmy się na siódme piętro.
- Nowe hasło: Szczerość! – wykrzyknął Remus do tłumu kłębiącego się przed portretem Grubej Damy.
Taak i to by było dobre podsumowanie tego dnia. Szczerość jest tak ważna i potrzebna! Szkoda, że ktoś nie przestrzegł etosu przyjaźni.
I został zwykłym zdrajcą.

środa, 1 października 2014

Rozdział 17 Sylwester


Maasakra, na nic ostatnio nie mam czasu, pisanie rozdziału 21 wlecze się, uch, weno wróć! No nic, dodaję rozdział Sylwestrowy i dziękuję za komentarze, mam dziwne wrażenie, że tylko dwie osoby czytają to opowiadanie, ale spoko, postanowiłam, że w końcu jakieś skończę, więc nawet jeżeli nikt by nie czytał moich wypocin, nie poddam się :)


- Dorcas, szybciej, nie wyżeraj chipsów, tylko je wykładaj! – zawołała Mary tragicznym głosem, po czym przywaliła brunetce między łopatki. Chyba miało być lekko, ale tak nie wyszło. Dorcas zakrztusiła się chipsem, przez co dzielny rycerz Black zaczął ją ratować. Już chciał robić jej usta-usta, ale w końcu nasz dziki łoś odkaszlnął i wrócił do swojej roboty czyli wykładania jedzenia, na jakże kulturalne naczynia - czytaj papierowe talerzyki. Robimy imprezę w stylu „hamerykańskim”, papierowe talerze, plastikowe czerwone kubki na napoje, sztućce, a jakże, też plastikowe. Plastik is fantastik, jak to mówią znawcy tematu. Ale dobra, pewnie się zastanawiacie czemu Mary krzyczy na Dorcas i ją bije, oraz czemu wszyscy latamy jak koty z pełnymi pęcherzami po całym domu.
Już tłumaczę, jak zwykle postawiliśmy wszyscy na swój odpowiedni i odpicowany wygląd zewnętrzny, co zarówno nam dziewczynom, jak i chłopcom zajęło sporo czasu, także na ostatnią chwilę wszystko wykładaliśmy, szykowaliśmy i poprawialiśmy. Nie wiem jak to się stało, ale nam wyszło. Na 19 wszystko było gotowe, wyglądało po „hamerykańsku” i ogólnie było fajnie. Po chwili dało się słyszeć świergotliwy dzwonek do drzwi.
- Peter, brachu! – zawołał Syriusz, waląc wspomnianego osobnika po plecach. Jakże męskie przywitanie! Gdy Peter przekroczył próg domu i ze wszystkimi się przywitał, znowu zadzwonił dzwonek.
- Alicja! Frank! – zawołałam, po czym rzuciłam się na tę dwójkę, wyczekiwanych przeze mnie osób. Frank z Alicją skończyli Hogwart w zeszłym roku i z tego co wiem, to Frank zapisał się na kurs Aurorski, a Alicja pracowała w Ministerstwie, na jakiejś niewysokiej posadzie. No, ale od razu Ministrem Magii się nie zostaje, prawda?
- Co u was? Ale się stęskniłam! – powiedziałam ściskając ich.
- Lily, podusisz nas – odparł Alicja, na co wszyscy się zaśmialiśmy. Po chwili znowu dało się słyszeć ten irytujący dzwonek. Chyba trzeba będzie zmienić jego sygnał. Okazało się, że przyszła spora grupka osób, parę z Gryffindoru, Ravenclawu oraz dwójka z Hufflepuffu. No cóż, nie znajdziecie tu nikogo ze Slytherinu, w końcu nikt nie chce sobie psuć humoru w taką noc. Także, drzwi co chwilę się otwierały, co chwilę ktoś dochodził i zrobił się niezły tłum, który utrudniał mi znalezienie mego osobistego Jelenia. Gdy już przeszłam po całym dole, skierowałam się do ostatniego pomieszczenia znajdującego się na parterze, a mianowicie do kuchni. I oczywiście tam znajdował się mój luby, który popijał na czas Ognistą Whisky dopingowany przez niezły tłumek gapiów, drących się:
- James! James! James!
Niestety musiałam wkroczyć do akcji.
- Dobra, koniec zabawy – powiedziałam i odciągnęłam go pod schody.
- Co ty wyprawiasz? – zapytałam sycząc i prawie, że plując jadem. A to nowość, jadowita wiewiórka!
- Lil, bawię się – odparł J próbując ustać w pionie. A dopiero była 21!
- Na Merlina, James, jesteś pijany jak ten menel spod sklepu Alkohole 24! – wykrzyknęłam, bo muzyka nieźle dudniła. Zresztą byłam wściekła.
- Nie przesaaadzaj – wycharczał mi, zapewne myśląc, że jest seksownym Misterem Magików.
- Na górę, ale już! – zawołałam, próbując przekrzyczeć muzykę i pociągnęłam go do naszej sypialni. Przeprawa przez schody była trudna i żmudna, ale czego się nie robi dla ukochanej osoby? I pijanej jak bela.
- Leż – powiedziałam i poszłam do łazienki poszukać odpowiedniego eliksiru.
- Lily, wiedziałem, że cię niezmiernie pociągam, ale mamy gości – powiedział idiotyczne poczochrany kretyn, przysuwając się do mnie i kładąc mi ręce na biodrach.
- Wypij to – powiedziałam i patrzyłam jak podczas picia porusza się jego jabłko Adama.
- Ale obrzydliwe. Co to? – zapytał drapiąc się po tej swojej bezmózgiej głowie.
- Eliksir na pijaństwo, pacanie – odpowiedziałam i sama nie wiem czemu łzy stanęły mi w oczach – Jesteś zwykłym palantem, Jamesie Potter! – powiedziałam i żałośnie pociągnęłam nosem.
- Lily? – wyszeptał – Lily, przepraszam, wiem, jestem kretynem – dodał, co trochę polepszyło mi humor. Ale nadal sobie cicho chlipałam, tylko że teraz w rogaczową koszulę.
- Już nic nie wypiję, obiecuję, tylko nie becz – powiedział, gładząc mnie swoją wielką łapą po plecach i słuchając jak czkam. Merlinie, jaki obciach. Poklepałam Jamesa po ramieniu, poprawiłam makijaż, na tyle na ile się dało i powiedziałam:
- Jak tylko cię przyłapię z jakimś alkoholem, to to będzie twój koniec – po czym pociągnęłam go na dół, żeby w końcu razem potańczyć.

Z różowego notesu Dorcas Meadowes
Szalałam sobie w rytm piosenki „Zdechła mi mysz, o ja biedna”, gdy poczułam ręce na talii.
- Witaj boska czekoladko – wyszeptał mi Syriusz do ucha, przez co po całym ciele przeszły mi dreszcze. Co jak co, ale jak chce to potrafi być seksowny. Odwróciłam się, żeby stać, a raczej tańczyć z Łapą face to face, w końcu mój przód prezentuje się lepiej niż tył. A przynajmniej ja tak uważam. Bo chyba faceci wolą cycki, niż tyłki? Hm, ciekawe zagadnienie.
- Black, wolisz cycki, czy tyłek? – zapytałam drąc się, żeby przekrzyczeć muzykę.
- Co to za pytanie? – odkrzyknął stalowooki – Lubię to i to, a szczególnie jeżeli mówimy o twoich częściach ciała!
No, to mam odpowiedz.
- Napijmy się! – zawołałam i klucząc między roztańczonym i rozwydrzonym tłumem gości, skierowaliśmy swoje kroki do kuchni. Która była w okropnym stanie. Normalnie Sodoma i Gomora. Stajnie Augiasza. Masakra. Taa, kuchnia była zaświniona, a dookoła stał tłumek krzycząc: „James! James! James!” i dopingując chlającego na umór bruneta. Ooo, to się Lilka wkurzy. Ha, chyba zostanę jasnowidzem, właśnie wyciągnęła go z pomieszczenia i gdzieś zaciągnęła.
- Madame, twój drink „Nocna kobra” – powiedział Syriusz podając mi dziwnie gulgający czerwony kubek z czarnym płynem.
- Co to jest? – zapytałam oglądając i wąchając ten dziwny napój.
- Ta mugolska cola z Ognistą – odparł Łapa – Ja wymyśliłem nazwę – dodał dumny z siebie. Zresztą jak zwykle, jakiej głupoty nie wymyśli, jest z siebie dumny.
- Dzięki – i wypiłam łyk. Okazało się, że jest całkiem niezły i chyba szybko uderzał do głowy, bo powiedziałam do chłopaka – Poszukajmy sobie zacisznego miejsca.
Syriusz trochę się zdziwił, bo niby jak w domu pełnym ludzi, można znaleźć zaciszne miejsce, ale przezornie zamknęłam zaklęciem naszą sypialnię tak, że tylko my mogliśmy do niej wejść. Co w pewnym sensie było moim zabezpieczeniem, gdyby Black schlał się jak dzika świnia i chciałby tam zaciągnąć kogoś innego niż mnie. Nie no, to nie jest tak, że mu nie ufam, ja nie ufam tej reszcie odsztafirowanych panienek, które tak lubią się do niego kleić.
- Dorcas, co ty… - wyszeptał, gdy przerwało mu moje wpicie się w te jego pełne usta. Jak to jest, że on ma większe usta ode mnie? To jest totalnie nie fair, ja protestuję! No ale nic, skupmy się na całowaniu. A całowanie się z czarnowłosym jest mega fajne, pewnie dlatego, że ma duże doświadczenie w tym temacie, ale oczywiście nie większe ode mnie. W sensie, nie jestem puszczalską, w naszym związku, totalnie to Black jest panem rozwiązłym. Może tak dla pewności, powinnam go przepytać, ile miał partnerek seksualnych? W końcu nie chciałabym się zarazić jakimś syfem, niby Black to Pan Seksowny, ale co z tego jak dostanę jakąś Magiczną Kiłę, czy inne choróbsko. Och, znowu moje przemyślenia, wyłącz się mózgu.
- Łapo, ty seksowny zwierzu – wyszeptałam mu do ucha, po czym podrapałam pana Łapę po plecach.
- Ooo, tak mi rób… O cholera, Dorcas, jesteś niewiarygodna! Ochhh!! – aha, dobrze wiedzieć, że drapanie po plecach tak na niego działa…

Z dziennika kujona Mary McDonald
Szliśmy sobie z Remusem z powrotem na dół, niestety musiałam zmienić bluzkę, bo Remus, jako lekka ciamajda oblał mnie ponczem. Oczywiście bardzo przepraszał, ale to była moja ulubiona bluzka… I wtedy, przechodząc obok sypialni Doriuszowej  usłyszeliśmy:
- Ooo, tak mi rób… O cholera, Dorcas, jesteś niewiarygodna! Ochhh!!...
Wow, wolę nie wiedzieć, co te okrzyki oznaczają. I co Dorcas tam wyrabia.
- Syriusz jest niewyżyty – skomentował to Remus uśmiechając się.
- Też mi się tak wydaje – odparłam podtrzymując rozmowę. Nadal byłam trochę zła o tę koszulkę, ale dobra, potem wypłuczę ją w Magix’ie to pewnie zejdą plamy.
Zeszliśmy na dół i już chciałam wyciągnąć Remusa na „parkiet”, gdy został gdzieś porwany przez rozemocjonowanego Petera. Skwitowałam to tylko grymasem i poszłam poszukać kogoś znajomego. Może powiem tak, bliższego znajomego, w końcu większość ludzi znam z widzenia, ale jednak prawie z nimi nie gadam. Można powiedzieć, że to znajomi Huncwotów, oraz ludzie którzy nie mieli innych planów i doczepili się do naszych. Co właściwie niezbyt mi się podobało, bo wolę ciszę, spokój, ludzi których długo znam. Ale dobra, widzę Alicję!
- Heej! – zawołała Alicja  i rzuciła mi się na szyję. Chyba już miała nieźle w czubie – Ze mną się nie napijesz? Pij! – zawołała i wręczyła mi niemały kubek z Ognistą.
- Jednak wolę nasze alkohole, te mugolskie są jakieś dziwne – dodała, po czym zdrowo pociągnęła z butelki mugolskie wino. Czyli wychodzi na to, że jest tak pijana, że nie wie co pije. Świetne towarzystwo.
- Pij, Mary! – zawołała, po czym przystawiłam kubek do ust. Zabrzmiało to jak rozkaz, także po prostu jej posłuchałam…
23:00
- Mary! Mary! Mary! – skandował tłum, a ja dziko rechocząc stałam na stole w salonie razem z Alicją i tańcząc robiłyśmy striptiz. Było całkiem fajnie. Wtedy.
- Uhuuuu!! Dajecie! – wrzeszczeli jacyś faceci. W ogóle, kim oni są?
- Mary! – zawołał znajomy głos, po czym zostałam ściągnięta ze stołu – Co ty wyprawiasz?!
- Ze mną się… chik!... nie napijesz?! – wycharczałam, do tego kogoś, kto prowadził mnie nie wiem gdzie i nie wiem po co – Dziee idziemy? Na dole jest…chik!.... impręzka – dodałam przytomnie.
- Chyba już masz dość imprezek – odparł ten ktoś. Kto to jest?
- Kim jesteś? – zapytałam, próbując coś zobaczyć, coś innego niż sufit. Czemu widzę sufit?
- Już nawet własnego chłopaka nie poznajesz? – odparł, hm, mój chłopak. To ja mam chłopaka? Ale dobra, w końcu gdy rzucił mnie na łóżko, ujrzałam go. Nawet nie brzydki.
- Chcesz ten-teges-śmeges? – zapytałam rozciągając się na łóżku i przeciągając. Ha, seksowna Mary!
- Jesteś pijana. Śpij – powiedział głos, wzdychając żałośnie.
- Ale ze mną się nie napijesz? – wyszeptałam. I urwał mi się film.


Było już przed godziną zero, czyli około 23:45. Na dole zgromadził się niezły tłum, właściwie większość uczniów Hogwartu, którzy wrócili na Święta do domów, oczywiście od 5 rocznika wzwyż. Znaleźliśmy z Rogaczem resztę naszej paczki przed domem, z szampanami w dłoniach. Chłopcy ustawiali fajerwerki i te ich inne bajery, a my z Dorcas kuliłyśmy się pod jedną kurtką.
- Gdzie jest Mary? – zapytałam przechodzącego obok nas Remusa.
- Odpadła, śpi na górze – powiedział po czym poszedł poprawić ten ich sprzęt. Peter poszedł zwoływać ludzi przed dom, a do mnie przyszedł mój osobisty piecyk, James.
- Wchodź tutaj – powiedział i rozchylił swoją kurtkę. I po chwili staliśmy razem zasunięci, zresztą nie wiem jakim cudem się zmieściliśmy, w cieplutkim kurtkowym kokonie.
- Są już wszyscy?!? – wydarł się Black – Ludzie, zaczynamy odliczanie!
- 10… 9…8….7….6…5…4…3….2…1!! Szczęśliwego Nowego Roku 1978!!
I zaczęło się istne szaleństwo! Korki od szampana strzelały ze wszystkich stron, szampan lał się do kieliszków, kubków, czy innych naczyń strumieniami, wszyscy się ściskali, składali sobie życzenia, oraz zostały odpalone te wszystkie wyrzutnie, fajerwerki i inne bajery. Nocne niebo rozświetliło się feerią barw i kształtów. Powiem tak, Huncwoci stworzyli coś pięknego.
- Szczęśliwego Nowego Roku, Lily – powiedział J, delikatnie mnie całując.
- Nawzajem, James – odparłam mocno przytulając się do chłopaka.
- Myślę, że ten będzie najlepszy – dodał brunet i wciągnął mnie do ciepłego domu, znowu pełnego ludzi.

 Z różowego notesu Dorcas Meadowes
- 3…2…1… Szczęśliwego Nowego Roku 1978!! – wydarł się Syriusz do tłumu.
- Szczęśliwego, Meadowes, żebyś zawsze była taka śliczna, czekoladko! – wydarł się teraz do mnie i mocno mnie pocałował.
- Również, Black – odparłam, po czym jeszcze mocniej go pocałowałam, żeby zaakcentować swoją dominację. Taak, Syriusz lubi takie klimaty – Chodź do Jeleniowatych.

Z dziennika kujona Mary McDonald
Chrapałam sobie przyjemnie, gdy obudził mnie wrzask Syriusza:
- 3…2…1… Szczęśliwego Nowego Roku 1978!!
Super, już nowy rok, a ja leżę pijana. I kręci mi się w głowie. Oo, ktoś o mnie pamięta!
- Mary, śpisz?
- Nie – wyszeptałam, ha, chciałabym wyszeptać. Wycharczałam.
- Szczęśliwego Nowego Roku – powiedział Remus i pocałował mnie delikatnie. Ech, Remusie!!
- Chyba jestem pijana – wydusiłam z siebie.
- I to bardzo – powiedział blondyn – Zejdę na dół i ich przypilnuję. Śpij, to może będziesz miała mniejszego kaca.
I jak powiedział, tak zrobiłam, poszłam spać.


Gdzieś koło 4 nad ranem większość gości ewakuowała się. Powiem tyle, uff! To był najwspanialszy Sylwester w moim dotychczasowym życiu. Nigdy się tyle nie natańczyłam, nie naśmiałam i nie upiłam jak wtedy.
Siedziałyśmy sobie z Dorcas, właściwie prawie na sobie leżąc (Dor nawet już chrapała) na kanapie w salonie. Leniwie toczyłam zamglonym wzrokiem po najbliższym otoczeniu i trochę do mojego pijanego umysłu dochodziło. Syf niewiarygodny. A trzeba będzie to sprzątnąć. Uchh.
- Chodź Lily do pokoju – powiedział brunet i właściwie zarzucił mnie sobie na ramię. Nawet nie wiedziałam, że jest taki silny!
- Spaaać – wyszeptałam do rogaczowego ucha i po chwili zostałam rzucona na łóżko, które pode mną zafalowało. Ugh.
- Śpimy – powiedział James, ściągając buty i trochę swojego odzienia, zdjął też moje szpilki(pewnie nie chciał zostać przez nie zadźgany) i cóż tak się skończył rok 1977.
Witaj 1978!