czwartek, 11 września 2014

Rozdział 8 Noc Duchów

Taki mały wstęp - chciałabym bardzo podziękować za komentarze. OK, nie ma ich wiele, ale nawet nie wiecie ile one dla mnie znaczą, także, wielkie dzięki!! Nadal jestem zdziwiona, że komuś chce się czytać te moje wypociny...
Zapraszam na rozdział 8, jak na razie najdłuższy ze wszystkich, 9 stron w Wordzie i ponad 3 tysiące słów :)





Październik minął mi błyskawicznie. Nasz związek już w nikim nie wzbudzał większych emocji. Wszyscy wiedzieli, że gdzie Evans, tam i Potter, oraz na odwrót. Muszę wam powiedzieć, że ostatnie dwa tygodnie były niesamowite! Ale może najpierw wróćmy do tego poranka, gdy po nocy spędzonej w Skrzydle Szpitalnym weszliśmy razem do Wieży Gryffindoru.


- Hasło? – zapytała niemrawym głosem Gruba Dama. Oho, chyba znowu zaszalała z mnichami z obrazu na trzecim piętrze. Zawsze wtedy jest skacowana.
- Ślicznotka – odpowiedział James patrząc na mnie. Gdy drzwi się otworzyły i przecisnęliśmy się do Pokoju Wspólnego, w którym jak zawsze w weekend słychać było podniesione rozmowy uczniów, pokrzykiwanie, śmiechy, no zwykłe niedzielne rozluźnienie, nagle zaległa cisza. Większość osób patrzyła na nasze złączone ręce z niedowierzaniem, lub nawet szokiem. Taak, nastał dzień, którego nikt z nich się nie spodziewał. Potter w końcu przekonał do siebie Evans.
- Omojboże, omójboże, wiedziałam! – zawołała Dorcas rzucając się na nas i przygniatając z całej siły. Kto by pomyślał, że taka nieduża osóbka, ma tyle siły!
- Wiedziałem co się święci, od momentu wtargnięcia Wiewióry kiedy się przebierałem! Najpierw pomyślałem, że chce pooglądać moje boskie ciało, no ale potem zrozumiałem, że jednak chodzi o Rogacz. Gratulacje stary! – taa, wywód Blacka niektórych rozbawił, ale mnie mało obchodził. Byłam wręcz zaślepiona szczęściem!
- No, dzięki – odpowiedział James próbując odczepić Dor od swojego ramienia. Idąc jakoś tak bokiem, jak jakiś dziwny krab – Black trzymał mnie za ramię, ja Jamesa za rękę, a Dor nadal była uwieszona na potterowym ramieniu, doszliśmy do kanapy. Sofa została oblężona przez naszych przyjaciół i nam został jeden, marny fotel. Rogacz usiadł na nim i wskazał mi swoje kolana. OK., raz się żyje!
- No, no, Lil, ktoś cię podmienił? – zapytała Mar widząc jak próbuję wygodnie umościć się na trochę kościstych nogach Rogacza.
- Możliwe – odparłam puszczając blondynce oko. Siedzieliśmy gadając kiedy Black zawołał:
- Och, weźcie, jestem za młody, żeby zostać wujkiem! – hm, James tylko lekko pogładził moje kolano. O ludzie, przecież przez spodnie!
- Ha, wujkiem mojego dziecka na pewno nie zostaniesz! Jesteś nieodpowiedzialny i zapewne byś je gdzieś zgubił, albo zrobił coś równie niepoważnego – powiedziałam gryząc ciastko. Znowu przytyję!
- Wiewióro, bez przesady – odparł Łapa – A co, pewnie już sobie wymyśliłaś imiona? – zapytał ironicznie się uśmiechając. Hm, nie spodziewałam się, że Black zna mnie tak dobrze. W odpowiedzi zarumieniłam się tylko i ukryłam twarz na rogaczowym ramieniu.
- No, powiedz, nie wstydź się – powiedział Remus zżerając ostatnie ciastko. Eh.
- Weźcie, nie widzicie, że Lily się wstydzi? – zapytał Rogacz. – Ale mi możesz powiedzieć – powiedział szeptem do mojego ucha.
- Dobra, jak już musicie wiedzieć podoba mi się Henry. Zdrobniale Harry, ok.? – powiedziałam próbując wziąć żelkę z paczki na kolanach Mary - A tak w ogóle to coś przegapiliśmy? – zapytałam wrzucając sobie smakołyk do ust, a drugą podając Jamesowi. Muszę go trochę podtuczyć, bo inaczej będę grubsza od niego. A to nie byłoby fajne…
- Tylko mała impreza z okazji wygranego meczu – odparł Remus jednocześnie pisząc chyba jakieś wypracowanie - Ale było spokojnie, bo nie miał kto towarzyszyć w wygłupach Łapie.
- Hej, ja próbowałam! – zawołała Dor i zwróciła się do Syriusza – Dolałam Ognistą do butelek piwa kremowego. Tak jak prosiłeś!
- Tak, Dorcas i spisałaś się wyśmienicie – powiedział Black i uśmiechnął się do brunetki.
- Niestety Łapo, ale chyba muszę cię rozczarować. Od teraz na imprezach James będzie się wygłupiał ze mną, a nie z tobą  - powiedziałam do Blacka pokazując mu język.
- Co? A z tobą to niby co będzie robił? – zapytał całkiem idiotycznie. Jego głupota czasem mnie przerażała.
- Gwarantuję Ci, nie będzie się nudził - odparłam i zwróciłam się do dziewczyn – Pamiętacie jak w ostatnie wakacje, zamiast na lekcje tańca brzucha trafiłyśmy na taniec na rurze?
Cóż miny chłopaków mogę skwitować jako zaskoczenie i hm, coś jeszcze.
- Ooo, ale było fajnie, nie Mar? – zapytała Dorcas wstając z sofy i tanecznym krokiem podchodząc do kominka – Pamiętacie jak Mary była podrywana przez instruktora? – zapytała Dor i zaczęła się śmiać z oburzonej miny Remusa.
- Instruktora? – zapytał James cały czas będąc zdziwionym – Chodziłaś w bieliźnie przed jakimś innym facetem? – zapytał zwracając się do mnie z groźną miną.
- Od razu w bieliźnie! W szortach i bluzce na ramiączka, przez koszulę pani Pomfrey było więcej widać – odpowiedziałam szczypiąc Rogacza w brzuch. Kurde, jak on to robi, że nie ma tam tłuszczu? Muszę zacząć robić brzuszki, bo jak kiedyś zobaczy moje brzuszysko to się przerazi. Koniec z ciastkami!
- Chciałbym to zobaczyć… – powiedział Black rozmarzonym tonem.
- Jestem pewna, że Dor chętnie udzieli Ci prywatnej lekcji u mnie w domu – powiedziałam po cichu śmiejąc się z min tej dwójki. Niby tacy bezpośredni, a kto się teraz rumieni? Ha, nie ja!
- To ja już nie mogę się doczekać przerwy świątecznej – powiedział James – Twój dom rysuje się jako bardzo ciekawe miejsce.
- Mama uważa, że w zdrowym ciele, zdrowy duch, czy jakoś tak to szło i tata urządził jej małą siłownię w pokoju przy garażu, a gdy dowiedziała się, że z dziewczynami trafiłyśmy na te zajęcia od razu sprawiła sobie swoją „prywatną” rurę – odpowiedziałam patrząc tęsknie na żelki pożerane przez Mary. Eh, dieta!
- No nic, idę pod prysznic – powiedziałam podnosząc się z kolan Rogacza po drodze czochrając włosy Blacka i wysłuchując jego głośnych jęków o długim układaniu fryzury.


Od tego dnia minęły już dwa tygodnie, a ja nadal chodziłam z głową w chmurach. Jutrzejsze lekcje zostały odwołane z powodu Nocy Duchów. Zazwyczaj jest to tylko trochę elegantsza kolacja połączona z występem wszystkich zamkowych duchów, jednak w tym roku dyrektor postanowił trochę zaszaleć i ogłosił, że odbędzie się bal. Osoby, które miały swoją drugą połówkę były zadowolone – nie musiały przejmować się brakiem partnera. Wiem, że Dorcas czaiła się na Syriusza, ale on jak zwykle był otoczony wianuszkiem dziewcząt. Mary, co mnie szczególnie nie zdziwiło, któregoś wieczoru gdy już uwolniłyśmy się od Huncwotów (dobra, ja uwolniłam się od Jamesa) powiedziała nam, że zaprosił ją Remus.
- Na dyżurze? – zapytała Dor niedowierzając. Zapewne spodziewała się rzucania na kolana, bukietu róż i co najmniej jednej bombonierki z czekoladkami.
- No tak – odparła Mar kładąc odznakę Prefekta na szafce nocnej – Wiecie, nie określił czy idziemy jako przyjaciele, czy ktoś więcej… - dodała zarumieniona.
Z całego serca kibicuję moim przyjaciółkom i mam nadzieję, że każda z nich odnajdzie miłość. A Mar i Remus doskonale wręcz do siebie pasują! Oboje są prefektami, uwielbiają czytać mugolskie kryminały, oboje nie lubią Eliksirów(chociaż tego nie rozumiem) i mają te wiecznie nieułożone blond włosy.
- A Dorciku, co z tobą? – zapytałam uważnie patrząc na brunetkę – Jak próba zaproszenia Blacka?
- Weeź, obok niego ciągle kręcą się jakieś lafiryndy!
- Z dobrego źródła wiem, że jeszcze żadnej nie zaprosił – powiedziałam. Chciałam coś dodać, jednak przerwało mi stukanie w szybę. Mary otworzyła okno i do dormitorium wleciał Paddington, puchacz Jamesa.
- Patrz, ma jakąś paczuszkę – powiedziała Dor i wskazała na nóżkę ptaka. Odwiązałam ją(paczuszkę, nie nogę) i sowa od razu wyleciała.
- Otwórz! – powiedziała Mary rozkazującym tonem.
Z paczki na moje kolana wypadła delikatna bransoletka z przywieszkami i małym rulonikiem pergaminu.
Pójdziesz ze mną na bal?
J.P
- To on jeszcze nie zaprosił cię na bal? – zapytała zniesmaczona Dor.
- Myślałam, że to oczywiste, że idziemy razem. Zaraz wracam! – zawołałam ściskając w ręku bransoletkę i biegiem kierując się w stronę pokoju Huncwotów. Zapukałam, ale gdy nikt mnie nie zaprosił do środka, po prostu wlazłam. W środku o dziwo, nikogo nie było, dało się tylko słyszeć szum wody w łazience. Pomyślałam, że zaczekam na tego kogoś i zapytam go gdzie jest James. No, chyba że to on. Wlazłam na jamesowe łóżko i od razu przypomniała mi się ta noc gdy spaliśmy razem w tym pokoju, a ja nadal go nie za bardzo lubiłam. Dobra, przyznaję się, trochę już go lubiłam. Ha, czułam jakby to było wieki temu! Oglądałam sobie błyskotkę, gdy w końcu usłyszałam szczęk zamka i ujrzałam Jamesa w samym ręczniku na biodrach. Drugim wycierał sobie mokre włosy. Powiem wam tyle – szczęściara ze mnie!
- Ooo, Lily – powiedział trochę zdziwiony poprawiając sobie ręcznik.
- No witaj – powiedziałam z uśmiechem – Pomyślałam, że przyjdę i ściągnę z ciebie ręcznik… hm, to jest, uznałam że będzie fajniej jak odpowiem Ci osobiście. I tak oczywiście, że razem idziemy. I dziękuję za bransoletkę, jest śliczna – dodałam zastanawiając się czemu gadam od rzeczy. Znowu.
- Załóż! – rozkazałam i wyciągnęłam rękę w kierunku Rogacza. Po chwili mocowania się z upierdliwym zamkiem, ozdoba zawisła na moim nadgarstku.
- To teraz opowiedz o niej – powiedziałam rozsiadając się na łóżku i klepiąc ręką miejsce obok.
- To całkiem proste i banalne, kwiat Lilii- od twojego imienia, literka „S” jak Skrzydło Szpitalne, bo tam wyznaliśmy sobie swoje uczucia, serce- cóż, bo cię kocham, a jeleń od mojego przezwiska – Rogacz – wyjaśnił mi James dotykając po kolei każdej zawieszki.
- To Rogacz jest od jelenia? Myślałam, że od twojej poczochranej fryzury! – zawołałam zaskoczona. Serio, nie wiem co jakiś jeleń ma wspólnego z osobą mojego chłopaka, ale już nie chciałam wnikać. 
- Poczekaj, ubiorę się – powiedział James zabierając jakieś ciuchy z wielkiej sterty koło jego łóżka. Chyba nie muszę mówić, że w pokoju chłopaków panuje ciągły bałagan? I moje jęki i próba sprzątania na nic się nie zdały. Gdy niedawno wyrzuciłam coś wyglądającego jak spleśniała kanapka, Black urządził mi awanturę, zarzucając mi, że zepsułam jego eksperyment. Ta, jasne, szkoda że ten eksperyment śmierdział jak wywar ze skarpetek Goyle’a. Po chwili wrócił J ubrany w bokserki i podkoszulek. Eh, i skończyły się widoki! – pomyślałam spoglądając na niego.
- To co, idziemy spać? – zapytał Rogacz wpychając mnie pod kołdrę i kładąc się obok.
- Ale dziewczyny nie będą wiedziały gdzie jestem – powiedziałam niepewnie.
- Taa, bo one są przecież takie głupie… - odpowiedział J przewracając mnie na bok tak, że leżeliśmy zwróceni do siebie twarzami.
- OK, to co, dobranocny buziak? – zapytałam wydymając usta i zapewne wyglądając jak Amy Mars – dziewczyna która ma wielkie, ciągle wydęte wargi.
Gdy już zaczynało robić się gorąco w okolicach drugiej bazy, do pokoju wpadła reszta Hucnwotów, jak zwykle robiąc straszny raban. W dodatku zapalili światło, ałaaa, moje oczy!
- Ooo Rudy Wiewiór tutaj? Nie masz własnego wyra? – zapytał Syriusz przewracając oczami i uważnie obserwując jak poprawiam koszulę nocną. – A może my wam w czymś przeszkodziliśmy? – zapytał z tym swoim obleśnym uśmieszkiem. Ugh.
- Zapewniam Cię, że nie robiliśmy nic zdrożnego i moja mama może być szczęśliwa, wiedząc że jej córka potrafi się opanować w pewnych sytuacjach – odpowiedziałam odgarniając włosy z twarzy.
- Taa, no Rogaczu, przekazałeś Rudej najświeższe wieści? Ruda, już nie jesteśmy bezdomni, James zapewnił nam lokum! – zawołał Black szczerząc się.
- Ale ja nie jestem bezdomna – powiedziałam nie jarząc nic z tej wypowiedzi.
- Zmarła cioteczna babka mojej mamy i zapisała mi swój dom w testamencie – powiedział James bawiąc się moimi włosami. Aha, czyli takie buty.
- Tylko wiedz Ruda, że po skończeniu szkoły ja też się tam wprowadzam. Także, jeżeli ci to odpowiada to możemy stworzyć trójkącik – dodał Black ruszając brwiami w sposób jednoznaczny.
- Weź mi Black nie obrzydzaj życia  - odpowiedziałam – Tak właściwie gdzie znajduje się ten dom? – zapytałam jak zwykle ciekawska ja.
- W Dolinie Godryka, zresztą całkiem niedaleko moich rodziców – odpowiedział James niecierpliwie, gasząc różdżką światło – Huncwoci, spać! – rozkazał na co Black zasalutował w ciemnościach i padł na swoje łóżko. Po chwili w pokoju słychać było tylko ciche chrapanie. Ja nie wiem jak oni to robią, że zasypiają dosłownie w sekundę.
- To może opowiedz coś o tym domu. Byłeś tam kiedyś? – poprosiłam Jamesa gdy już pozasłaniał kotary wokół łóżka.
- Chyba dwa albo trzy lata temu byliśmy w odwiedzinach u ciotki Maud, dom jest całkiem spory, parter i jedno piętro. Chyba trzy sypialnie, dwie łazienki, spory salon i duża kuchnia – odpowiedział J wzdychając i oplatając mnie w talii ręką. Chyba już wiedział co się dzieje pod moim rudym czerepem. Marzyłam. Już oczami wyobraźni widziałam nasz idealny domek, a na progu nas z kotem koło nogi i z psującym widok Blackiem u boku. Taa, przyszłość rysuje się całkiem ciekawie, pomyślałam przed zaśnięciem.


Po wczesnej pobudce zapewnionej przez Jamesa - wgniótł mnie swoim cielskiem w łóżko, jego głowa znowu wylądowała tam gdzie nie powinna - eh, to już chyba jakaś tradycja. Nikogo nie budząc przemknęłam z pokoju chłopaków, do naszej babskiej sypialni. Po dosyć wczesnym śniadaniu nastało nudne przedpołudnie. Nudziliśmy się w czwórkę w pokoju Huncwotów – Mary z Remusem poszli dekorować Wielką Salę przed balem(wzorowi Prefekci), a Peter podobno poszedł na poszukiwania partnerki na imprezę. Nasza osamotniona czwórka po prostu siedziała i jadła chipsy.
- Black – wyszeptałam do wcześniej wymienionej persony.
- Co? – odszepnął gapiąc się na Dorcas gadającą z Jamesem o jakimś nowym smaku fasolek, wiecie tych czarodziejskich wersji Jelly Belly.
- Zaproś Dorcas na bal, to ostatnia chwila – wyszeptałam.
- To ona nie ma partnera? – oo i jakby w Łapę w końcu wstąpiło życie – Myślałem, że idzie z Mike’iem z Hufflepuffu, przechwalał się tym.
- To się pomyliłeś, wyciągnij ją na błonia, czy gdzieś i zaproś – powiedziałam rozczarowana głupotą Syriusza. I po co wierzyć w jakieś głupie ploty? On jest chyba ślepy, nie widzi jak Dor ciągle na niego spogląda?
- O czym tak szepczecie? – zapytała brunetka podejrzliwie.
- Aaa, mówiłam Syriuszowi, że tata przesłał dla niego mugolski magazyn o motocyklach.
- Hm, taak. Dorcas, może się przejdziemy? – zapytał Syriusz patrząc błagalnie na moją przyjaciółkę. Haa, Lily - swatka!
- Dobrze, chętnie – odpowiedziała rzucając mi zdziwione spojrzenie. Gdy ta dwójka wyszła, od razu James pociągnął mnie na swoje łóżko i  zapytał:
- To na czym wczoraj skończyliśmy?
No tak, ten tylko o jednym. Leżałam jak ta kłoda, James całował mnie po szyi.
- Mam założyć beżową, czy czarną sukienkę? – zapytałam przerywając jego rozkoszne pocałunki.
- Mam tylko czarną muszkę – odpowiedział James – Musimy do siebie pasować, więc załóż czarną.
- Jest krótka – odparłam.
- Tym lepiej dla mnie – powiedział Rogacz patrząc się na moje nogi przykryte materiałem spodni. Chciałam zacząć wywód na temat sukienek, gdy trzasnęły drzwi i do pokoju wpadli roześmiani Syriusz z Dor.
- Lily idziemy się szykować! – zawołała brunetka siłą odrywając mnie od Rogacza i ciągnąc do naszego dormitorium. Nie wiem co ona chce robić do 19, ale z tą zołzą trudno wygrać!


Przyznaję, myliłam się, ledwo do 19 zdążyłyśmy. Zanim każda z naszej trójki wzięła kąpiel, pomalowała sobie wszystkie paznokcie i dobrała kiecki oraz dodatki, minęło parę ładnych godzin. Makijaż robiłyśmy już na szybko, próbując nie wyglądać jak klauny. To może nas opiszę?
Dorcas założyła turkusową sukienkę na ramiączka, srebrne sandałki i w tym samym kolorze kopertówkę.
Mary wyglądała prześlicznie w bladoróżowej sukience przed kolana, wysokich cielistych szpilkach i włosach upiętych w niedbały kok.
Ja zaś, założyłam już wcześniej wspomnianą czarną sukienkę do połowy ud, już też kiedyś wspomniane czarne lakierowane szpilki, bransoletkę od Jamesa i małe kolczyki wkręty – prezent od taty na Gwiazdkę. Włosy zakręciłam w delikatne loki i upięłam do góry. W chmurze perfum zeszłyśmy do Pokoju Wspólnego czekać na naszych partnerów, chociaż muszę przyznać, że zdziwiłyśmy się, bo to jednak oni czekali na nas.
Black – przystojny w czarnym fraku ze srebrzystym krawatem, który idealnie podkreślał stalowy kolor jego tęczówek.
Remus w zwykłym garniturze, ale jakiś taki wyszykowany i uczesany.
I w końcu mój James ubrany w smoking z czarną muszką i idealnie białą koszulą. No, wow, niezłe ciacha z tych Huncwotów!
- Lily, wyglądasz ślicznie – powiedział Rogacz lustrując wzrokiem całą moją rudą osobę.   - Idziemy? – zapytał kładąc moją rękę w zgięciu swojego ramienia. No, no dżentelmen! Po chwili schodziliśmy już do Wielkiej Sali, mijając po drodze tabuny elegancko ubranych uczniów. A sala wyglądała wprost bajecznie! Pod ścianami ustawione były okrągłe stoły, na których stały powycinane dynie i kompozycje kwiatowe. Na środku pomieszczenia królował wielki parkiet taneczny, a na miejscu gdzie zazwyczaj stał stół nauczycielski, było podium dla muzyków.
- Ale fajnie – wyszeptała Dor ciągnąc Syriusza do jednego ze stolików.  Nie mieliśmy wyjścia, poszliśmy za brunetką. Po krótkim przemówieniu Dumbledora, mówił coś w stylu: ” Bawicie się dobrze…blablabla…. Nie roznieście zamku… blablabla…. Miłej zabawy!” w końcu zabrzmiały pierwsze takty jakiejś piosenki. Ciągnąc Rogacza za rękę, dotarliśmy na środek zapchanego parkietu i zaczęliśmy szaleć w tym muzyki! Powiem wam, że dawno tak się nie zmachałam. Mówiłam, że najwyższy czas zacząć ćwiczyć? Gdy w końcu zespół zagrał wolniejszy kawałek, nareszcie mogłam opleść ramionami kark mojego chłopaka i po cichu wdychać zapach jego perfum.
- I co, pomyślałbyś, że kiedyś będziemy razem tak tańczyć? – zapytałam J patrząc mu w oczy i poprawiając delikatnie jego wiecznie zsuwające się okulary.
- Miałem wielką nadzieję, że tak się stanie – odpowiedział mocniej obejmując mnie w talii. Rozejrzałam się po sali wzrokiem szukając dziewczyn. O jest Dor z Syriuszem, no proszę jaki uśmiech na twarzy Blacka, gdy opierał podbródek na głowie brunetki. Chociaż nie wiem jak ona oddychała, ale chyba cieszyła się widokami syriuszowego gorsu. Mary z Remusem tańczyli patrząc sobie w oczy i śmiejąc się z czegoś co powiedziała Mar. Nawet Peter znalazł sobie partnerkę, niziutką Krukonkę z szóstego roku.
- Kocham Cię – powiedziałam i pocałowałam Jamesa prosto w usta. Życie jest piękne!!


Z dziennika Severusa Snape’a
Nie wiem po co przyszedłem na ten idiotyczny „bal”. Od samego początku wiedziałem, że to zły pomysł. Mulciber namówił mnie mówiąc, że będziemy mogli pośmiać się ze szlam i tego durnego przedstawienia kierowanego przez Dumbledora. Nie chciałem tego robić, nie chciałem tu przebywać, ale jak powiedziało się a, trzeba powiedzieć też b. Stałem pod ścianą próbując dosłownie wtopić się w nią, gdy ujrzałem ją. Lily. Moją przyjaciółkę. Byłą przyjaciółkę – poprawiłem się w myślach. Straciłem ją przez własną głupotę, przez głupotę ludzi z którymi zacząłem się zadawać i których przez moment podziwiałem. Tańczyła z tym Potterem, śmiała się z nim, uśmiechała do tych swoich nic nie wartych przyjaciół. Ja, to ja powinienem trzymać ją w ramionach, wdychać zapach jej słodkich perfum i uśmiechać się do niej. Ja, nie Potter! Gdy zobaczyłem jak coś do niego szepcze, a potem całuje, chciałem móc cofnąć czas. Wybiegłem z Sali kierując się w stronę błoni. Czułem jak obiad cofa się, aby znowu ujrzeć światło dzienne.
- Snape, idziemy popróbować nowe klątwy na małych Gryfonach, dołącz się! – powiedział Avery.
- Daj mi spokój – wysyczałem przez zaciśnięte zęby, czując zbierające się łzy pod powiekami – Nie mam ochoty – dodałem widząc zaskoczony wzrok Ślizgona.
- Snape, Czarnego Pana, nie obchodzi czy masz ochotę. On nam karze, czujesz różnicę?
Próbowałem wymyślić jakąś inną wymówkę, ale nic nie przychodziło mi do głowy, ciągle miałem przed oczami. Z nim.
- Dobra, idę – odpowiedziałem i poszedłem za grupą Ślizgonów.

czwartek, 4 września 2014

Rozdział 7 Mecz Quidditcha i wyznanie



Od pamiętnej randki z Jamesem minął miesiąc, była połowa października, pogoda robiła się coraz gorsza, a mój humor coraz lepszy. Nauka szła mi wyśmienicie, chociaż tak jak dawniej nie przesiadywałam ciągle w bibliotece, uczyliśmy się całą paczką w Pokoju Wspólnym, lub czasem w dormitorium chłopaków. Huncwoci ostatnio spoważnieli, przestali robić te swoje szalone dowcipy, raz tylko zrobili jakieś zamieszanie w lochach. Zapewne chcecie wiedzieć co u mnie i Jamesa? Byliśmy parę razy na wieczornych spacerach po błoniach, jednak chłopak miał coraz mniej czasu ze względu na treningi Quidditcha. Black nazywał nas wzorową parą, ale tak naprawdę, o ile istniał jakiś związek to nie był on tak nazwany. Chodziliśmy na spacery, żartowaliśmy, uczyliśmy się razem, nawet parę razy się pocałowaliśmy, ale to tyle. Szczerze mówiąc byłam trochę zawiedziona, przecież przez ostatnie lata Potter biegał za mną z wywalonym jęzorem zapewniając mnie o swojej miłości, a tu co? Cisza. I to głucha. Ani razu mi nie powiedział co czuje. Zresztą, ja też nie jestem tą wyrywną i również trzymałam język za zębami. A muszę wam przyznać, że chyba powoli dochodzę do wniosku, że po prostu szleję za Jamesem. Jak inaczej nazwiecie fakt, że chociaż zacinał deszcz, ja siedziałam skulona pod parasolką i razem z Dor oglądałam trening Gryfonów? Ilekroć przyłapałam go na patrzeniu na mnie, czy to w klasie, czy z bliska przy kolacji, po prostu robiłam się czerwona i serce mi waliło jak młotem. Gdy czasem, nawet przypadkiem mnie dotknął, zaczynałam szybciej oddychać i to miejsce mnie po prostu paliło. Chyba muszę to przyznać, byłam szaleńczo zakochana w Potterze. Tylko pytanie co on czuje do mnie?

Sobota – wielki dzień dla Gryfonów i Ślizgonów. Pierwszy mecz sezonu. James z Syriuszem już od dwóch tygodni chodzili podenerwowani, nawet nie pomagało jak ich zapewniałyśmy z dziewczynami, że na pewno wygrają.
- Jedzcie, bo pospadacie z mioteł – powiedziałam patrząc na to jak grzebią w swoich owsiankach.
- Wiewióro, nie przynudzaj – odparł Black spoglądając z niepokojem na swój zegarek – Chyba już musimy iść do szatni – dodał spoglądając na Jamesa. Tamten tylko kiwnął głową, wziął swoją miotłę, zawołał resztę drużyny i skierował się w stronę wyjścia. Nie wiem co mną kierowało, ale wstałam z miejsca i pobiegłam za nimi.
- James, czekaj! – wydyszałam, rzucając mu się na szyję i całując. Usłyszałam tylko huk wypadającej z rąk Pottera miotły i gwizd, wydany chyba przez Syriusza.
- Po-owodzenia – powiedziałam jąkając się i wracając biegiem do dziewczyn, które nadal siedziały w Wielkiej Sali. O ludzie!
- Jak spadnie z miotły, to przez ciebie! – wrzasnął roześmiany Black w moim kierunku, po czym pociągnął zdziwionego Pottera do szatni.
- No, Lil, nieźle cie wzięło, co? – zapytała Dor biorąc mnie i Mar za ręce. Skierowałyśmy się w stronę trybun, szczerząc się jak głupie i gadając o jakiś bzdetach. Chyba Dor ma rację, po prostu oszalałam z miłości. Haa, ja! Tak jak sobie wymarzyłam. Pamiętacie, jak na wstępie opowiedziałam wam o moim marzeniu? O znalezieniu prawdziwej  miłości? I chyba mi się udało. Tylko co James czuje do mnie? Moje rozmyślenia przerwał ryk Brandona Lee – komentatora dzisiejszego meczu:
- Wystartowali! Nie wiem czy widzieliście to zamieszanie przed meczem, ale moje oczy wyłapią wszystko, tak panna Evans wycałowała kapitana drużyny Gryfonów, na oczach wszystkich!
Chyba zaraz spalę się ze wstydu! McGonagall szepnęła coś do Brandona o plotkowaniu:
- Ekhm, taak, okeej, Gryfoni przy piłce, Katie Madison leci zając pozycję do strzału, a James Potter lata nad boiskiem wypatrując złotego znicza. Zaraz za nim trzyma się Avery, nowy szukający Ślizgonów. Zresztą to chyba kiepski wybór, bo Avery jest gruby jak…
- Panie Lee!!
- Ee, taak, oo brawo 10- 0 dla Gryfonów! Brawo Madison!
Lee komentował dalej, a ja patrzyłam tylko na Pottera. No i czasem na Blacka, bo naprawdę nieźle strzelał. Dor piszczała, wrzeszczała: Black! Black! Black!, Mary podskakiwała i gadała coś do uśmiechniętego Remusa i Petera, który trzymał nad głową wielki transparent : „Gryfoni górą, Ślizgoni kanałami”. Hm, pewnie sam wymyślił ten jakże wspaniały napis.
Było już 100-60 dla nas gdy stało się coś dziwnego. A może nawet nie dziwnego, bo to Ślizgoni są i nie można im ufać. W momencie gdy James wypatrzył złotego znicza i go w widowiskowy sposób złapał, Avery wyrwał pałkę od swojego kumpla Goyle’a i uderzył szybującego tłuczka w stronę Jamesa, którym to dostał w głowę. Zachwiał się i po prostu spadł z miotły! Ogarnął mnie krzyk przerażonych Gryfonów i nie wiem jak to się stało, ale moja różdżka po prostu zareagowała i wyczarowała pod Potterem wielką poduszkę, coś w stylu tych co mają mugolscy strażacy. Zerwałam się z miejsca i pobiegłam na dół, kątem oka dostrzegając jak Syriusz z resztą drużyny okrąża Averego, i cóż, po prostu Black zadał mu celny cios chyba łamiący nos tej poczwary. Przy Jamesie już była pani Pomfrey oraz profesor McGonagall. Gdy zobaczyłam tą ilość krwi, to aż się zachwiałam. Miałam łzy w oczach. Patrzyłam jak pani Pomfrey prowadzi niewidoczne nosze z Rogaczem w stronę zamku.
- Lily, chodź idziemy – powiedział Syriusz ciągnąc mnie za nią – Zobaczysz nic mu nie będzie, ma twardą głowę. A tak w ogóle to skąd się tam wzięła ta poducha? – zapytał drapiąc się po głowie i prawie ciągnąc mnie po schodach.
- Ja nie wiem, eh, moja różdżka, albo ręka, no nie wiem, sama zareagowała jak zobaczyłam jak spada – odpowiedziałam ocierając łzy rękawem kurtki. I
po co malowałam rzęsy?!
- Nieźle. To stało się w ułamku sekundy, nikt nie zdążył zareagować, nawet McGonagall! – odpowiedział Syriusz otwierając drzwi od Skrzydła Szpitalnego i przepuszczając mnie w nich.
- Ooo nie, ja mam tu chorego, musicie wyjść! – zawołała młoda pielęgniarka.
- Ale proszę, niech pani tylko na nią spojrzy! Przecież ona się zapłacze na śmierć jak się czegoś o nim nie dowie – powiedział Black najpierw pokazując na moją twarz, a potem na łóżko na którym leżał Poczochraniec. A ja tylko jęknęłam widząc ile ma krwi na twarzy i we włosach. W tych świetnych, wiecznie poczochranych kłakach.
- Hm, dobrze, ale tylko wasza dwójka, wyproście resztę – powiedziała pokazując na szklane drzwi od Skrzydła. Stali za nimi Gryfoni na czele z drużyną, oraz dziewczynami, Remusem i Peterem. Syriusz poszedł z nimi pogadać, a ja na miękkich nogach podeszłam do łóżka i usiadłam na krześle stojącym obok. Z bliska wyglądało to wszystko jeszcze gorzej, krew już zakrzepła na włosach, tworząc dziwne strąki, kącik ust był pęknięty i też leciała z niego krew, miał wielkiego krwiaka na czole i siniaka na prawym policzku.
- To jak już tu siedzisz to mi pomożesz – powiedziała pani Pomfrey i kazała mi smarować twarz Rogacza jakąś śmierdzącą maścią.
- Mamy szczęście, tylko pogruchotana czaszka, dostanie Szkiele-Wzro i wszystko się zrośnie, siniaki znikną za parę dni – dodała, po czym podała mu eliksir. Po chwili oddaliła się do swojego pokoju przy drzwiach mówiąc, żebyśmy za długo nie siedzieli.
- Widzisz Ruda, mówiłem, Rogacz jest twardy! – powiedział Black, zapewne myśląc, że tym doda mi otuchy.
- Ale pamiętasz co powiedziałeś jak go pocałowałam? Że jak spadnie z miotły to będzie moja wina! – powiedziałam nadal roztrzęsionym głosem.
- Evans, nie udawaj głupszej niż jesteś, Avery się wściekł, że przegrali i niestety wyżył się na Rogaczu. Widziałaś jak dzisiaj James latał? Jakby coś, a raczej ktoś dodał mu skrzydeł – odpowiedział krzywiąc się, zapewne nie był zadowolony, że takie słowa padły z jego ust. James nadal był nieprzytomny, a pani Pomfrey niezłomna i po prostu wyrzuciła nas z części szpitalnej.

Zjadłam obiad w towarzystwie dziewczyn i wpadł mi do głowy świetny pomysł! Biegnąc dziko przez cały zamek wpadłam z hukiem do sypialni Huncwotów.
- Co jest, kurw..- nie dokończył Black, bo do niego podeszłam i zapytałam:
- Gdzie jest peleryna Pottera?
- A na co ci ona? – zapytał głupio drapiąc się po głowie. Ten to domyślny jest, nie ma co!
- A jak sądzisz? Wiesz będę straszyć Filcha… Dawaj idę do Skrzydła – odpowiedziałam wyrywając mu z ręki delikatny materiał.
- Haa, to jednak Evans przejrzałaś na oczy, co?! – zawołał za mną Łapa, gdy trzasnęłam drzwiami. No, można powiedzieć, że ma rację. Po przejściu przez obraz Grubej Damy zarzuciłam na siebie pelerynę i skierowałam się do Skrzydła Szpitalnego. Hm, dobrze, że ktoś mądry zrobił tu szklane drzwi, dzięki temu widziałam, że pani Pomfrey nie szlaja się koło łóżka Rogacza. Cicho je otworzyłam i podeszłam do krzesła, które już dzisiaj wcześniej zajmowałam. Peleryna dla jednej osoby była za długa i potrąciłam krzesło. W ostatniej chwili przytrzymałam się łóżka.
- Cholera jasna – wyszeptałam poprawiając niewidkę.
- Lily? – zapytał rozespanym głosem James po czym rozejrzał się. Przez chwilę nie wiedziałam czy odpowiedzieć, po prostu chciałam przyjść i przy nim posiedzieć.
- Pewnie mi się wydawało – wyszeptał chłopak i spojrzał tęsknym wzrokiem na krzesło.
- Hm, no ja tu jestem – wyszeptałam cicho próbując zdjąć to cholerstwo z głowy. Nie wiem co z tym jest, ale Pottera słucha o wiele lepiej.
- Gdzie jesteś? – zapytał.
- Na krześle – odpowiedziałam szamocząc się ze śliskim materiałem. Wystarczyło tylko, że Rogacz wyciągnął rękę i złapał pelerynę, a ona od razu spadła z mojej głowy. Chyba śmiesznie musiało to wyglądać, taki rudy łeb wiszący w powietrzu, dlatego ściągnęłam też resztę peleryny i odłożyłam na łóżku.
- Wybacz, że nie przyniosłam ci pomarańczy i soku, ale nie wiedziałam gdzie kupić – powiedziałam i sama z siebie zaczęłam się śmiać.
- Że co? – zapytał James również cicho się śmiejąc.
- Wiesz, na mugolskich filmach zawsze jak ktoś ląduje w szpitalu wszyscy przynoszą mu siatki pełne cytrusów, soków i innych przekąsek – powiedziałam załamana swoją głupotą – Nieważne, jak się czujesz?
- Dobrze, teraz lepiej – odpowiedział patrząc na mnie ciepło. Och.
- No tak, to cieszę się. Nieźle wszystkich przestraszyłeś spadłeś chyba z wysokości 50 stóp.
- Taa, zabiję Avery’ego jak go dorwę – odpowiedział przez zaciśnięte zęby.
- Przestań, on jest szalony. Zresztą jak każdy Ślizgon – powiedziałam i popatrzyłam na Jamesa. Pani Pomfrey musiała mu umyć głowę, bo już nie miał we włosach zakrzepniętej krwi.
- Wyglądasz już o wiele lepiej – dodałam – Nawet ten krwiak jakby się wchłonął.
- Pani Pomfrey działa ekspresowo – odpowiedział – A tak właściwie czemu nie leżę u Munga cały połamany?
O, i widzicie, tego pytania się trochę obawiałam. Bo jak miałam wytłumaczyć coś czego sama nie rozumiałam?
-  Och, no widzisz, i tu mnie zagiąłeś. Nie wiem jak to wytłumaczyć, bo w jednej chwili widziałam jak spadasz, a w drugiej pomyślałam o takich wielkich poduszkach jakie mają mugolscy strażacy i różdżka po prostu zadziałała – powiedziałam patrząc uważnie na jego minę.  Był trochę zdziwiony.
- To ty? – zapytał jakimś takim zduszonym głosem.
- Naprawdę nie wiem jak to się stało. Różdżka sama zadziałała, mówię ci - odparłam kręcąc się na niewygodnym krześle. James na chwilę zamilkł i zamknął oczy. Z zamkniętymi oczyma powiedział coś, czego chyba nigdy nie zapomnę:
- Wiesz, mama mi opowiadała, że w chwilach niebezpieczeństwa można komuś uratować życie, nawet nie zdając sobie sprawy z tego jak się to zrobiło. Tylko zawsze powtarzała, że potrzebna jest jedna rzecz.
- Jaka? – zapytałam przygotowując się na coś dziwnego lub okropnego.
- To bardzo proste, Lily – odpowiedział James otwierając oczy - Potrzebna jest miłość. 
Oho, słowo na magiczną literę „m” zawisło w powietrzu i stworzyło dziwną atmosferę. Patrzyłam zszokowana, chyba z otwartą buzią na Jamesa, próbując zanalizować jego słowa. Przecież, to takie proste!
- Dobrze, wiesz co do ciebie czuję, co czuję od cóż, od tego naszego pierwszego niefortunnego spotkania – powiedział gorzkim tonem, zapewne przypominając sobie naszą „miłą” rozmowę gdy po raz pierwszy jechaliśmy do Hogwartu - Pytanie brzmi, czy ty Lily Evans, czujesz coś do mnie?
Ogólnie rzecz biorąc, to pytanie powinno mnie zagiąć, powinnam brać nogi za pas, uciekać gdzie pieprz rośnie, ale czemu? Czemu mam uciekać przed nieuchronnym?
- Ja… Dobra, mówię to pierwszy raz w życiu, przepraszam, jestem zestresowana - zaczęłam jak zwykle od tyłka strony - Widzisz James, w tym roku wszystko się zmieniło! Ty, ja, ha, nawet Huncwoci! Ale wydaje mi się, że ja najbardziej. Chyba w końcu wydoroślałam… Przechodząc do meritum, ja Lily Evans, kujon i rudy psychol jestem w Tobie Jamesie Potter szaleńczo i nieodwołalnie zakochana, i jeżeli teraz powiesz, że żartowałeś sobie ze mnie przez prawie siedem lat i tak naprawdę nic do mnie nie czujesz, to ja cię…- przerwał mi po prostu zatykając usta swoimi. Był to najsłodszy i najbardziej wyczekiwany pocałunek w moim życiu. Nawet sobie nie wyobrażacie co czułam w tej chwili, gdy jego usta dotknęły moich i gdy ogarnęła nas taka dziwna atmosfera. Dor nazywa to iskrzeniem. Po prostu było niezwykle i nawet dziwny szpitalny zapach nie przeszkodził mi w bardzo czynnym udziale w tej sytuacji.
Gdy w końcu oderwaliśmy się od siebie, dysząc jak po przebiegnięciu dwóch maratonów James powiedział:
- Wow – ten to wie jak skomentować najpiękniejszą chwilę w moim życiu.
- To może teraz ja ci coś wyznam? – zapytał Rogacz trzymając mnie za rękę i oglądając ją z każdej strony, jakby była niesłychanie ciekawa.
- Chodziłem za tobą od pierwszego roku, ba, od pierwszej chwili w której cię zobaczyłem! Jednak byłem głupi, zamiast zachowywać się, cóż, chociażby jak Lunatyk, po prostu być miłym, normalnie z tobą rozmawiać, zacząłem ci dokuczać, mówić po nazwisku i co chwile krzyczeć to żałosne „Evans, umówisz się ze mną?” – sam z siebie się zaśmiał – Mogłem go wcześniej posłuchać, może powiedziałabyś mi to wszystko już w zeszłym roku? Ale nie, ja chciałem być fajny. Teraz tego żałuję, ale nigdy nie wiadomo jakby to się wszystko ułożyło, może gdyby tego wszystkiego nie było, tych chorych sytuacji i tych wrzasków, to wcale nie byłabyś mną zainteresowana, tylko na przykład chodziłabyś z jakimś inteligentnym Krukonem? Nie patrz tak na mnie, mogło tak być! Ale teraz, teraz jestem najszczęśliwszym chłopakiem na świecie i trochę żałuje, że taka ładna scena toczy się przy łóżku szpitalnym, a nie na jakiejś romantycznej kolacji przy świecach.
- Szczerze mówiąc wolę coś takiego. Przy świetle świec, jeszcze bardziej widać moje piegi – odparłam ze śmiechem przesiadając się z krzesła na łóżko.
- Eh, Lily, ty chyba nadal nie rozumiesz, Kocham Cię, twoje piegi, twój idealny nos, twoje pełne usta, ale najbardziej kocham twój charakter – powiedział uśmiechając się, a mi po prostu zrobiło się słabo. Chyba rozpłynę się z tej słodyczy! Cicho westchnęłam i ułożyłam głowę na jego klatce piersiowej. James delikatnie głaskał mnie po głowie, a mi nagle zachciało się płakać. Ze szczęścia lub z gniewu na samą siebie. Gdybym nie była taka głupia, już wcześniej mogłam być tak szczęśliwa jak w tym momencie! Podniosłam oczy na Jamesa i już go chciałam pocałować kiedy:
- Co panna tu robi? Tu chorzy leżą! Już, uciekaj! – zawołała pani Pomfrey robiąc się czerwona na twarzy. O kurczę.
- Och, pani Pomfrey, umieram! Wie pani to ten czas, brzuch mnie boli niewiarygodnie, czy mogę dzisiaj zostać w Skrzydle? – zapytałam trzymając się za brzuch i krzywiąc się okropnie.
- Jest pani w ciąży? – zapytała w szoku. Że co?
- Co? Nie, okres mam – wyszeptałam do niej i znowu się skrzywiłam. Kurczę, może powinnam zostać aktorką? Normalnie Oscara mam w kieszeni!
- Aaa, dobrze panno…
- Evans.
- Tak, panno Evans, przyniosę pani piżamę, proszę zając łóżko obok pana Pottera.
Z triumfalnym uśmieszkiem wróciłam do patrzącego na mnie z podziwem Jamesa i rozsiadłam się na swoim łóżku.
- Nieźle ją załatwiłaś. Chociaż, gdybyś widziała swoją minę, jak zapytała czy jesteś w ciąży! – powiedział śmiejąc się, zapewne nadal z mojej głupiej miny.
- Koszula, panno Evans – powiedziała pielęgniarka, podając mi płaskie zawiniątko. Rozłożyłam koszulę. Hm, rozcięcie na całej długości.
- Jak myślisz, to przód czy tył? – zapytałam pokazując to dziwne coś.
- Raczej tył, ale jestem pewny, że będziesz lepiej wyglądać, jak to rozcięcie będzie z przodu – powiedział uśmiechając się po huncwocku. Nie komentuję!
Przebrałam się za parawanem, oczywiście zostając w bieliźnie, po czym za pomocą magii trochę przesunęłam łóżko w kierunku Pottera.
- Proszę, eliksir przeciwbólowy. Zapewniam, że prześpi pani całą noc bez bólu – powiedziała pielęgniarka patrząc uważnie czy piję to ohydztwo. Myślałam, że wypluje. Było OBRZYDLIWE.  Pani Pomfrey wróciła do swojej kanciapy, ułożyłam się na łóżku i dosłownie zmorzył mnie sen. W ostatniej chwili przed zaśnięciem poczułam jak James złapał mnie za rękę.